Sala spółdzielni „Zgoda” nie była miejscem, w którym spodziewano się usłyszeć testament poetycki. 11 maja 1958 roku zebrały się w niej pokolenia Płocczan, żeby wręczyć Władysławowi Broniewskiemu dyplom honorowego członka Towarzystwa Naukowego Płockiego. Była to uroczystość spóźniona o kilka miesięcy. W grudniu poprzedniego roku, gdy Towarzystwo świętowało półwiecze wznowionej działalności, poeta nie zdołał przyjechać. Dyplomy wręczano wtedy w auli Liceum imienia marszałka Stanisława Małachowskiego innym nowo przyjętym honorowym członkom. Jemu musiano urządzić osobne popołudnie.

Przyszedł. Stanął przed ludźmi, którzy znali jego wiersze lepiej niż jego twarz z bliska, i powiedział zdanie, od którego wszystko inne w tym dniu stało się tylko komentarzem.

„Poezja moja pochodzi z Płocka”.

Nie było magnetofonu. Nikt nie wcisnął przycisku, nikt nie zostawił szumu taśmy, na której głos Broniewskiego wracałby potem do miasta tak, jak wrócił czternaście lat później, gdy pod pomnikiem puszczono nagranie „Mazowsza”. Tamtego maja 1958 roku zostały skrupulatne notatki. Poeta je przejrzał. Autor „Miasta rodzinnego” potwierdził własnymi poprawkami, że tak właśnie mówił. I że tak właśnie chciał, żeby to zapamiętano.

Genius loci, którego nie da się wywieźć

Zaczął od rzeczy, której uczeni lubią szukać w przypisach, a poeci noszą pod powieką. „Zawsze powoduje człowiekiem jakiś genius loci”. Duch miejsca. Nie metafora z podręcznika, tylko konkret, który dało się wskazać palcem, wychodząc z sali i idąc w stronę skarpy.

„Tu, w Płocku stoi dom, a przy nim dąb, który ma może 700 lat. Tu się urodziłem”.

Dom stał przy ówczesnej ulicy Kościuszki, na krawędzi, z której widać było Wisłę i słychać było dzwony. Za domem, w ogrodzie, rósł dąb starszy od większości kamienic w mieście. Broniewski nie przesadzał z liczbą lat dla ozdoby. Mówił o drzewie tak, jak mówi się o krewnym, który przeżył wszystkich. W ostatnich latach życia wróci do tego pnia wierszem „Dąb”. Pień zostanie nagi, nad nim kłąb zamieci. W maju 1958 roku dąb był jeszcze żywym adresem dzieciństwa, nie symbolem.

Potem poszła litania miejsc, która w ustach kogo innego brzmiałaby jak spis atrakcji. U niego brzmiała jak oddech.

„Katedra. Wieża Szlachecka, widok za Tumem, Wisła tak bliska serca, radziwskie podmokłe łąki, kaczeńce, Królewski las, Słupno — oto drogi mego dzieciństwa i mojej młodości”.

Każde z tych słów miało w Płocku swój ciężar. Katedra nie była tłem pocztówki. Wieża Szlachecka nie była detalem przewodnika. Widok za Tumem, ku Dobrzyniowi, był tym samym widokiem, o którym mówił niegdyś dyrektor jego gimnazjum. Łąki radziwskie pachniały wiosną tak samo, gdy chłopiec z domu na skarpie schodził ku rzece, jak pachniały, gdy dojrzały poeta wracał do miasta już jako nazwisko z podręczników.

W sali „Zgody” siedzieli ludzie, którzy te drogi znali na pamięć. Nie trzeba było im ich tłumaczyć. Trzeba było tylko usłyszeć, że wielki poeta Rzeczypospolitej nie wywodzi swojej poezji z Warszawy, nie z Paryża, nie z frontowych noclegów i nie z redakcyjnych kawiarń. Wywodzi ją z Płocka.

Dom, w którym zostawały kobiety

Władysław Kazimierz Broniewski urodził się 17 grudnia 1897 roku. Był najmłodszym dzieckiem Antoniego Broniewskiego i Zofii z Lubowidzkich. Miał dwie starsze siostry, Zofię i Janinę. Ojciec umarł, gdy chłopiec miał pięć lat. Wkrótce odszedł też dziadek Antoni Adrian Lubowidzki, rejent Sądu Okręgowego, wychowanek uniwersytetu w Dorpacie, śpiewak Towarzystwa Śpiewaczego „Lutnia” i amator sceny. Dom na skarpie został w rękach kobiet.

Matka prowadziła stancję dla uczennic. Babka Jadwiga pamiętała śmierć dwóch braci z roku 1863: Romualda, który zmarł z ran, i Waleriana, rozstrzelanego w Płocku. W izbach, w których pachniało atramentem i bielizną na stancji, opowiadano o powstaniach tak, jak w innych domach opowiada się o wujach z fotografii. Nie była to patriotyczna dekoracja. Był to sposób życia po klęsce.

Chłopca przezywano „Kogutem”. Śpiewał, grywał mazurki Chopina, naśladował głosy ptaków. Za ogrodem, na kamiuszkach, biegał z rówieśnikami, zimą wychodził na lód. W domu odrabiał lekcje i czytał. W domu też uczył się, że honor nie jest hasłem z gazety, tylko czymś, za co w tym mieście płaciło się naprawdę.

Gdy w 1958 roku dziękował „dobrym ludziom z dziecięcych wspomnień”, nie mówił do abstrakcji. Mówił do miasta, które wciąż mieszkało w tych samych kamienicach, chodziło tymi samymi skarpami i słyszało te same dzwony.

Szkoła, która dawała siły na całe życie

„Już w roku 1906 byłem uczniem późniejszej Jagiellonki i tam uczyłem się do siódmej klasy” — mówił w „Zgodzie”. Gimnazjum Polskie, otwarte po latach rusyfikacji, było dla niego czymś więcej niż budynkiem z ławkami. „Atmosfera szkoły dawała mi wiele, stamtąd nabrałem sił duchowych na całe życie”.

Pamiętał polonistów z imienia i z tonu. Czesława Przybyszewskiego. Potem Władysława Gackiego. „Byli to światli, kochani ludzie. Kształtowali chłopięce dusze, wskazywali drogi trudne do samodzielnego odnalezienia”. Pamiętał dyrektora Adama Grabowskiego, który wydawał „Echa Płockie i Łomżyńskie” i potrafił jednym zdaniem związać krajobraz z powołaniem.

Grabowski powiedział kiedyś — i Broniewski powtórzył to w maju 1958 roku, jak powtarza się zdanie, które siedzi w człowieku pół wieku:

„Wydaje mi się, że ktoś, kto przejdzie za Tumem w pogodny wieczór i zobaczy słońce nad taflą wiślaną, hen ku Dobrzyniowi, ten staje się poetą…”

To nie był komplement dla zdolnego ucznia. To była mapa. Za Tumem, w pogodny wieczór, słońce kładło się na wodzie tak, że nawet chłopak bez „czwórek” w dzienniku rozumiał, po co komu wiersz.

W szkole Broniewski nie polował na stopnie. Uważano go za zdolnego i niesfornego. Redagował gazetkę „Młodzi idą”, sam wypełniając ją tekstami i wierszami. Organizował skauting. Działał w Organizacji Młodzieży Niepodległościowej, potem w Związku Strzeleckim. Narażał się władzom zaborczym w mieście, które po 1905 roku wciąż pamiętało rewizje, areszty i szeptaną geografię konspiracji.

„W Płocku byłem wychowany w atmosferze popowstaniowej, prawdziwego patriotyzmu, bezkompromisowej ofiarności w walce z zaborcą. Byłem członkiem nielegalnych kółek wojskowych, co wyładowało się potem we wstąpieniu do Legionów Józefa Piłsudskiego”.

W 1915 roku, mając siedemnaście lat, porzucił naukę. Matka i babka nie chciały tego wyjścia. Ideały, które same wpoiły, okazały się silniejsze niż ich lęk. Chłopak z domu na skarpie wziął manlicherowski karabin i poszedł w wojnę, o której sądził, że będzie wojną ludów i sprawiedliwości. Później powie o tamtym sobie z goryczą, że był jak ślepy szczeniak, a na świat patrzył za niego manlicher. W maju 1958 roku nie rozwijał tej goryczy. Zostawił w sali tylko ścieżkę: od nielegalnego kółka w Płocku do Legionów.

I dodał zdanie, które w klerykalnym mieście gubernialnym miało smak dawnego skandalu. „Płock, miasto na wskroś klerykalne, specjalnie mnie też nastawiło. Znalazłem się już w czasie mej młodości w grupie antyklerykalnej, przeciwstawiającej się przymusowi spowiedzi”. Bunt przeciwko obowiązkowej konfesji nie był u niego pozą nowoczesności. Był częścią tego samego charakteru, który nie znosił przymusu — carskiego, szkolnego, kościelnego, potem każdego innego.

„Jakże wielki wpływ wywarł Płock na kształtowanie się mego charakteru i mej poezji”.

Miasto, które brało go na wyłączność

Płock nie czekał z wdzięcznością na śmierć poety. 1 października 1950 roku Miejska Rada Narodowa nadała mu tytuł Honorowego Obywatela miasta Płocka. Uzasadnienie było językiem epoki: „Poecie-Rewolucjoniście, Bojownikowi o Polskę Ludową — Pokój i Socjalizm, Wiernemu Synowi miasta Płocka”. Pod patosem urzędowego zdania siedział jednak gest starszy od ustroju. Miasto brało swojego człowieka z powrotem.

Siedem lat później, 14 grudnia 1957 roku, Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Towarzystwa Naukowego Płockiego wpisało Broniewskiego w poczet honorowych członków „za zasługi na polu literatury polskiej, a szczególnie za twórczość związaną z Mazowszem i Płockiem”. Obok niego stanęli Tadeusz Kotarbiński, Józef Chałasiński i Marcin Kacprzak. Towarzystwo, które po wojnie na nowo uczyło miasto myśleć o sobie jako o ośrodku nauki, nie chciało poety wyłącznie od święta. Chciało go w swoim rodowodzie.

Dyplomy wręczono 15 grudnia w auli Małachowianki, podczas obchodów pięćdziesięciolecia wznowienia pracy TNP. Broniewskiego w auli nie było. Dopiero wiosna przyszłego roku naprawiła tę nieobecność.

Za tamtymi decyzjami stała przyjaźń, której nie da się wpisać w protokół, a bez której protokół byłby uboższy. Tadeusz Gierzyński, prezes Towarzystwa, poseł, adwokat, człowiek, o którym mówiono, że Płock zawdzięcza mu więcej niż on miastu, umiał wiązać ludzi. Broniewski należał do tego kręgu. Gierzyński forsował i honorowe obywatelstwo, i członkostwo TNP, i — lata później — myśl o pomniku. Na dzień przed śmiercią poeta wysłał do niego depeszę. Gierzyński był wtedy w Londynie. Depeszy nie odebrał.

Miasto anektowało poetę zazdrośnie, jak on anektował miasto. Oficjalne pobyty i prywatne zajazdy splatały się. Po śmierci otoczono pieczołowitością dom, dąb, ślady. Ale zanim przyszła śmierć, było to majowe popołudnie w „Zgodzie”, kiedy Broniewski, zamiast mówić o tomach, nagrodach i polityce literatury, mówił o kaczeńcach.

Słowa, których nie powtórzył gdzie indziej

Ci, którzy słyszeli go na wieczorach autorskich w Warszawie i w innych miastach, a potem porównywali notatki, byli zgodni w jednej sprawie. Ani przedtem, ani potem, na oficjalnych spotkaniach i w przyjacielskich gawędach, nie słyszano od niego słów tak jasno wskazujących rolę Płocka w jego życiu. Potrafił być czuły, potrafił być gniewny, potrafił być żołnierski. Tamtego dnia był miejscowy.

Obiecał więcej, niż zdążył spełnić w jednym wierszu.

„Ja o Płocku nigdy nie zapomnę, ja o tym mieście jeszcze napiszę”.

Pisał już wcześniej. „Miasto rodzinne”, „Dzwon w Płocku”, fragmenty „Mazowsza” — to były powroty, nie obowiązek. W „Mazowszu” równina rozpościera się szeroko, a serce dziecka i oko męża błądzi po niej z Tumskiej Góry ku Królewskiemu Lasowi. W „Dzwonie w Płocku” miasto odzywa się głosem, którego nie da się pomylić z żadnym innym dzwonem Rzeczypospolitej. W „Mieście rodzinnym” wraca się nie do dekoracji, tylko do pierwszej topografii duszy.

W 1972 roku, ogłoszonym w kraju Rokiem Władysława Broniewskiego, Towarzystwo Naukowe Płockie wydało bibliofilski druk „Trzy wiersze o Płocku”. Złożyły się na niego właśnie „Miasto rodzinne”, „Dzwon w Płocku” i fragment „Mazowsza”. Dziewięćset dziewięćdziesiąt numerowanych egzemplarzy. Perła, którą brało się do rąk z pietyzmem. Obietnica z sali „Zgody” dostała oprawę, jakiej poeta już nie zobaczył.

Wtedy też Stanisław Kostanecki wydał po raz trzeci pracę „Władysław Broniewski i Płock”, w nakładzie dziesięciu tysięcy egzemplarzy. Płock nie chciał być przypisem do biografii. Chciał być jej pierwszym rozdziałem.

Ciekawostki i kontekst

Magnetofon w 1958 roku nie był w Płocku cudem techniki. Dało się nagrać. Nie nagrano. Został żal, który wraca przy każdej próbie odtworzenia głosu poety w jego mieście. Gdy 25 czerwca 1972 roku pod nowym pomnikiem puszczono z taśmy „Mazowsze”, zgromadzeni usłyszeli Broniewskiego-recytatora. Nie usłyszeli Broniewskiego ze „Zgody”. Tamten głos istnieje tylko w zdaniach przepisanych z kartek, które on sam poprawił.

Adam Grabowski, dyrektor gimnazjum, nie był w tej opowieści statystą. Redagował gazetę, kształtował szkołę i zostawił uczniowi zdanie o zachodzie słońca za Tumem, które poeta powtórzył po latach jak hasło wywoławcze. Władysław Gacki, polonista, zapamiętał ucznia, który nie gonił za ocenami, ale już wiedział, czym będzie się zajmował. Szkoła, która dziś nosi imię Władysława Jagiełły, wciąż urządza konkursy recytatorskie „Polubić poezję Władysława Broniewskiego — ucznia płockiej Jagiellonki”. Droga z ławki do kanonu nie zatoczyła pełnego koła. W programach szkolnych poety ubywa. W Płocku nie ubywa obowiązku pamiętania.

Dom przy Kościuszki przeznaczono później na siedzibę Związku Nauczycielstwa Polskiego i Bibliotekę Pedagogiczną. Pieczołowicie go odrestaurowano. W grudniu 1996 roku otwarto w nim Izbę Pamięci. Dąb rósł dalej. Monument Gustawa Zemły, odsłonięty w 1972 roku na kamiuszkach, tam gdzie chłopiec grywał w piłkę i jeździł na łyżwach, formą nawiązuje do rozłożystej korony drzewa i do sztandarów, które w wietrze układają się w rysy twarzy. Poeta na pomniku nie stoi na wysokim cokole. Stoi na ziemi, którą znaczył bosymi stopami.

W księdze pamiątkowej Biblioteki imienia Zielińskich Broniewski zostawił w 1958 roku wpis krótki i bez osłonek: jego ukochane miasto to Płock. Zwiedził kawał świata. Wierzby nad Wisłą były mu bliższe niż palmy nad Jordanem i Eufratem.

Znaczenie historyczne

Przemówienie z 11 maja 1958 roku jest jednym z najczystszych dokumentów, jakie Płock posiada o sobie samym w XX wieku. Nie jest uchwałą. Nie jest laudacją. Jest zeznaniem poety, który przez całe życie dawał się wpisywać w wielkie narracje — niepodległościową, legionową, rewolucyjną, wojenną, budowlaną — i który w rodzinnej sali odłożył te narracje na bok, żeby powiedzieć, skąd naprawdę bierze się wiersz.

Dla historii literatury to klucz do lektury „Mazowsza”, „Dzwonu w Płocku” i „Miasta rodzinnego”. Bez Płocka te utwory stają się pejzażem. Z Płockiem stają się biografią.

Dla historii miasta to akt wzajemności. Płock dał Broniewskiemu dzieciństwo, szkołę, dąb, Wisłę i popowstaniową temperaturę domu. Broniewski oddał mu zdanie, którego nie powtórzył nigdzie indziej, i obietnicę, że nie zapomni. Miasto odpowiedziało obywatelstwem, członkostwem Towarzystwa, restauracją domu, festiwalami poezji, sesjami naukowymi i wreszcie pomnikiem, przy którym w 1972 roku harcerze wzięli jego imię, a tłum w deszczu słuchał taśmy z „Mazowszem”.

Minęło od tamtego popołudnia w „Zgodzie” prawie siedemdziesiąt lat. Dąb jest starszy. Wisła jest ta sama. Katedra stoi. Widok za Tumem, hen ku Dobrzyniowi, w pogodny wieczór wciąż robi z człowieka to, co według Grabowskiego zrobić powinien. Brakuje tylko taśmy z 11 maja.

Zostają notatki. Zostaje dom. Zostaje drzewo. I zostaje pierwsze zdanie, które w Płocku nie potrzebuje przypisu.

Poezja moja pochodzi z Płocka.