Styczeń 1945 roku. Płock drży w oczekiwaniu na wolność, ale śmierć czai się tuż za rogiem. Front wschodni ruszył z impetem. Huk dział od strony Warszawy słychać już od kilku dni, a na niebie coraz częściej pojawiają się samoloty – najpierw niemieckie, potem radzieckie. Niemcy pakują manatki i uciekają na zachód, zostawiając za sobą chaos, porzucone magazyny i strach. Polacy, skuleni w domach, nasłuchują zakazanych radiowych komunikatów i szepczą: „Już niedługo…”.
W tym gorączkowym wirze ostatnich godzin okupacji dochodzi do jednej z najokrutniejszych zbrodni hitlerowców w mieście. 19 stycznia, zaledwie dwa dni przed wyzwoleniem, w oficynie kamienicy przy ulicy Sienkiewicza 28 gestapowcy urządzają krwawą pułapkę. Rozstrzeliwują i palą żywcem 79 Polaków – mieszkańców Płocka i więźniów przywiezionych z Mławy i Przasnysza. To nie jest zwykła egzekucja. To akt czystej, panicznej nienawiści w agonii okupanta.
Tylko trzem osobom udaje się wyjść z tego piekła cało. Ich świadectwo – zwłaszcza dramatyczny „Protokół własny” nauczyciela Tadeusza Kuligowskiego – do dziś mrozi krew w żyłach. Oto historia, która pokazuje, jak blisko wolności może być śmierć i jak wielką cenę płaciło Mazowsze za każdy dzień nadziei.
Styczeń 1945: Miasto w agonii okupanta
Początek roku 1945 w Płocku to nie był zwykły zimowy miesiąc. Miasto, od pięciu lat zduszone niemieckim butem, nagle ożyło nadzieją. Ludzie szeptali o ofensywie radzieckiej, o wyzwoleniu Lublina i Chełma, o Manifestie Lipcowym. Ukryte radia w piwnicach i na strychach łapały każde słowo. Ci, których jesienią 1944 roku Niemcy zapędzili do kopania okopów i umocnień wokół miasta, wracali teraz do domów – uciekali z robót, ryzykując życiem.
Niemcy czuli, że grunt pali im się pod nogami. Już pod koniec 1944 roku najostrożniejsi wysyłali rodziny do Rzeszy. W styczniu niepokój przerodził się w panikę. 15 stycznia huk dział od Warszawy oznajmił, że front ożył. Na szosach prowadzących do Płocka zrobiło się tłoczno od wycofujących się taborów Wehrmachtu – zmęczeni, zakurzeni żołnierze, otępiali, z rezygnacją w oczach. Cywilni Niemcy oblegali kasy kolejowe, byle jak najszybciej znaleźć się „w bezpiecznym miejscu”.
Polacy wychodzili na ulice ostrożnie. Lepiej nie narażać się w ostatnich dniach. Każdy chciał dożyć wolności. A jednak organizacje podziemne – Gwardia Ludowa, Armia Ludowa – działały coraz śmielej. Partyzanci przeczesywali okolice, wyłapując uciekających osadników niemieckich na furmankach wyładowanych „zdobytym dobrem”.
17 stycznia wieść o wyzwoleniu Warszawy rozniosła się lotem błyskawicy. Entuzjazm wśród Polaków był ogromny. W Płocku jednak gestapo wciąż trzymało żelazną rękę. Na ulicach pojawiło się więcej niemieckich żołnierzy – ale to już nie była dumna parada. To była ucieczka. Twarze szare, oczy podkrążone, mundury brudne. 18 stycznia nad Mazowszem pojawiły się radzieckie samoloty. Bombardowały cofające się oddziały. W Mławie, Przasnyszu, Działdowie spadały bomby. Płonęły budynki. Hitlerowcy z lękiem patrzyli w niebo.
W tym chaosie do Płocka dotarł konwój polskich więźniów – około 80 osób przywiezionych z Mławy. Szli przez miasto w stronę centrum, gdy nad głowami rozległ się warkot samolotów. Artyleria niemiecka strzelała, ale bez skutku. Bomby spadały seriami. Szyby w domach pękały z brzękiem. Konwój akurat mijał Deutschestrasse – dzisiejszą ulicę Sienkiewicza.
Pułapka w oficynie przy Sienkiewicza 28
Gestapowcy, ogarnięci paniką i wściekłością, postanowili działać. Wprowadzili więźniów do oficyny kamienicy numer 28. Budynek był już uszkodzony – po jednej stronie rozwalone ściany, załamany sufit, puste łóżka ze sprężynowymi siatkami. Podwórko kwadratowe, zamknięte, jakby stworzone na egzekucję. „Tu będą nas strzelać” – szepnął ktoś w szeregu. I miał rację.
Rozkuwano kajdany. Kazano ludziom kłaść się na siatki łóżek. Pierwsi padali strzały – pojedyncze, suche, ostre. Krew rozlewała się po podłodze, parowała w zimnym powietrzu. Gestapowcy pracowali metodycznie, ale coraz szybciej. „Schnell, schnell!” – wrzeszczeli. Nowe grupy wpychano do pokoju. Strzały mieszały się z jękami rannych. Ktoś wołał „dobijcie!”. Padał strzał i cisza.
W tym chaosie, wśród dymu i smrodu krwi, leżał Tadeusz Kuligowski – nauczyciel, członek konspiracji. Jego „Protokół własny”, spisany tuż po wojnie, to jedno z najbardziej wstrząsających świadectw tamtych dni. Oddajmy mu głos:
„Wchodzę do pokoju, gdzie widać załamany sufit, rozwaloną ścianę i dwa puste łóżka. Rozkuwają nas i każą nam się kłaść na sprężynową siatkę. Naiwnie wciskam głowę w zimny drut, tak jakby miało to coś pomóc. Wiem, co teraz powinno nastąpić. Myśli toczą się po głowie tak szybko jak krajobraz widziany z okna pociągu. Dom, rodzina, bliscy… Błyskawicznie krótkie są te obrazy. Teraz na przykład widzę jasną główkę swej córki…
Po chwili bije we mnie taranem pytanie – dlaczego tak długo, i… czy nie będzie bolało?…
Z tyłu zaczynają padać strzały. Pojedyncze, suche, ostre. Sąsiad z lewej, który łokciem dotyka mnie, już obficie krwawi. Widzę przez siatkę łóżka, jak krew powoli rozlewa się po podłodze i paruje. Mój towarzysz od kajdan ledwie zdążył westchnąć. Leży teraz spokojnie.
Przez głowę znowu przewalają się myśli – dlaczego tak długo…
Teraz jakiś ranny jęczy straszliwie i woła – dobijcie! Pada strzał i głos cichnie. Ja ciągle czekam. Zwieram teraz napiętki saperskich butów, jeszcze mocniej przyciskam głowę do siatki i staram się nieznacznie oddychać. Drażni mnie słodkawy i mdły zapach krwi…”
Kuligowski leżał przykryty ciałami zabitych. Czekał. Słyszał kroki gestapowców, ich krzyki, warkot samolotów nad miastem. W końcu, gdy oprawcy wyszli, podniósł się ostrożnie. Przez wywalony bombą otwór w ścianie wydostał się do ogrodu. Ubranie miał zbryzgane krwią. Uciekał szosą w stronę Bielska – bez dokumentów, tylko ze strzępami krwi na kurtce.
Razem z nim ocaleli jeszcze dwaj mężczyźni: Jan Stasiarczyk i nieznany kolejarz, którego nazwiska nie udało się ustalić do dziś. Trzech na siedemdziesiąt dziewięciu. Resztę – 48 płocczan i 31 więźniów z Mławy i Przasnysza – gestapowcy po egzekucji polali benzyną i podpalili. Budynek stanął w ogniu. Dym unosił się nad centrum miasta jeszcze długo.
Cudowne ocalenie i ostatnie godziny terroru
Tadeusz Kuligowski przeżył, ale trauma pozostała na całe życie. Zmarł tragicznie kilka lat po wojnie. Jego relacja, opublikowana w 1947 roku w „Jedności Mazowieckiej”, stała się jednym z najważniejszych dokumentów tamtych dni. Jan Stasiarczyk złożył zeznania przy spisywaniu protokołu już 21 stycznia – zaraz po wyzwoleniu.
Tymczasem w Płocku terror trwał do samego końca. 20 stycznia ewakuowano więzienie. Część więźniów zwolniono, ale około 300 wywieziono do lasu brwileńskiego pod miastem i tam zamordowano, zakopując we wspólnej mogile. Niemcy wysadzili most na Wiśle, palili magazyny w Radziwiu, niszczyli stację kolejową. Krążyły plotki, że przed opuszczeniem miasta chcą je całkowicie zniszczyć.
A jednak wieczorem 20 stycznia pojawiły się pierwsze czołgi radzieckie. Walki w samym Płocku nie było – jedynie potyczki na obrzeżach. 21 stycznia o świcie oddziały Armii Czerwonej weszły od strony Krakówki i Ciechomic. Ludzie wychodzili na ulice, płakali, padali sobie w objęcia. Na ratuszu zawisły flagi – czerwone i biało-czerwone. Wolność przyszła.
Tego samego dnia radziecki lejtnant Grumann i ksiądz Seweryn Wyczałkowski spisali protokół zbrodni przy Sienkiewicza. Świadek Jan Stasiarczyk złożył podpis. Miasto zaczynało nową kartę.
Ciekawostki i kontekst epoki
Kaźń przy Sienkiewicza 28 nie była przypadkowa. Niemcy w panice likwidowali świadków i „elementy wrogie”. Dom, w którym dokonano mordu, stał w samym centrum – niedaleko dzisiejszego Liceum Plastycznego. Po wojnie w 1964 roku postawiono tam granitowy głaz ufundowany przez płockich rzemieślników z napisem: „W domu, który stał tu ongiś, 79 Polaków poniosło śmierć męczeńską z rąk hitlerowskich katów”. Dziś przypomina o tragedii skromna tablica i głaz w głębi podwórka.
Ofiary spoczywają we wspólnej mogile na Cmentarzu Miejskim przy alei Kobylińskiego. Co roku w styczniu płocczanie składają tam kwiaty i znicze. W 1997 roku poświęcono krzyż w miejscu kaźni.
Tadeusz Kuligowski nie był zwykłym świadkiem. Jako nauczyciel i konspirator znał wielu z pomordowanych. Jego relacja jest nie tylko dokumentem zbrodni, ale też portretem psychologicznego dramatu człowieka, który patrzy śmierci w oczy i wychodzi z niej żywy.
W szerszym kontekście – to fragment większej tragedii Mazowsza północnego. W styczniu 1945 roku Niemcy w odwrocie mordowali cywilów i więźniów na całym terenie. Płock zapłacił wysoką cenę – jedna trzecia mieszkańców zginęła podczas okupacji.
Znaczenie historyczne
Masakra przy Sienkiewicza to symbol agonii hitlerowskiego terroru. Pokazuje, jak okupant, czując zbliżającą się klęskę, nie cofał się przed niczym – nawet przed mordowaniem na oczach zbliżającego się wyzwolenia. Dla Płocka była to ostatnia, najokrutniejsza rana zadana przed wolnością. Jednocześnie stała się dowodem niezłomności mieszkańców – ci, którzy ocaleli, natychmiast włączyli się w odbudowę miasta i dokumentowanie zbrodni.
Wydarzenie to przypomina, że wolność w 1945 roku nie przyszła „czysto”. Przyniosła ulgę, ale też nowe wyzwania – odbudowę, walkę z szabrownictwem, organizację władzy ludowej. Dla historii Mazowsza i całej Polski kaźń przy Sienkiewicza jest częścią wielkiej narracji o cenie, jaką naród zapłacił za niepodległość.
Dziś, gdy spacerujemy ulicą Sienkiewicza, mijając nowoczesne kamienice i szkoły, warto zatrzymać się na chwilę przy granitowym głazie. Bo historia nie lubi ciszy. A pamięć o 79 pomordowanych jest obowiązkiem każdego płocczanina i każdego Polaka.
