Noc, gdy Płock stanął na krawędzi: dramatyczny szturm powstańców w styczniu 1863
W mroźną, deszczową noc z 10 na 11 stycznia 1863 roku ulice Płocka rozbrzmiały echem dzwonu bijącego na alarm, krzyków „do broni, panowie!” i strzałów. Miasto nad Wisłą, strategiczny węzeł z mostem łączącym oba brzegi rzeki, miało paść jako jeden z pierwszych bastionów w planach Centralnego Komitetu Narodowego. Tymczasem słaby garnizon – zaledwie trzy roty piechoty, setka kozaków i garstka inwalidów – stanął do nierównej walki. To była noc, w której los całego regionu zawisł na włosku.
Przed burzą – napięcie w mieście nad Wisłą
Płock na początku 1863 roku nie był już spokojnym administracyjnym centrum. W powietrzu wisiało oczekiwanie wielkiego zrywu. Rosyjskie władze zdawały sobie sprawę z nastrojów, ale garnizon był zaskakująco nieliczny. Trzy roty 21. pułku piechoty Muromskiego, sotnia Dońskich Kozaków numer 18 i niepełna kompania inwalidów – w sumie około ośmiuset ludzi, w tym wielu starszych lub chorych. Artylerii brakowało zupełnie. Komendantem oddziału był generał-major baron Mengden, zastępujący na urlopie generała-lejtnanta Semekę.
Tymczasem w okolicznych lasach i wsiach – Winiarach, Sępniu, Proboszczewicach, Płocku i Woźnikach – gromadzili się powstańcy. Do miasta ściągali zarówno miejscowi konspiratorzy z płockiego województwa, jak i „warszawskie dzieci” – ochotnicy, którzy po panice wywołanej styczniowym naborem w stolicy przedostali się przez Wisłę i Bug. Przeprawa udała się mimo pośpiesznego oskrzydlenia brzegów przez kozaków.
Wojskowy naczelnik województwa Tomaszowski i cywilny wojewoda Głuchowski (człowiek słaby i niezdecydowany) przygotowywali uderzenie. Najgorętszym zwolennikiem przyspieszenia był komisarz Edward Rólski – jeden z najżarliwszych spiskowców zjeżdżających na zjazd w Świeżewicach. Obok niego stali adwokat Zegarda, komisarz pułtuski, i Grottus – naczelnik powiatu płockiego. Plan był prosty: w nocy z 10 na 11 stycznia, po sygnale – pożarze i biciu dzwonów – oddziały miały wedrzeć się do miasta od strony rogatek Dobrzyńskiej i Płońskiej, połączyć się z miejscowymi przysiężnymi i opanować kluczowe punkty.
Rekonesanse i pierwsza krew
Już od 6 stycznia w okolicy pojawiali się pierwsi powstańcy. Baron Mengden, wyczuwając zagrożenie, wysyłał rekonesanse, ale z rozkazem nieładowania broni – „łapać złoczyńców”. Jeden z nich, pod dowództwem pułkownika Kozlianinowa, natknął się w lesie pod Płockiem na uzbrojoną grupę liczącą około trzystu ludzi. Doszło do zaciętej walki wręcz. Pułkownik zginął od ciosu toporem w głowę, a jego rota – niespełna dziewięćdziesięciu żołnierzy – straciła ponad połowę stanu. Resztki wycofały się do Bielska.
Ta potyczka wstrząsnęła garnizonem. Do 10 stycznia w Płocku pozostało zaledwie czterystu piechurów i garstka kozaków. Tego samego dnia zerwano połączenie telegraficzne z Warszawą. W mieście rosło napięcie. O zmierzchu Mengden zarządził stan alarmowy: posterunki przy odwachu i ratuszu, w koszarach w Czarnym Dworze. Od piątej po południu gaszono światła w oknach, patrole chodziły z latarniami. Mimo to wieczorem zaczęły krążyć podejrzane postaci. Aresztowano kilkudziesięciu ludzi – u wielu znaleziono broń. Około dziewiątej wieczorem schwytano całą czterdziestoosobową grupę na dziedzińcu trybunału. W mieście na chwilę zapanowała cisza. Noc była ciemna, deszczowa, wietrzna.
Noc szturmu – sygnał i chaos
Tuż po północy rozległy się gwałtowne uderzenia dzwonu z wieży katedry. Po ulicach pobiegli ludzie z okrzykiem „do broni, panowie!”. Tym razem jednak wcześniejsze aresztowania zrobiły swoje – mieszkańcy nie wylegli tłumnie na ulice. Za to gęste kolumny powstańców wdarły się do miasta i zajęły place.
Pierwszy atak poszedł na Odwach. Po strzale, który zabił wartownika (ten, padając, zdążył jeszcze krzyknąć „karauł, w nogi!”), tłum ruszył do szturmu. Został powitany celnym ogniem salwy. W tym momencie komendant miasta osobiście wystrzelił rakietę sygnalizacyjną. Reszta garnizonu wypadła z koszar i uderzyła na wahających się jeszcze powstańców.
Edward Rólski na białym koniu galopował po placu, gorączkowo nawołując do walki. Na nic. Oddziały nie wytrzymały kontruderzenia i rzuciły się do ucieczki w stronę mostu na Wiśle. Po drodze próbowali podpalić koszary, w których broniło się szesnastu kozaków – bez skutku. Jednocześnie inna grupa pod dowództwem Postricha zaatakowała Czarny Dwór, ale i tam została odparta. Mniejsze oddziały schroniły się w kościołach i budynkach.
Rezerwa Kowałewskiego, która podjechała wozami pod bramę Bielską, nie zdążyła się włączyć do walki. Rakieta, która przypadkiem spadła w sam środek kolumny, wywołała panikę. Rano oddział natknął się na wracające z rekonesansu sotnie Stefanoskiego i Radionowa.
Poranek po bitwie – aresztowania i odwrót
Rankiem 11 stycznia rozpoczęły się masowe aresztowania. Schwytano blisko stu pięćdziesięciu ludzi. Adwokat Zegarda, który po Głuchowskim objął funkcję cywilnego wojewody, był ranny już poprzedniego dnia. Ukrywał się w jednym z domów. Gdy przyszli go aresztować, popełnił samobójstwo. Powstańcze oddziały wycofały się z miasta i rozproszyły się po okolicznych wsiach. Część rozeszła się do domów.
Ciekawostki i kontekst epoki
Atak na Płock był częścią szerszego planu Centralnego Komitetu, który zakładał jednoczesne uderzenia na kilka miast Mazowsza. Płock miał stać się siedzibą „tymczasowego rządu narodowego” – stąd tak wielkie nadzieje i przygotowania. Miasto było słabo bronione nie tylko ze względu na małą liczebność garnizonu, ale też na brak artylerii i słabe fortyfikacje. Wokół rozciągały się lasy i bagna, idealne do ukrywania się, ale samo miasto leżało na otwartej równinie nad Wisłą.
Kurpie z okolicznych puszcz – potomkowie dawnych Jaćwingów zmieszanych z Mazurami – byli uważani za znakomitych strzelców i partyzantów. Wielu z nich dołączyło do powstańczych band, choć w samym szturmie na miasto brały udział głównie oddziały z Warszawy i lokalni spiskowcy. Epoka carskiego zaboru odciskała się na codziennym życiu: cenzura, konfiskaty, represje. Powstanie było desperackim zrywem przeciwko temu systemowi.
Znaczenie historyczne
Nieudany szturm na Płock miał ogromne konsekwencje dla całego Powstania Styczniowego w Płockim oddziale. Pokazał słabość powstańczej organizacji w pierwszych dniach – brak koordynacji, panikę po nieudanych rekonesansach, zbyt optymistyczne założenia co do poparcia ludności. Jednocześnie udowodnił determinację i odwagę zwykłych ludzi, którzy mimo wszystko ruszyli na dobrze uzbrojonego wroga.
Dla Płocka noc ta stała się symbolem heroizmu i tragizmu. Miasto pozostało w rękach rosyjskich, ale trauma i represje, które nadeszły, na długo zapisały się w pamięci mieszkańców. Wydarzenie wpłynęło na dalszy przebieg walk w regionie – powstańcy przeszli do działań partyzanckich w lasach, a rosyjskie dowództwo wzmocniło garnizony. Była to jedna z tych nocy, które pokazują, jak cienka jest granica między zwycięstwem a klęską w walce o wolność.
Płock 1863 roku to nie tylko data w kalendarzu. To opowieść o zwykłych ludziach – rzemieślnikach, chłopach, inteligencji – którzy w imię niepodległości gotowi byli ryzykować życie. Noc szturmu przypomina, że historia Mazowsza to nie tylko wielcy bohaterowie, ale i te zapomniane, dramatyczne chwile, gdy całe miasto wstrzymało oddech.