W cieniu okupacji – narodziny oporu
Płock, początek lat czterdziestych. Miasto, które jeszcze niedawno tętniło życiem trzech małych, ale prężnych fabryczek narzędzi i maszyn rolniczych – zakładu Sarny z 1870 roku, fabryki Marguliesa i trzeciej, Urbańskiego – nagle znalazło się pod niemieckim butem. W lutym 1940 roku okupant połączył je siłą w jeden wielki zakład o nazwie Landmaschinen Fabrik Plock Maschinen-Industrie. Zatrudniał blisko sześćset osób, niemal wyłącznie miejscowych robotników. Produkcja? Nie pługi „Sokół” ani żniwiarki dla polskich chłopów, lecz części do sprzętu Wehrmachtu.
W halach, gdzie kiedyś rozlegało się echo tokarek i kuźni, teraz panowała cisza przerywana tylko niemieckimi komendami. Robotnicy pracowali pod okiem strażników, w warunkach, które trudno nazwać ludzkimi. Głód, strach przed łapankami, codzienne upokorzenia. A jednak wśród dymu kuźni i oleju maszynowego kiełkował opór. Najpierw cichy – ukradkowe rozmowy przy tokarce, potem coraz śmielszy. W miarę jak front wschodni zaczął się załamywać, w fabryce pojawiły się pierwsze komórki Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej.
Styczeń 1945 – godzina prawdy
Kiedy w połowie stycznia 1945 roku do Płocka dotarły wieści o zbliżających się wojskach sowieckich i polskich, Niemcy wpadli w panikę. Rozkaz był jasny: zdemontować park maszynowy, spakować, wywieźć w głąb Rzeszy. Maszyny, które przez dekady budowały potęgę płockiego przemysłu metalowego, miały służyć już tylko wrogowi. W halach zapanował chaos. Niemieccy inżynierowie i żołnierze krzątali się wokół tokarek, pras i frezarek, odkręcając śruby, demontując wały i silniki.
Wtedy właśnie robotnicy powiedzieli „dość”. Komórki PPR i PPS, które działały już od miesięcy w ukryciu, przeszły do akcji. Nie było to wielkie powstanie z karabinami w rękach – to była walka o każdy śrubokręt, każdy pas transmisyjny. Sabotaż na małą skalę, ale skuteczny: ukrywanie części, „przypadkowe” uszkodzenia, opóźnianie prac. Najważniejsze jednak stało się 21 stycznia 1945 roku. Tego dnia, gdy Płock został wyzwolony, zakład formalnie przeszedł w ręce polskich robotników.
Ludzie, którzy powiedzieli „nie”
Na czele stanęli zwykli ludzie, których nazwiska dziś pamiętają już tylko najstarsi płoccy metalowcy. Zbigniew Andrzejewski, Anioł Urbański i Ryszard Pietrzak – oni utworzyli pierwszy społeczny zarząd zakładu. W lutym dołączył do nich Wacław Winnicki, przewodniczący pierwszej Rady Zakładowej. Obok nich: Konstanty Jakucki, Konstanty Rogiński, Franciszek Nowakowski, Stefan Topajew, Franciszek Kośmiński, Czesław Świerczewski i wielu, wielu innych. Nie byli to partyjni aparatczycy z Warszawy – to byli płoccy tokarze, ślusarze, spawacze, którzy znali każdą maszynę w fabryce jak własną kieszeń.
Warunki? Koszmarne. Część maszyn była już zdemontowana, hale zaminowane, w powietrzu unosił się zapach spalenizny i prochu. Załoga liczyła wtedy zaledwie siedemdziesiąt osób – reszta albo zginęła, albo została wywieziona na roboty. A jednak zaczęli odbudowę. Najpierw inwentaryzacja, potem naprawa tego, co dało się uratować. W lutym 1945 roku zorganizowano Oddział Związków Zawodowych Metalowców. Robotnicy pracowali po szesnaście godzin na dobę, często przy świecach i lampach naftowych, bo prąd był luksusem.
Atmosfera miasta w pierwszych dniach wolności
Płock w styczniu 1945 roku wyglądał jak po apokalipsie. Zniszczone domy, gruzy na ulicach, Wisła skuta lodem. Ludzie wychodzili z piwnic i schronów, niepewni, czy to już naprawdę koniec okupacji. A w fabryce, położonej na obrzeżach miasta, działo się coś niezwykłego. Robotnicy nie czekali na rozkazy z góry. Sami powołali zarząd, sami zaczęli sprzątać gruzy, sami naprawiali tokarki. To był moment, w którym zwykli ludzie poczuli się współgospodarzami swojego losu.
W kwietniu 1945 zakład otrzymał nazwę „Płockie Zakłady Przemysłowe”. Zaczęto produkować pierwsze wozy gospodarcze, kieraty, młocarnie bębnowe i wialnie. Nie były to jeszcze kombajny, ale dla wygłodzonych chłopów z Mazowsza każdy kawałek żelaza, który mógł pomóc w polu, był na wagę złota.
Ciekawostki i zapomniane szczegóły
Mało kto dziś pamięta, że przed wojną pług „Sokół” z zakładu Sarny był dumą płockiego rolnictwa – dwuskibowy, znany z trwałości na całym Mazowszu. Albo że fabryka Marguliesa w 1911 roku miała już elektryczność z własnego motoru na gaz ssany i nowoczesną stolarnię połączoną transmisjami. Pod okupacją te same maszyny służyły Niemcom, ale robotnicy znali je na pamięć – i właśnie ta znajomość uratowała je przed wywiezieniem.
W pierwszych dniach po wyzwoleniu zdarzały się sytuacje niemal filmowe. Robotnicy ukrywali części w piwnicach pobliskich domów, a potem w nocy przemycali je z powrotem do hali. Jeden z nich, anonimowy ślusarz, opowiadał później, jak przez trzy dni demontował i montował na nowo tę samą prasę, by zmylić Niemców. To były małe zwycięstwa, które razem złożyły się na wielkie.
Znaczenie dla Płocka i Polski
Uratowanie fabryki w styczniu 1945 roku to nie tylko lokalna historia jednego zakładu. To symbol powojennej odbudowy Mazowsza. Dzięki tym robotnikom Płock zachował ciągłość tradycji przemysłu metalowego sięgającej 1870 roku. Zakład szybko stał się Płockimi Zakładami Przemysłowymi, a później Fabryką Maszyn Żniwnych im. Marcelego Nowotki – kolebką polskich kombajnów, które jeździły po polach od Brazylii po Syrię.
Dla mieszkańców Płocka był to dowód, że zwykli ludzie mogą zmienić bieg historii. W czasach, gdy miasto leżało w gruzach, a Polska dopiero wstawała z kolan, płoccy metalowcy pokazali, że przemysł to nie tylko maszyny – to przede wszystkim ludzie. Ich determinacja, odwaga i solidarność stały się fundamentem powojennego rozwoju regionu. Dziś, w 2026 roku, gdy obchodzimy 81. rocznicę tamtych wydarzeń, warto przypomnieć sobie ich imiona. Bo bohaterowie w kombinezonach nie nosili orderów na piersiach – nosili je w sercach.
Epilog – dziedzictwo, które trwa
Fabryka przetrwała. Rozbudowywana, modernizowana, stała się dumą Płocka. Ale jej prawdziwa historia zaczęła się nie na taśmie produkcyjnej kombajnów KŻB-3B, lecz w tych styczniowych dniach 1945 roku, gdy garstka robotników powiedziała „nie” hitlerowskiej grabieży. To oni, bohaterowie w kombinezonach, zapisali najpiękniejszą kartę w dziejach płockiego przemysłu.