Zimowy wiatr hula po mazowieckich polach, a w lasach pod Myszyńcem śnieg skrzypi pod butami kosynierów. Jest początek marca 1863 roku. Oddział powstańczy, który jeszcze niedawno liczył kilkuset „dzieci warszawskich", teraz rozrasta się do prawie siedmiuset ludzi. Na czele stoi młody generał w jasnym kożuszku i białej konfederatce z czaplim piórem. Zygmunt Padlewski nie śpi od wielu nocy. Serce, które od lat szwankuje, bije nieregularnie, ale w oczach pali mu się ten sam ogień, co w Petersburgu i we włoskiej szkole wojskowej w Cuneo.
To nie jest wielka armia. To garstka ludzi z kosami, dubeltówkami i wiarą, że Mazowsze Płockie może stać się mostem do wolności. W 2026 roku, gdy obchodzimy 163. rocznicę jego śmierci, wracamy myślami właśnie do tych tygodni – najcięższych i najpiękniejszych w kampanii naczelnika województwa płockiego.
Z kryzysu do ofensywy – luty 1863
Gdy Padlewski objął dowództwo po nieudanym szturmie na Płock, sytuacja wydawała się beznadziejna. Oddziałki rozbijano pod Słominem i Unieckiem. „Biali" jeszcze nie dołączyli, a część ziemian patrzyła na powstanie z nieufnością. Naczelnik tułał się ze sztabem po Drobinie i Raciążu, co noc zmieniając kwatery. Przygnębienie było tak wielkie, że tylko dzięki namowom Zbigniewa Chądzyńskiego Padlewski otrząsnął się i 27 stycznia wydał odezwę – ostrą, pełną gniewu wobec tych, którzy sabotowali walkę.
Luty przyniósł pierwsze oddechy nadziei. Powstańcy ruszyli do działania w kilku powiatach jednocześnie. Zbigniew Chądzyński wkroczył do Makowa, zdobywając broń i kasę. Walerian Ostrowski na czele paruset ludzi zajął Rypin, a potem Sierpc. Tomasz Kolbe odniósł sukcesy w Chorzelach i Janowie. Padlewski nie tylko wydawał rozkazy – organizował władze cywilne województwa, wprowadzał dekrety uwłaszczeniowe. Chłopi zaczynali patrzeć na powstanie życzliwiej.
„Zameczek" i wielki marsz na północ
W drugiej połowie lutego z Grodzieńszczyzny wkroczyła partia Władysława Cichorskiego „Zameczka" – jedyny wtedy duży, bo liczący około 700 ludzi, oddział w całym Płockiem. Padlewski na polecenie Rządu Narodowego objął nad nim dowództwo na początku marca.
Naczelnik nie czekał. Rozkazał Bronisławowi Deskurowi i Ignacemu Mystkowskiemu organizować partyzantkę na Kurpiach, a sam zręcznie manewrując, w nocy na 6 marca przeprawił się przez Narew. Forsownym marszem dotarł 8 marca do Myszyńca. Kurpie powitali go entuzjastycznie. Następnego dnia, 9 marca, powstańcy stoczyli sześciogodzinną bitwę z kolumną pułkownika Wałujewa – 800 piechoty, 300 kozaków, dwie armaty.
Padlewski w jasnym kożuszku, na białym koniu, pędził w najbardziej zagrożone miejsca. Sam pochwycił sztandar kosynierów i poprowadził kontratak. Bitwa skończyła się remisem – obie strony miały kilkudziesięciu zabitych. Dla powstańców był to jednak moralny triumf. Rząd Narodowy awansował Padlewskiego na pułkownika. Wśród Kurpiów narodziła się legenda o wodzu, który „sam jeden wart był całego pułku".
Drążdżewo, Zeńbok, Radzanów – droga bez odwrotu
Spod Myszyńca oddział ruszył ku Drążdżewu. 12 marca zaskoczyły ich trzy kolumny generała Tolla. Wycofując się do lasu, stracili wielu ludzi, w tym adiutanta Padlewskiego Edwarda Rolskiego.
Nie było czasu na żałobę. 15 marca pod Zeńbokiem dopadł ich pułkownik Goriełow z 600 piechotą i setką kozaków. Straż tylna – stu strzelców rozsypanych po domach i stodołach – stawiła heroiczny opór. Prawie wszyscy zginęli w palącej się wsi, ale główny oddział uratowali.
Przeprawili się przez Wkrę pod Strzegowem. Dwa dni odpoczywali w Koseminie – ludzie i konie byli u kresu sił. W Brudnicy koło Zielunia czekał na transport broni z Prus. Nie doczekał się.
Ostatnia szarża
21 marca zaatakowali oddział podpułkownika Zewachowa pod Nadratowem. Walka trwała dziesięć godzin. Padlewski cztery razy prowadził szarże jazdy pod Wróblewem, dwukrotnie kosynierzy kontratakowali pod Radzanowem. Ale popłoch ogarnął szeregi. Około 400 ludzi się rozbiegło.
22 marca w Gorzeniu koło Szczutowa Padlewski podjął najtrudniejszą decyzję w życiu. Zagrożony okrążeniem, rozpuścił resztę oddziału. Kampania skończyła się. Ale w kurpiowskich lasach i na mazowieckich drogach zostało coś więcej niż krew i proch – została legenda.
Znaczenie historyczne
Kampania Padlewskiego w województwie płockim nie przyniosła wielkiego zwycięstwa militarnego. Ale utrzymała powstanie przy życiu w krytycznym momencie. Stoczono tu ponad sto bitew i potyczek – więcej niż w wielu innych regionach. Dekrety uwłaszczeniowe, które wprowadzał, zmieniły stosunki na wsi. Chłopi przestali płacić czynsze i odrabiać pańszczyznę – to była realna rewolucja społeczna.
Jego śmierć 15 maja 1863 roku wstrząsnęła całym Mazowszem. Ale walka trwała dalej – po aresztowaniu Padlewskiego stoczono jeszcze ponad 70 potyczek. Płockie nie zamilkło. Legenda naczelnika stała się częścią płockiej tożsamości niepodległościowej.