Nad Wisłą, tam gdzie kiedyś modlono się do Boga

Wyobraźcie sobie Płock początku XIX wieku. Miasto jeszcze nie otrząsnęło się po burzach napoleońskich, ulice toną w błocie, a nad Wisłą wznosi się stromy brzeg, na którym od wieków górował kościół Świętej Trójcy. Gotyckie mury, zniszczone przez Prusaków, stały puste i zrujnowane. Nikt nie przypuszczał, że właśnie tu, w tym zapomnianym miejscu, narodzi się coś, co na dekady stanie się sercem płockiej rozrywki i oazą polskości.

Był rok 1812. Księstwo Warszawskie, efemeryczne państwo stworzone przez Napoleona, rozpalało w Polakach nadzieję na odzyskanie niepodległości. Prefekt departamentu płockiego, Rajmund Rembieliński – bohater Insurekcji Kościuszkowskiej, człowiek o gorącym patriotycznym sercu – postanowił dać mieszkańcom coś więcej niż tylko administrację. Zlecił adaptację zrujnowanego kościoła na teatr. Prace ruszyły błyskawicznie. Do starego gmachu dobudowano portyk z lutnią na fasadzie – symbolem świątyni Melpomeny, muzy tragedii. Wnętrze przekształcono w widownię z lożami w kształcie lutni, amfiteatralnym parterem i królewskimi lożami pod baldachimami. Scenę wyposażono w maszynerię „na sposób warszawski”. 20 sierpnia 1812 roku odbyła się premiera – „Abelino, wielki bandyta wenecki” w tłumaczeniu Andrzeja Osińskiego. Płock stał się jednym z pierwszych miast w Polsce z własnym teatrem.

Burzliwe lata trzydzieste i czterdzieste – pamiętnik wędrownego aktora

Minęło dwadzieścia lat. Zaborca rosyjski zdusił Księstwo Warszawskie, a Płock wszedł w ponurą rzeczywistość Królestwa Kongresowego. Teatr jednak przetrwał. W latach 1833–1849 odwiedzał go wielokrotnie Stanisław Krzesiński – wędrowny aktor, który w swoim pamiętniku „Koleje życia” zostawił jeden z najbarwniejszych opisów płockiej sceny. Krzesiński, syn warszawskiego aktora, urodził się w 1810 roku i przez niemal całe życie tułał się po prowincjonalnych scenach. Nie był gwiazdą, ale jego relacja jest bezcenna – to kronika człowieka, który znał teatr od kulis.

„Teatr znaleźliśmy bardzo piękny, wygodny, zasobny w mnóstwo dekoracyj, przystawek, z kompletną maszynerią urządzoną na sposób warszawski” – pisał z zachwytem. Gmach stał na skraju wysokiej góry nad Wisłą. Mury kościelne ozdobiono portykiem, loże ułożono w owal lutni zwężającej się ku scenie. Dwie wielkie loże pod baldachimami przeznaczone dla naczelników miasta nazywano „królewskimi”. Ceny biletów? Loża pierwszego piętra – 12 złotych polskich, parter – 3 złote, galeria – 1 złoty. Do tego pięciogroszówka na ubogich. Publiczność wypełniała salę po brzegi, mimo cen.

Plebejski charakter płockiej sceny

Teatr w Płocku nie był arystokratyczną salonową rozrywką. Miał charakter plebejsko-mieszczański. Aktorzy rekrutowali się ze średnich warstw – jak Emil Trynkhauz, syn piekarza z ulicy Więziennej, który grał role żołnierzy i starców. Mecenat sprawowali ludzie pokroju Andrzeja Karszowieckiego, właściciela Oberży Berlińskiej i handlu winem, który amatorsko malował dekoracje, oraz kupca korzennego Erenfajchta. Repertuar? Głównie farsy, melodramaty i wodewile: „Żako, małpa brazylijska”, „Upiór”, „Anna Bell, czyli piętnaście lat cierpień”. Wielka literatura romantyczna – Mickiewicz, Słowacki – rzadko gościła na scenie. Zaborca cenzurował wszystko, co pachniało buntem.

Mimo to teatr był azylem. W czasach gdy prasa i szkolnictwo polskie były ograniczane, sala teatralna jednoczyła publiczność. Ludzie przychodzili nie tylko dla rozrywki – przychodzili, by poczuć się Polakami. Grywano nawet trzy razy w tygodniu. Widownia huczała śmiechem, płakała nad melodramatami, a aktorzy czuli się jak bohaterowie narodowej misji.

Letni amfiteatr na wodzie i zimowa sala na Starym Rynku

Nie tylko stały budynek nad Wisłą tętnił życiem. W 1834 roku dyrektor Chełkowski wpadł na szalony pomysł: w ogrodzie Słupeckiego przy ulicy Pocztowej, nad sadzawką, zbudował amfiteatr na palach wbitych w wodę. Scena na wodzie, sufler w beczce, orkiestra na pływających balach, kulisy z choiny. Loże między drzewami, parter amfiteatralny. Przedstawienia w niedziele, a w tygodniu w „teatrze zimowym”. Publiczność zachwycona – to była prawdziwa nowość!

Zimą 1835 roku, gdy mróz odstraszał od otwartej sceny, Chełkowski wynajął salę w domu byłego prezydenta na Starym Rynku. Na pierwszym piętrze pawilonu urządzono scenę, garderoby, bufet i restaurację. Między aktami publiczność rozchodziła się po salach, a w niedziele odbywały się bale i maskarady – pierwsze w Płocku, które szybko stały się hitem karnawału.

Ludzie teatru – bohaterowie codzienności

Krzesiński opisuje aktorów jak starych znajomych. Emil Trynkhauz, piekarzowski syn, który wcielał się w starców i żołnierzy. Karszowiecki – kupiec, który wieczorami malował kulisy. Publiczność – mieszczaństwo, rzemieślnicy, drobna szlachta. Wszyscy razem tworzyli wspólnotę. W czasach, gdy zaborca likwidował polskie instytucje, teatr dawał poczucie odrębności narodowej. Publiczność zbierała się jak na tajne zebranie – tylko zamiast spiskować, wspólnie śmiała się i płakała.

Kontekst epoki – teatr jako broń kultury w niewoli

Po upadku powstania listopadowego (1830–1831) represje nasiliły się. Szkoły, prasa, stowarzyszenia – wszystko pod rosyjskim butem. Teatr jednak wymykał się kontroli. Repertuar był „bezpieczny”, ale sama obecność polskiej sceny, polskiego języka, polskich aktorów budowała tożsamość. W małym Płocku, liczącym wtedy kilkanaście tysięcy mieszkańców, widownia wypełniała się do ostatniego miejsca. To nie była tylko rozrywka – to był opór kulturowy.

Krzesiński odwiedzał Płock siedmiokrotnie: w 1833, 1834, 1835, 1836, 1841, 1845 i 1849 roku. Między 1825 a 1833 nie gościła tu żadna trupa. Jego relacja to unikalny przyczynek do ćwierćwiecza dziejów sceny.

Ciekawostki i mniej znane smaczki

W ogrodzie Słupeckiego oprócz teatru był piękny bulwar, sadzawka, restauracja z nowalijkami i winem. Płocczanie spędzali tam letnie wieczory. W zimowej sali na Rynku – maskarady, na które zjeżdżali się nawet z okolic. Budynek teatru nad Wisłą przetrwał aż do 1940 roku, gdy hitlerowcy zburzyli go jako „niepotrzebny zabytek”. Dziś w tym miejscu stoi pomnik dawnego teatru – mosiężna makieta przypominająca o dawnej chwale.

Znaczenie dla Płocka i Mazowsza

Teatr nad Wisłą to nie tylko budynek. To symbol determinacji mieszkańców, którzy w czasach niewoli potrafili stworzyć oazę kultury. Dzięki niemu Płock wszedł do grona miast z własną sceną jeszcze w czasach napoleońskich. Gościł Bogusławskiego, Solskiego, Zapolską. Kształtował gusty, jednoczył społeczność, chronił polskość. Dziś, w 2026 roku, gdy obchodzimy 214. rocznicę otwarcia sceny, warto przypomnieć sobie tę historię. Bo teatr w Płocku to nie tylko rozrywka – to część naszej tożsamości.

Epilog – echo dawnych braw

Gdy dziś przechadzamy się nadwiślańską skarpą, trudno sobie wyobrazić gotyckie mury kościoła pełne śmiechu i oklasków. Ale wystarczy zamknąć oczy, a usłyszymy echo: szelest sukien w lożach, stukot butów na deskach sceny, okrzyki „brawo!”. Świątynia Melpomeny nad Wisłą nie zniknęła – żyje w pamięci, w pomniku i w sercach tych, którzy kochają Płock i jego historię.