W styczniową noc 1863 roku, gdy nad Płockiem rozległ się alarmowy dzwon, a w lasach na wschód od miasta zaczęły się formować pierwsze oddziały, nikt nie przypuszczał, że największą siłą powstańczą w całym Płockim oddziale staną się ludzie, którzy od wieków żyli w symbiozie z puszczą. Kurpie. Potomkowie dawnych Jaćwingów i Mazurów, znakomici strzelcy i partyzanci, dla których las nie był przeszkodą, lecz domem, schronieniem i bronią.
Świat, który zrodził partyzantów
Płocki oddział w 1863 roku nie był jednolity. Na zachodzie – otwarta, gęsto zaludniona równina mazowiecka. Na wschodzie – zupełnie inny krajobraz. Gęste, niemal nieprzebyte lasy ciągnące się od brzegów Narwi i Bugu aż po granicę z Prusami Wschodnimi. Spójne kompleksy leśne wokół Orzyca, Omulowa i Skwy, łączące się z puszczami augustowskimi. To tu, w tej dzikiej, bagnistej krainie, żyli Kurpie – ludność o szczególnym charakterze, mieszanka mazurskiej krwi z pozostałościami po Jaćwingach, plemieniu litewskiego pochodzenia, które niegdyś stawiało zacięty opór Krzyżakom.
Rosyjskie dowództwo doskonale zdawało sobie sprawę z tego, co oznacza obecność Kurpiów w lesie. Dokumenty z epoki nazywają ich „dawnymi dobrymi partyzantami i znakomitymi strzelcami”. Zamieszkiwali wschodnią część oddziału – powiaty ostrołęcki oraz wschodnie części pułtuskiego i przasnyskiego. Ich wioski tonęły w leśnych ostępach, a codzienne życie uczyło ich tego, czego nie da się nauczyć na paradach: orientacji w terenie, cichego poruszania się, celnego strzału i zaskoczenia wroga.
Gdy w grudniu 1862 roku Centralny Komitet Narodowy przygotowywał powstanie, Płockie województwo miało już ponad pięć tysięcy zaprzysiężonych. Ale to właśnie w lasach wschodnich formowały się oddziały, które później miały sprawić najwięcej kłopotów Rosjanom. Przestrzeń między Narwią a Bugiem, osłonięta rzekami, pozbawiona dobrych dróg, była wymarzonym terenem do tajnych zbiórek. Gęste lasy wierzchołka kąta utworzonego przez obie rzeki rozchodziły się wielkimi grupami w stronę Ostrowa i dalej, łącząc się z lasami łomżyńskimi pod Czerwonym Borem.
Pierwsze kroki w lesie – styczeń 1863
Gdy po nieudanym ataku na Płock w nocy z 10 na 11 stycznia powstańcy wycofali się z miasta, wielu z nich skierowało się właśnie na wschód. „Warszawskie dzieci”, które przedostały się przez Wisłę i Bug, dołączały do miejscowych. W lasach ostrowskich, radzanowskich i puluskich zaczęły powstawać większe partie. Największa z nich – pod dowództwem pomieścika Cichorskiego (pseudonim „Zameczek”) – uformowała się początkowo w pobliżu linii kolejowej Petersburg-Warszawa, a potem przeniosła się w ostrowskie lasy, gdzie przyciągnęła wszystkie lokalne siły powstańcze.
Kurpie stanowili tu trzon. Nie potrzebowali długich szkoleń. Znali każdy dukt, każdą polanę, każdy strumień. Potrafili poruszać się bezszelestnie, zaskakiwać rosyjskie patrole i znikać w gęstwinie. Rosyjskie raporty z tamtych tygodni wielokrotnie podkreślają, że wschodnia część Płockiego oddziału była „szczególnie sprzyjająca tajnym formowaniom”. I nie bez powodu – tu właśnie powstańcy mogli się ukrywać miesiącami, uzupełniać zapasy, szkolić nowych ochotników.
W lutym 1863 roku, gdy rosyjskie dowództwo zaczęło koncentrować wojska w Płocku, Lipnie, Płońsku, Pułtusku i Ostrołęce, Kurpie już działali. Małe partie łączyły się w większe oddziały. Do lasów ostrowskich dotarł sam Padlewski, który po klęsce pod Płockiem nie zrezygnował. Tu też dołączył Dęskur, który po nieudanym ataku na Radzymin szukał Lewandowskiego, ale ostatecznie trafił do Płockiego. W Suszczynie Padlewski zastał już sporą siłę – bandę, która wkrótce liczyła setki ludzi.
Życie w puszczy – codzienność kurpiowskich powstańców
Wyobraźcie sobie obóz w głębi lasu, gdzieś między Narwią a Ostrowem, w połowie stycznia 1863. Mróz ścina bagna, ale pod sosnami płoną ogniska. Kurpie w swoich charakterystycznych strojach – sukmanach, kapuzach, z dubeltówkami przerzuconymi przez ramię – siedzą przy ogniu. Rozmawiają cicho, ostrzą kosy, reperują buty. Wśród nich – młodzi chłopcy z okolicznych wiosek, którzy jeszcze kilka tygodni temu pasali krowy, a teraz noszą karabiny zdobyte na Rosjanach.
Nie było tu wielkich parad ani sztabów w pałacach. Dowództwo było praktyczne. Kurpie nie potrzebowali map – znali teren na pamięć. Ich partyzancka taktyka opierała się na tym, co umieli od pokoleń: zaskoczeniu, szybkim uderzeniu i równie szybkim odwrocie w las. Rosyjskie oddziały, które wchodziły w puszczę, często wracały z niczym albo ponosiły straty w potyczkach, w których nie widziały nawet wroga.
W dokumentach rosyjskich wielokrotnie pojawia się opis, jak partie kurpiowskie „ciągnęły” za sobą lokalną ludność. Nie tylko mężczyźni. Kobiety dostarczały żywność, dzieci pełniły funkcję zwiadowców. Cała społeczność leśna stanęła po stronie powstania. To nie był przypadek – Kurpie od wieków cenili wolność i niepodległość. Ich przodkowie walczyli z Krzyżakami, później z Prusakami, a teraz – z Rosją.
Największe sukcesy i tragiczne boje
Jedną z najaktywniejszych band w rejonie kurpiowskim była ta pod dowództwem K olbe – powstańczego naczelnika powiatu prasnyskiego. Działał w północnej części oddziału, w lasach między Janowem a Chorzelami. Jego ludzie specjalizowali się w napadach na graniczne posterunki i strażnice. Atakowali korony celne – Dombrów, Chorzele, Dąbrowę. W nocy z 20 na 21 stycznia ogromna banda uderzyła na dombrowski kordon. Strażnicy bronili się desperacko, mimo dziesięciokrotnej przewagi wroga. Zostawili trzynaście ciał powstańców, ale sami stracili siedmiu zabitych i sześciu rannych.
Kurpie brali udział także w większych akcjach. Gdy Padlewski i Ludwik Biały (Zbigniew Chądzyński) postanowili odbudować siły po styczniowych klęskach, to właśnie w lasach wschodnich znaleźli najwierniejszych ludzi. Terror i energia Chądzyńskiego, wsparte lokalnym poparciem Kurpiów, pozwoliły na szybkie odtworzenie oddziałów. W Radzanowskich lasach, w okolicach Raciąża i Glinojecka, działała fabryka należąca do Jackowskiego – jednego z najgorliwszych zwolenników powstania. Stąd rozchodziły się rozkazy Padlewskiego.
Nie wszystkie potyczki kończyły się zwycięstwem. Rosyjskie oddziały pod dowództwem pułkownika Rędzieckiego, pułkownika Wałujewa czy podpułkownika Kiemieckiego regularnie penetrowały lasy. W bitwie pod Podosami (27 stycznia) oddział Wałujewa rozbił bandę Sztanklera – wielu Kurpiów zginęło lub dostało się do niewoli. Ale nawet po klęskach ocalali wracali do lasu i formowali nowe partie.
Ciekawostki i kontekst epoki
Kurpie nie byli zwykłymi chłopami. Ich tradycja strzelecka sięgała wieków. Już w czasach saskich i stanisławowskich słynęli z celności. W 1863 roku ich broń – dubeltówki, kosy osadzone na sztorc, a czasem zdobyczne karabiny – idealnie pasowała do leśnej wojny. Rosjanie bali się wchodzić głębiej w puszczę bez silnych sił. Wielu oficerów pisało w raportach, że „wschodnia część oddziału jest wyjątkowo trudna do kontrolowania”.
Warto pamiętać, że Kurpie nie walczyli tylko o niepodległość Polski. Walczyli o swój świat – świat wolnych leśnych ludzi, którzy nie chcieli carskiego poboru, podatków i rusyfikacji. Ich udział w powstaniu był naturalnym przedłużeniem wielowiekowej tradycji oporu.
Znaczenie historyczne
Rola Kurpiów w Powstaniu Styczniowym w Płockim oddziale jest nie do przecenienia. To dzięki nim wschodnia, najbardziej zalesiona część województwa stała się prawdziwą twierdzą powstańczą. Nawet po klęsce ataku na Płock, gdy organizacja w zachodniej części oddziału się załamała, na wschodzie powstanie odrodziło się z nową siłą. Kurpie zapewnili ciągłość walki – dawali schronienie, ludzi, wiedzę o terenie i nieugiętą wolę oporu.
Ich postawa wpłynęła na cały przebieg wydarzeń w regionie. Rosyjskie dowództwo musiało przeznaczyć znaczne siły na pacyfikację lasów, co osłabiło działania w innych częściach Królestwa. Dla mieszkańców Płocka i Mazowsza Kurpie stali się symbolem leśnego ducha wolności – ludźmi, którzy udowodnili, że nawet w najgorszych czasach, gdy regularna armia nie może się przebić, zwykli mieszkańcy puszcz potrafią walczyć i zadawać wrogowi dotkliwe straty.
Dziś, gdy spacerujemy po ostępach Puszczy Kurpiowskiej, warto pamiętać, że te same drzewa pamiętają kroki powstańców z 1863 roku. Ich walka nie przyniosła natychmiastowej wolności, ale pokazała, że nawet w najtrudniejszych warunkach Mazowsze potrafiło sięgnąć po broń. Kurpie – leśni partyzanci – na zawsze wpisali się w historię Powstania Styczniowego jako jedni z najwierniejszych i najskuteczniejszych jego żołnierzy.
Pamięć o nich żyje nie tylko w książkach. Żyje w nazwach miejscowości, w opowieściach przekazywanych z pokolenia na pokolenie i w świadomości, że wolność czasem rodzi się właśnie w lesie – tam, gdzie kończy się władza carów i zaczyna się przestrzeń, w której człowiek jest wolny.