Styczeń 1945 roku. Płock pachnie spalenizną i strachem. Front wschodni ruszył z impetem, a Niemcy czują, że to już koniec. Na ulicach słychać warkot samolotów, huk dział od Warszawy i tupot wycofujących się oddziałów. Jeszcze dwa dni i miasto będzie wolne. Ale w oficynie kamienicy przy ulicy Sienkiewicza 28 gestapowcy przygotowują ostatnią, desperacką zbrodnię. Do środka wpędzają 79 Polaków – mieszkańców Płocka i więźniów przywiezionych konwojem z Mławy. Rozkuwają ich kajdany, każą kłaść się na sprężynowych siatkach łóżek i strzelają w tył głowy. Potem podpalają budynek.
Tylko trzem osobom udaje się wyjść z tego piekła żywym. Jednym z nich jest nauczyciel Tadeusz Kuligowski. Jego „Protokół własny”, spisany zaraz po wojnie, to jedno z najbardziej wstrząsających świadectw agonii hitlerowskiego terroru. W tych słowach nie ma suchej kroniki. Jest pytanie, które do dziś brzmi jak krzyk: „Dlaczego tak długo…?” – pytanie człowieka, który leży pod stosem ciepłych jeszcze ciał i czeka na kulę, która nie nadchodzi.
To nie jest historia o wielkich bitwach. To dramat ostatnich minut okupacji – minut, w których śmierć i wolność dzieliły zaledwie kilkadziesiąt godzin. Historia o tym, jak blisko można być ocalenia i jak wielką cenę płaci się za każdy oddech.
Konwój śmierci w chaosie bombardowania
19 stycznia 1945 roku. Nad Mazowszem szaleje radzieckie lotnictwo. Bomby spadają na cofające się kolumny niemieckie w Mławie, Przasnyszu, Działdowie. W tym samym czasie do Płocka dociera konwój polskich więźniów – około osiemdziesięciu mężczyzn skutych kajdankami po dwóch. Przywieziono ich z Mławy, gdzie wcześniej też padały bomby. Są wyczerpani, głodni, ale w oczach wielu błyska nadzieja – front jest tuż-tuż.
Konwój maszeruje przez centrum miasta. Właśnie mijają Deutschestrasse – dzisiejszą ulicę Sienkiewicza – gdy nad głowami rozlega się warkot samolotów. Artyleria niemiecka strzela na oślep. Eksplozje wstrząsają budynkami. Szyby sypią się na chodniki. Gestapowcy, ogarnięci paniką i wściekłością, nie tracą czasu. Wprowadzają więźniów do oficyny kamienicy numer 28. Budynek jest już uszkodzony wcześniejszym nalotem – załamany sufit, rozwalone ściany, puste pokoje z metalowymi łóżkami.
Podwórko jest zamknięte, kwadratowe, jak pułapka. Ktoś z szeregu szepcze: „Tu będą nas strzelać”. I nie myli się. To nie jest przypadkowe miejsce. To ostatnia, desperacka zemsta okupanta, który wie, że za chwilę będzie musiał uciekać.
Rozkuwają kajdany. Kazano kłaść się na sprężynowe siatki łóżek. Pierwsi padają strzały – pojedyncze, suche, precyzyjne. Gestapowcy pracują metodycznie, ale coraz szybciej. „Schnell, schnell!” – wrzeszczą. Nowe grupy wpychają do pokoju. Krew rozlewa się po podłodze, paruje w zimnym powietrzu. Jęk rannych miesza się z przekleństwami oprawców.
„Dlaczego tak długo…” – minuty pod stosem ciał
W tym chaosie leży Tadeusz Kuligowski – nauczyciel, członek konspiracji, człowiek, który jeszcze niedawno walczył w podziemiu. Jego relacja, zatytułowana „Protokół własny”, to nie dziennik. To zapis chwili, w której czas się zatrzymuje.
„Wchodzę do pokoju, gdzie widać załamany sufit, rozwaloną ścianę i dwa puste łóżka. Rozkuwają nas i każą nam się kłaść na sprężynową siatkę. Naiwnie wciskam głowę w zimny drut, tak jakby miało to coś pomóc. Wiem, co teraz powinno nastąpić. Myśli toczą się po głowie tak szybko jak krajobraz widziany z okna pociągu. Dom, rodzina, bliscy… Błyskawicznie krótkie są te obrazy. Teraz na przykład widzę jasną główkę swej córki…
Po chwili bije we mnie taranem pytanie – dlaczego tak długo, i… czy nie będzie bolało?…
Z tyłu zaczynają padać strzały. Pojedyncze, suche, ostre. Sąsiad z lewej, który łokciem dotyka mnie, już obficie krwawi. Widzę przez siatkę łóżka, jak krew powoli rozlewa się po podłodze, i paruje. Mój towarzysz od kajdan ledwie zdążył westchnąć. Leży teraz spokojnie.
Przez głowę znowu przewalają się myśli – dlaczego tak długo…”
Kuligowski leży przykryty ciałami zabitych. Słyszy kolejne grupy. Strzały. Jęk. „Dobijcie!” – woła ktoś ranny. Pada strzał i cisza. Gestapowcy w pośpiechu, nerwowo. Warkot samolotów nad miastem. Dym. Smród krwi. Kuligowski zamyka oczy, zaciska zęby, stara się oddychać jak najciszej. Boi się nie tyle śmierci, co tego, że kula trafi go „nie dla niego przeznaczona” – przypadkowa, z rąk oprawcy, który już się spieszy.
W końcu strzały milkną. Oprawcy wychodzą. Budynek zaczyna się palić. Smugi ognia liżą ściany. Kuligowski słyszy ciche kroki i polskie szepty. Podnosi głowę. Widzi dwóch ludzi – towarzyszy. „Cicho, pomału, ostrożnie” – pada głos. Z pomocą uwalnia się spod martwego ciężaru. Przez wywalony bombą otwór w ścianie wychodzi do ogrodu. Ubranie zbryzgane krwią. Ucieka szosą w stronę Bielska – bez dokumentów, tylko ze strzępami krwi na kurtce.
Razem z nim ocaleli jeszcze dwaj mężczyźni: Jan Stasiarczyk (ranny w głowę) i nieznany kolejarz, którego nazwiska nie udało się ustalić do dziś. Trzech na siedemdziesiąt dziewięciu. Resztę – 48 płocczan i 31 więźniów z Mławy i Przasnysza – gestapowcy polali benzyną i podpalili. Budynek stanął w ogniu. Dym unosił się nad centrum Płocka jeszcze długo.
Ucieczka i pierwsze godziny wolności
Tadeusz Kuligowski dotarł do domu po kilkudziesięciu kilometrach. Jan Stasiarczyk pozostał w Płocku – ranny, ale żywy. Już 21 stycznia, dzień po wyzwoleniu, razem z radzieckim lejtnantem Grumannem i księdzem Sewerynem Wyczałkowskim spisano pierwszy protokół zbrodni. Stasiarczyk złożył podpis jako świadek. Miasto dopiero co odetchnęło wolnością, a już dokumentowano ostatnie akty terroru.
Kuligowski spisał swoją relację wkrótce potem. „Protokół własny” trafił do rąk Stanisława Chrzanowskiego, autora kroniki ostatnich dni okupacji. W 1947 roku opublikowano go w całości w „Jedności Mazowieckiej”. Później ukazał się w „Notatkach Płockich”. Do dziś pozostaje jednym z najcenniejszych osobistych świadectw zbrodni hitlerowskich na Mazowszu.
Ciekawostki i kontekst epoki
Dom przy Sienkiewicza 28 już nie istnieje. Na jego miejscu, w głębi podwórka niedaleko dzisiejszego Liceum Plastycznego, stoi skromna tablica pamiątkowa i granitowy głaz ufundowany w 1964 roku przez płockich rzemieślników. Napis głosi: „W domu, który stał tu ongiś, 79 Polaków poniosło śmierć męczeńską z rąk hitlerowskich katów”. Co roku w styczniu odbywają się tu uroczystości – mieszkańcy Płocka składają kwiaty i znicze. Ofiary spoczywają we wspólnej mogile na Cmentarzu Miejskim przy alei Kobylińskiego.
Tadeusz Kuligowski nie był zwykłym świadkiem. Nauczyciel, działacz chłopski, żołnierz Batalionów Chłopskich. Przeżył, ale trauma towarzyszyła mu do końca życia. Zmarł tragicznie kilka lat po wojnie. Jan Stasiarczyk – ranny w głowę – też nosił blizny do końca. Trzeci ocalały, kolejarz, pozostał anonimowy – symbol tysiąca nieznanych ofiar.
W szerszym kontekście kaźń przy Sienkiewicza to jedna z ostatnich zbrodni gestapo w Płocku. Dzień wcześniej, 20 stycznia, ewakuowano więzienie – około 300 osób wywieziono do lasu brwileńskiego i tam zamordowano. Niemcy w agonii mordowali na oślep. To nie była wojna. To była zemsta przegranego okupanta.
Znaczenie historyczne
Dramatyczne ocalenie Kuligowskiego, Stasiarczyka i nieznanego kolejarza ma wymiar nie tylko osobisty. Pokazuje, jak blisko wolności była śmierć – dosłownie kilkadziesiąt godzin. „Dlaczego tak długo…” – to pytanie Kuligowskiego stało się symbolem losu tysięcy Polaków, którzy czekali na wyzwolenie, a doczekali kuli w tył głowy.
Dla Płocka ta zbrodnia to ostatnia, najokrutniejsza rana zadana przed 21 stycznia 1945 roku. Miasto, które uniknęło większych zniszczeń wojennych, zapłaciło wysoką cenę w ostatnich dniach okupacji. Pamięć o 79 pomordowanych stała się fundamentem powojennej tożsamości – dowodem, że wolność nie przyszła za darmo.
Dziś, gdy spacerujemy ulicą Sienkiewicza, mijając szkoły i kamienice, warto zatrzymać się przy granitowym głazie. Bo historia nie lubi zapomnieć. A te ostatnie minuty w domu śmierci przypominają, że największa odwaga czasem polega na tym, by po prostu przeżyć – i opowiedzieć.