Miasto, które nie chciało rezygnować z radości
Wyobraźcie sobie Płock roku 1833. Miasto wciąż liże rany po powstaniu listopadowym. Rosyjski garnizon na wzgórzu, cenzura, ograniczone polskie szkoły i prasa. A jednak nad stromą skarpą wiślaną, w dawnym kościele Świętej Trójcy, rozbrzmiewają śmiechy i oklaski. Teatr nie jest tu salonową rozrywką dla panów w kontuszach. To przestrzeń dla mieszczaństwa, rzemieślników, drobnych kupców i żołnierzy. Plebejski, swojski, bliski ludziom. I to właśnie oni – zwykli płocczanie – nadają mu charakter, finansują go i ożywiają.
Stanisław Krzesiński, wędrowny aktor, który odwiedzał Płock siedmiokrotnie w latach 1833–1849, zostawił w swoim pamiętniku „Koleje życia” najbarwniejszy opis tej rzeczywistości. Dzięki niemu wiemy, że płocka scena nie była arystokratyczną świątynią Melpomeny w wielkim stylu. Była mieszczańską, plebejską, prawdziwie ludową. Aktorzy rekrutowali się ze średniej klasy, repertuar odzwierciedlał ich gusta, a mecenat sprawowali ludzie pokroju Andrzeja Karszowieckiego i Erenfajchta. To oni, razem z lokalnymi aktorami takimi jak Emil Trynkhauz, syn piekarza, tworzyli serce płockiego teatru.
Syn piekarza na deskach sceny – Emil Trynkhauz
Jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów był Emil Trynkhauz, rodowity płocczanin. Syn piekarza z ulicy Więziennej. Nie pochodził z aktorskiej rodziny, nie miał koneksji na warszawskiej scenie. A jednak w latach 1841–1857 grywał na prowincjonalnych deskach, specjalizując się w rolach charakterystycznych: żołnierzy, starców, komicznych typów. Krzesiński wspomina go z sympatią – jako człowieka, który znał miasto od podszewki i wnosił na scenę autentyczność płockiego mieszczaństwa.
Trynkhauz nie był gwiazdą. Nie deklamował Mickiewicza ani Słowackiego – repertuar był „bezpieczny”, bo zaborca pilnował. Grał w farsach, melodramatach, wodewilach: „Żako, małpa brazylijska”, „Upiór”, „Anna Bell, czyli piętnaście lat cierpień”. Ale gdy wchodził na scenę w mundurze żołnierza albo jako zrzędliwy starzec, sala huczała śmiechem. Publiczność rozpoznawała w nim swojego – sąsiada, znajomego, kogoś, kto piecze chleb na tej samej ulicy. To był teatr, w którym widzowie czuli się jak u siebie.
Kupiec i oberżysta – Andrzej Karszowiecki i Erenfajcht
Mecenasami nie byli magnaci ani urzędnicy. To Andrzej Karszowiecki, właściciel handlu win i słynnej Oberży Berlińskiej przy Starym Rynku, oraz kupiec korzenny Erenfajcht. Karszowiecki nie tylko dawał pieniądze. Amatorsko malował dekoracje sceniczne, pomagał w budowie maszynerii, angażował się w codzienne życie trupy. Erenfajcht z kolei wspierał finansowo – kupował rekwizyty, płacił za bilety „na ubogich”, które doliczano do każdego miejsca.
Ich udział nadawał teatrowi plebejski rys. Nie było tu arystokratycznego dystansu. Po spektaklu aktorzy siadali z mecenasami przy stole w oberży, pili wino, dyskutowali o kolejnym repertuarze. Publiczność wiedziała, kto stoi za kulisami. To budowało zaufanie i więź. W czasach gdy zaborca niszczył polskie instytucje, tacy ludzie jak Karszowiecki i Erenfajcht stawali się nieformalnymi strażnikami kultury.
Krzesiński opisuje to z wdzięcznością. Dzięki nim trupa mogła grać trzy razy w tygodniu – nawet gdy zima odstraszała od nieogrzanego gmachu nad Wisłą. Dzięki nim letni amfiteatr w ogrodzie Słupeckiego i zimowa sala na Starym Rynku mogły działać bez przerw.
Repertuar, który trafiał do serc mieszczaństwa
Co grano? Nic z wielkiej romantycznej literatury. Zaborca cenzurował wszystko, co pachniało buntem. Na scenie królowały farsy, melodramaty i lekkie wodewile. Publiczność kochała je całym sercem. Śmiała się z perypetii „Żako, małpy brazylijskiej”, płakała nad losem bohaterki „Anny Bell”. To był teatr zrozumiały, bliski codzienności – o miłości, zdradzie, komicznych nieporozumieniach. Dokładnie taki, jakiego potrzebowali płoccy mieszczanie po ciężkim dniu w warsztacie czy sklepie.
Sala teatralna w dawnym kościele Świętej Trójcy wypełniała się po brzegi. Loże parterowe po 8 złotych, galeria za 1 złoty. Do każdego biletu doliczano pięciogroszówkę na ubogich. Mimo cen – komplet. Bo to nie była tylko rozrywka. To było miejsce, gdzie polska publiczność mogła zebrać się jako zbiorowość, poczuć wspólnotę w czasach, gdy zaborca starał się ją rozbić.
Życie codzienne trupy – kulisy plebejskiej sceny
Aktorzy mieszkali skromnie, jeździli furmankami, cerowali kostiumy po nocach. Krzesiński wspomina trudy: zimne kwatery, kapryśną pogodę, brak stałego mecenatu państwowego. Ale w Płocku zawsze czuli wsparcie. Trynkhauz znał każdego w mieście, Karszowiecki otwierał oberżę po spektaklu, Erenfajcht załatwiał deski i farby do dekoracji.
Gdy Chełkowski zbudował teatr na wodzie w ogrodzie Słupeckiego – scena na palach, orkiestra na balach, sufler w beczce – to właśnie plebejscy mecenasi pomogli w organizacji. Gdy zimą przenieśli scenę do pawilonu na Starym Rynku – bufet, restauracja, maskarady – oni dbali o atmosferę. To był teatr stworzony przez i dla zwykłych ludzi.
Kontekst zaborowej rzeczywistości – teatr jako opór kulturowy
Po powstaniu listopadowym represje były surowe. Szkoły, prasa, stowarzyszenia – wszystko pod rosyjskim nadzorem. Teatr wymykał się kontroli. Repertuar „bezpieczny”, ale sama obecność polskiej sceny, polskiego języka, polskich aktorów budowała tożsamość. W plebejskim teatrze nad Wisłą płocczanie czuli się jak jedna wspólnota – nie poddani cara, ale Polacy.
Krzesiński odwiedzał miasto w 1833, 1834, 1835, 1836, 1841, 1845 i 1849 roku. Między tymi datami Płock przez osiem lat nie widział żadnej trupy. Gdy wracał – zawsze zastawał tę samą mieszczańską energię. To oni, zwykli komedianci i ich mecenasi, utrzymali ciągłość sceny przez ćwierć wieku.
Ciekawostki i mniej znane smaczki
Emil Trynkhauz grał jeszcze w latach pięćdziesiątych – jeden z nielicznych płocczan, który został aktorem zawodowym. Karszowiecki nie tylko malował dekoracje, ale też gościł trupę w swojej oberży – tam rodziły się pomysły na kolejne spektakle. Erenfajcht, kupiec korzenny, sprowadzał z Warszawy rekwizyty i kostiumy. A publiczność? Składała się z rzemieślników, sklepikarzy, drobnej szlachty i żołnierzy – dokładnie tych, którzy codziennie mijali się na rynku.
Budynek teatru nad Wisłą przetrwał aż do 1940 roku, gdy hitlerowcy zburzyli go jako „niepotrzebny zabytek”. Ale duch plebejskiej sceny pozostał w pamięci miasta.
Znaczenie dla Płocka i Mazowsza
Plebejscy komedianci nad Wisłą to dowód, że kultura w czasach niewoli nie wymagała pałaców ani wielkich fortun. Wystarczyło serce mieszczaństwa, przedsiębiorczość zwykłych ludzi i miłość do sceny. Dzięki nim Płock stał się jednym z żywszych ośrodków prowincjonalnego teatru w Królestwie Kongresowym. Teatr jednoczył, kształcił gusty, chronił polskość. W 2026 roku, gdy obchodzimy blisko 200 lat od pierwszych występów Trynkhauza i spółki, ich historia przypomina, że prawdziwa kultura rodzi się na ulicach i w sercach mieszkańców – nie w stolicach.
Epilog – echo plebejskich braw
Gdy dziś spacerujemy ulicą Więzienną lub Starym Rynkiem, warto pomyśleć o piekarzu, którego syn wchodził na scenę, i o kupcu, który malował kulisy po zmroku. Ich teatr nie zapisał się w wielkich annałach. Ale dla Płocka był wszystkim. Świątynią Melpomeny, która należała do zwykłych ludzi. I właśnie dlatego przetrwał w pamięci jako jeden z najpiękniejszych rozdziałów historii miasta nad Wisłą.