Ostatnie godziny terroru

Kilka dni wcześniej, 19 stycznia, Niemcy dokonali ostatniego bestialskiego aktu. Do oficyny domu przy Sienkiewicza 28 wpędzili 79 osób – 48 mieszkańców Płocka złapanych na ulicznej łapance i 31 więźniów przywiezionych z Przasnysza i Mławy. Powiązali ich drutem kolczastym lub kajdanami, strzelali w tył głowy, a potem podpalili budynek. Swąd spalenizny unosił się nad centrum miasta jeszcze długo po tym, jak Niemcy uciekli w stronę Dobrzynia i Torunia.

Ludzie wiedzieli, że front jest blisko. Od 13 stycznia trwała wielka ofensywa radziecka. Niemcy w panice palili akta, wysadzali mosty na Wiśle, ewakuowali się w pośpiechu. W mieście panowała cisza przed burzą – ta dziwna, napięta cisza, gdy wszyscy wstrzymują oddech. Ktoś szeptał na rynku, że „już idą". Inni bali się wierzyć. Jeszcze w sobotę 20 stycznia oddziały radzieckie zajęły Radziwie. Niemcy wysadzili mosty i spalili kościół. Wymiana ognia między brzegami Wisły trwała kilka godzin.

A potem – cisza. I nagle, w niedzielę rano, na lodzie Wisły pojawili się pierwsi żołnierze. Szli pojedynczo i w małych grupach. Śpiewali. Ich głosy niosły się daleko w mroźnym powietrzu. Mieszkańcy przedmieścia witali ich radośnie – ktoś rzucił bochenek chleba, ktoś inny machał biało-czerwoną flagą ukrywaną przez całe lata w piwnicy. O siódmej rano byli już przed ratuszem. Flagi czerwone i biało-czerwone zawisły na balkonach i oknach. Ludzie padali sobie w objęcia. Łzy spływały po policzkach – łzy ulgi, łzy gniewu, łzy nadziei.

Pierwsze godziny wolności

Władze konspiracyjnej Miejskiej Rady Narodowej, która działała w ukryciu od 1944 roku, wyszły z cienia. Z jej grona wybrano prezydium: Franciszek Kożłowski – przedwojenny robotnik, Stefan Pernej i Kazimierz Churski – nauczyciele. Na czele powiatu stanęli starosta Bartoszuk i przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej Ryszard Dobieszak. Nowe władze musiały działać natychmiast. Miasto było w ruinie – 40 procent szyb wybitych, domy uszkodzone nalotami, sklepy ogołocone.

Ale najpierw – porządek. Szabrownicy, opanowani jakąś zbiorową psychozą, plądrowali opuszczone mieszkania i sklepy. Zabierali meble, szyby, klamki, rozbierali piece. Władze apelowały o spokój, ale hamulce moralne puściły po latach biedy. „Mienie niemieckie" – tak sobie tłumaczono. Tymczasem szkody z szabrownictwa szybko przewyższyły te wojenne.

W tym samym czasie na zamarzniętej Wiśle trwało coś magicznego. Żołnierze radzieccy szli dalej, witani jak wyzwoliciele. Ludzie wychodzili na ulice, mimo mrozu. Ktoś śpiewał „Jeszcze Polska nie zginęła". Inni po prostu płakali. Historyczna chwila – pełna wzruszeń, nadziei i lęku przed tym, co przyniesie jutro.

Pierwsze kroki ku normalności

Już następnego dnia zaczęto uruchamiać podstawowe instytucje. Woda, chleb, elektryczność – to były priorytety. Szpital miejski wymagał pilnych napraw. Domy trzeba było szklić i remontować. Urzędy szukały pomieszczeń. A przede wszystkim – szkoły. Niemcy zlikwidowali polskie szkolnictwo na terenach włączonych do Rzeszy. Teraz, z wielkim entuzjazmem, nauczyciele i inspektorzy szkolni – Stanisława Nowak i Stefan Pernej na czele – ruszali do pracy.

Do Szkoły Podstawowej nr 1 przy Kolegialnej zgłosiło się 1300 dzieci. W marcu uruchomiono kolejne placówki, do których przyszło 1700 maluchów. 18 lutego ruszyło Liceum im. Stanisława Małachowskiego, potem Jagiełły i pedagogiczne. Towarzystwo Naukowe Płockie reaktywowało działalność. To był prawdziwy powrót do życia – dzieci wracały do ławek, nauczyciele do tablic, a miasto odzyskiwało swoją duszę.

Równolegle pełnomocnicy rządu z Ministerstwa Przemysłu rejestrowali zakłady. Związek Zawodowy Techników pomagał w gromadzeniu informacji. Powstawały spółdzielnie rzemieślnicze, warsztaty. W lutym działało już 322 placówki przemysłowe i handlowe. Apteki, drukarnie, sklepy „Zgoda" i „Rolnik" – wszystko zaczynało pracować. Ludzie chcieli normalności. Chcieli pracować.

Ciekawostki i kontekst

Mało kto dziś pamięta, że w tych pierwszych tygodniach Płock miał… własny pieniądz. Z powodu braku drobnych banknotów Miejska Rada Narodowa wypuściła bony – 50 groszy, 1, 2,50 i 10 złotych. Były ważne do marca 1946 roku. To jedyny taki przypadek w powojennej Polsce! Władze tłumaczyły, że ludność dostała tylko 250 złotych na głowę po wymianie marek i musiała jakoś funkcjonować.

Inna ciekawostka: walka z szabrownictwem. Ludzie, wyniszczeni okupacją, tracili hamulce. Władze musiały apelować do sumień, a jednocześnie organizować dostawy dla wojska – front przecież szedł dalej na zachód. Ryszard Dobieszak mówił na sesji rady: „Mamy dziś dwa fronty – jeden tam, w palącym się gnieździe hitlerowskim, drugi tu – front pracy".

A atmosfera? Miasto pachniało dymem z pieców, świeżym chlebem z uruchamianych piekarni i… nadzieją. Na targach zaczęli pojawiać się chłopi z okolicznymi produktami. Spekulanci próbowali wykorzystać chaos, ale społeczna kontrola powoli wracała.

Znaczenie historyczne

Ten jeden dzień – 21 stycznia 1945 – nie był tylko końcem okupacji. Był początkiem odbudowy Mazowsza włączonego w czasie wojny do Rzeszy. Płock, pozbawiony polskich szkół, zdewastowany gospodarczo, stał się symbolem powrotu do normalności. Tu, w centrum miasta, gdzie jeszcze niedawno rozlegały się strzały egzekucji, dzieci wracały do ławek, a rzemieślnicy otwierali warsztaty.

Wydarzenia stycznia 1945 roku pokazały siłę zwykłych ludzi – nauczycieli, robotników, urzędników – którzy w najtrudniejszych warunkach budowali nowe życie. Dały też lekcję: wolność wymaga nie tylko radości, ale ciężkiej, codziennej pracy. Dla historii Płocka i całego regionu ten dzień oznaczał przejście od terroru do odbudowy, od okupacji do suwerenności – choć ta suwerenność miała jeszcze wiele lat prób.

Płock zapłacił ogromną cenę – jedna trzecia mieszkańców zginęła podczas wojny. Ale w styczniowy poranek 1945 roku, gdy żołnierze szli po zamarzniętej Wiśle, a nad ratuszem powiewały dwie flagi, miasto uwierzyło, że da radę. I dało.