Deszcz lał jak z cebra, gdy w nocy z 10 na 11 stycznia 1863 roku ostatnie oddziały powstańców wycofywały się z płockich ulic. Miasto, które miało paść jako symbol zwycięstwa, pozostało w rękach rosyjskich. Garnizon, choć słaby, odparł atak. Dla wielu konspiratorów z Płockiego województwa była to klęska, po której nie ma już powrotu. Wojskowy naczelnik Tomaszowski uciekł. Wielu ochotników rozeszło się do domów. Wydawało się, że powstanie w tej części Mazowsza dogorywa, zanim na dobre się zaczęło.
A jednak w ciągu kilku tygodni chaos zamienił się w zorganizowany opór. W lasach wschodniej części oddziału odrodziła się siła, która jeszcze długo będzie sprawiać Rosjanom problemy. Kluczem do tego odrodzenia byli dwaj ludzie: nowy wojewoda Padlewski i energiczny, bezwzględny Zbigniew Chądzynski – pseudonim Ludwik Biały. Ich historia to opowieść o tym, jak porażka może stać się początkiem nowej fazy walki.
Porażka, która prawie zabiła powstanie
Gdy rankiem 11 stycznia 1863 roku w Płocku rozpoczęły się aresztowania, a oddziały powstańcze rozproszyły się po okolicznych wsiach, organizacja wojewódzka była w rozsypce. Tomaszowski, były oficer rosyjski, zniknął. Cywilny wojewoda Głuchowski już wcześniej zszedł ze sceny. W Radzanowskich lasach, w okolicach Raciąża i Glinojecka, pozostały jedynie nieliczne partie. Największa – licząca około dwustu ludzi – kryła się w lasach pod Bielskiem. Inne, o wiele mniejsze, czaiły się w okolicach Drobina i Bodzanowa.
Padlewski, który przejął dowództwo wojskowe województwa, początkowo miał plan. Chciał powtórzyć atak na Płock – tym razem lepiej przygotowany. Rozkazy mówiły o wzmocnieniu rozproszonych oddziałów, o zajęciu Proboszczewic i Lelic, o uderzeniu na miasto z kilku stron. Ale rzeczywistość była brutalna. Ludzie byli zmęczeni, rozczarowani, wielu po prostu wróciło do domów. Nawet Padlewski, zwykle pełen determinacji, zaczął tracić wiarę. W jednym z rozkazów, który napisał w tych dniach, radził przysiężnym, by nie szli na „bezsensowną śmierć” i czekali na lepsze czasy.
W tym momencie organizacja była bliska całkowitego rozpadu. Rosyjskie dowództwo koncentrowało wojska – w Płocku, Lipnie, Płońsku, Pułtusku i Ostrołęce. Lasy wschodnie, choć idealne do ukrywania się, wydawały się puste. Między Narwią a Bugiem, w ostrowskich i radzanowskich kompleksach, panowała cisza przerywana jedynie odgłosami rosyjskich patroli.
Ludwik Biały wchodzi do gry
Wtedy na scenie pojawił się Zbigniew Chądzynski – Ludwik Biały. Świeżo mianowany naczelnikiem powiatu pułtuskiego. Człowiek o niezwykłej energii i żelaznej woli. Przybył do Padlewskiego w momencie, gdy ten pisał swój ponury rozkaz. Zamiast przyjąć porażkę, zaczął przekonywać. Argumentował, groził, apelował. W końcu przekonał dowódcę. Zamiast rozkazu o zawieszeniu broni Padlewski wydał zupełnie przeciwny – pełen otuchy dla załamanego ducha i groźby dla niezdecydowanych.
Chądzynski nie tylko słowami działał. Wprowadził terror. 20 stycznia, na jego naleganie, banda Somy Kolbego powiesiła na oczach chłopów pomieścika Dędbickiego – człowieka, który odmówił wsparcia powstaniu. Egzekucja miała być przestrogą dla wszystkich, którzy wahali się lub współpracowali z Rosjanami. „Albo z nami, albo przeciwko nam” – to przesłanie szybko obiegło lasy i wsie.
Dzięki tej mieszance energii i bezwzględności Chądzynski w krótkim czasie zyskał ogromny wpływ. Ludzie, którzy wcześniej się rozproszyli, zaczęli wracać. Małe partie łączyły się w większe. W Radzanowskich lasach, gdzie mieściła się fabryka Jackowskiego – jednego z najgorliwszych zwolenników powstania – rozchodziły się nowe rozkazy. Padlewski, który jeszcze niedawno był bliski rezygnacji, znów był w centrum wydarzeń. Jego kwatera główna przeniosła się w okolice Raciąża.
Odrodzenie w ostrowskich i radzanowskich lasach
W ciągu kilkunastu dni po porażce pod Płockiem wschodnia część Płockiego oddziału ożyła. Największa banda powstała pod dowództwem pomieścika Cichorskiego (pseudonim „Zameczek”). Początkowo formowała się w pobliżu linii kolejowej Petersburg-Warszawa, ale szybko przeniosła się w gęste lasy ostrowskie między Narwią a Bugiem. Tam przyciągnęła wszystkie lokalne siły – w tym „warszawskie dzieci”, które wcześniej przedostały się przez Bug, oraz Kurpiów, znakomitych strzelców i partyzantów z puszcz.
Do tej samej bandy dołączył sam Padlewski. Znalazł ją w Suszczynie. Obok niego pojawił się Dęskur, który po nieudanym ataku na Radzymin szukał kontaktu z innymi dowódcami. W lasach radzanowskich, na przestrzeni między Radzanowem, Raciążem i Glinojeckiem, działała główna masa powstańców. Stąd planowano kolejne uderzenia – na Płock, ale też na mniejsze punkty.
Jednocześnie w północnej części oddziału formowała się banda Kolbego – naczelnika powiatu przasnyskiego. Działał w lasach między Janowem a Chorzelami, blisko granicy pruskiej. Jego ludzie specjalizowali się w napadach na strażnice i urzędy celne. To właśnie oni wykonali egzekucję Dędbickiego. Terror Chądzynskiego sprawiał, że nawet ci, którzy wcześniej wahali się, teraz szli do lasu.
Rosyjskie dowództwo reagowało koncentracją sił, ale lasy były zbyt rozległe. Oddziały Wałujewa, Rędzieckiego czy Kiemieckiego penetrowały puszczę, ale powstańcy znali teren lepiej. Potyczki pod Podosami czy w okolicach Makowa pokazywały, że ruch nie zginął – przeciwnie, nabierał rozpędu.
Ciekawostki i kontekst epoki
Lasy Płockiego oddziału w 1863 roku to nie tylko teren operacyjny. To cały świat sam w sobie. Gęste kompleksy między Orzycem, Omulowem i Skwą łączyły się z puszczami augustowskimi. Przestrzeń między Narwią a Bugiem była prawie niedostępna dla regularnych wojsk – brak dróg, bagna, gęstwina. Kurpie, potomkowie Jaćwingów zmieszanych z Mazurami, stanowili idealnych sojuszników. Znali każdy dukt, potrafili poruszać się bezszelestnie i celnie strzelać.
Padlewski w pierwszych dniach po klęsce mieszkał w Raciążu, potem przenosił się z miejsca na miejsce – 14 stycznia w Drozdowie, 16 w Kondracie Szlacheckim. Chądzynski, choć formalnie naczelnik pułtuski, działał na całym wschodzie. Jego terror nie był ślepym okrucieństwem – miał mobilizować i karać zdrajców. W dokumentach rosyjskich wielokrotnie podkreślano, że wschodnia część oddziału była „szczególnie sprzyjająca tajnym formowaniom”.
Warto wspomnieć, że Padlewski, zanim został wojewodą, brał udział w nieudanym ataku na Płock jako jeden z dowódców. Klęska go nie złamała – przeciwnie, nauczyła ostrożności. Razem z Białym stworzyli duet, który potrafił połączyć strategię z bezwzględną dyscypliną.
Znaczenie historyczne
Odrodzenie powstania w Płockim oddziale po porażce pod Płockiem miało ogromne znaczenie dla całego regionu. To, co zaczęło się jako chaotyczny zryw, zamieniło się w dobrze zorganizowaną wojnę partyzancką. Dzięki Padlewskiemu i Ludwikowi Białemu ruch nie wygasł na Mazowszu. Lasy wschodnie stały się twierdzą, z której wychodziły kolejne bandy, atakowały posterunki, paraliżowały komunikację i wiązały znaczne siły rosyjskie.
Dla mieszkańców Płocka i okolic ta historia pokazała, że nawet po dotkliwej klęsce można wstać. Terror, choć kontrowersyjny, zmobilizował wahających się i zmusił do wyboru stronę. Powstanie w Płockim oddziale trwało dłużej niż w wielu innych rejonach, a jego partyzancki charakter wpłynął na taktykę całego Powstania Styczniowego.
Dziś, gdy patrzymy na te wydarzenia z perspektywy ponad 160 lat, widzimy w nich nie tylko dramat porażki i terroru, ale przede wszystkim niezwykłą determinację ludzi, którzy w najtrudniejszych warunkach potrafili wskrzesić nadzieję. Padlewski i Ludwik Biały nie wygrali wojny, ale pokazali, że nawet po najcięższej klęsce można znaleźć siłę, by walczyć dalej. Ich historia jest częścią krwi i kości historii Mazowsza – pełnej tragicznych, ale i heroicznych kart.
W lasach między Narwią a Bugiem do dziś szumią drzewa, które pamiętają kroki powstańców z 1863 roku. To dzięki takim ludziom jak Padlewski i Biały pamięć o tamtych dniach nie gaśnie. Od chaosu do terroru – i dalej, ku wolności, której nigdy nie udało się do końca zdusić.