Deszcz nie zapytał, czy wolno. Zaczął padać, gdy na plac schodzili już ludzie, i nie ustał do końca. Była niedziela 25 czerwca 1972 roku, zimna jak źle dobrany czerwiec, a Płock miał tego dnia zrobić coś, czego nie zrobiło wcześniej żadne miasto w Polsce Ludowej: odsłonić pomnik poety, który nie zdążył być klasykiem z podręcznika w pełnym, bezpiecznym sensie tego słowa. Władysław Broniewski nie żył od dziesięciu lat. Minęło siedemdziesiąt pięć lat od jego urodzin. Kraj ogłosił Rok Władysława Broniewskiego. Rodzinne miasto miało zamknąć ten rok w brązie.

Plac wybrano jedyny, jaki wchodził w rachubę. Kamiuszki. Tam, gdzie w latach chłopięcych poeta bawił się z rówieśnikami, gdzie wiosną i latem grywał w piłkę, a zimą wychodził na lód. W pobliżu domu i dębu. W pobliżu skarpy, z której widać Wisłę. Oficjalnie miejsce nazywało się już Placem Obrońców Warszawy. W pamięci miasta zostawało tym, czym było zawsze: podwórkiem dzieciństwa.

Goście zaczęli zjeżdżać w sobotę. Ze Śląska i Zagłębia, z Łodzi, z Warszawy, z miasteczek Mazowsza, Kurpiów i Podlasia. Miasto przygotowało noclegi, wyżywienie, dekoracje, druki, informacje. Przedsiębiorstwa płockie dopinały otoczenie pomnika do ostatniej chwili. Harmonijny ciąg zieleni miał połączyć dom, dąb, aleję Broniewskiego i nową bryłę. Deszcz nie oglądał planu zagospodarowania.

Punktualnie o dziesiątej wmaszerowała na plac kompania honorowa Wojska Polskiego z pocztami sztandarowymi. Odegrało hymn. I sekretarz Warszawskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR Kazimierz Rokoszewski otworzył uroczystość głosem, który musiał przebić się przez wodę i przez tłum.

Kto stał w deszczu

Lista przybyłych była listą państwa, które chciało pokazać, że poezja należy do jego ceremoniału. Przewodniczący Rady Państwa Henryk Jabłoński. Wicepremier Józef Tejchma. Przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu Janusz Groszkowski. Sekretarze Komitetu Centralnego Jan Szydlak i Stanisław Kania. I sekretarz Komitetu Warszawskiego Józef Kępa. Przewodniczący Stołecznej Rady Narodowej Jerzy Majewski. I sekretarz WKW PZPR Kazimierz Rokoszewski. Przewodniczący Prezydium Warszawskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej Zbigniew Zieliński. Józef Pińkowski z Komisji Planowania. Sekretarz katowickiego komitetu wojewódzkiego Józef Grygel. Wiceminister przemysłu ciężkiego Ryszard Trzcionka. Minister łączności Edward Kowalczyk. Wiceprzewodniczący Prezydium WRN w Katowicach Mirosław Wierzbicki. Władze Płocka.

Był ambasador ZSRR Stanisław Pilotowicz. Byli pisarze radzieccy Siemon Kirsanow i Mats Traat. Był prezes Związku Literatów Polskich Jarosław Iwaszkiewicz. Był poeta Stanisław Ryszard Dobrowolski, przyjaciel z niemal trzydziestu pięciu lat. Była rodzina: żona Wanda Broniewska i siostra Janina.

I byli ci, bez których ceremoniał władzy byłby tylko trybuną. Tkaczka z Łodzi Stanisława Olszewska. Mazowszanka Maria Papierzyńska. Górnik Michał Matys. Robotnik budowlany z Warszawy Włodzimierz Ulidek. Robotnik z Petrochemii Stanisław Szwed. Harcerki Maria Kołodziejska i Elżbieta Staniak. Pióropusze górników, mundury harcerzy, stroje „Mazowsza”, chór chłopięcy Stefana Stuligrosza z Poznania, który w relacji epoki występował jeszcze jako chór Kurczewskiego. Szarość dnia rozjaśniały barwy, których deszcz nie zdołał zmyć.

Mówiono później o kilku, może kilkunastu tysiącach ludzi. Stali aż po dalszy plan placu. Wytrwali do końca. Program w amfiteatrze, przewidziany na piękną płocką nieckę nad Wisłą, trzeba było odwołać. Deszcz nie negocjował.

Mowa, która miała unieść pomnik

Rokoszewski mówił do obywateli Płocka, do gości i do harcerzy. Przypomniał, że grodowi tyle lat, co Polsce. Że tu urodził się twórca poezji, którą nazywał proletariacką, patriotyczną i głoszącą przyjaźń narodów. Pomnik — mówił — stworzyła wizja artysty i talent hutniczego trudu, a powstał z woli ludzi Mazowsza, Śląska i Zagłębia, Warszawy i Łodzi.

W jego zdaniach Broniewski był żołnierzem robotniczej sprawy i piewcą rewolucyjnej pieśni. Był też kimś, kogo chciało się nazwać prościej: poetą-człowiekiem. Rokoszewski wyliczał to, co ówczesne państwo chciało usłyszeć w wierszach: ukłon rewolucji rosyjskiej „czapką do ziemi, po polsku”, tragedię września, wolę zwycięstwa nad faszyzmem, pracę górników i hutników, budowniczych Warszawy, stoczniowców, Łódź. I osobno, jakby nie mogąc tego pominąć nawet w mowie partyjnej, pejzaże ziemi dzieciństwa, miłość do równiny mazowieckiej.

Potem zabrał głos Henryk Jabłoński. Przewodniczący Rady Państwa mówił dłużej i gęściej. Zaczął od Płocka, który łączy wielowiekową przeszłość z teraźniejszością petrochemii. Od młodzieży Mazowsza. Od faktu, że odsłaniają pierwszy pomnik współczesnego poety w Polsce Ludowej.

Im więcej przymiotników zbierał, tym wyraźniej czuł ich ubóstwo. Powiedział to głośno. Poezja, a zwłaszcza taka, jaką zostawił Broniewski, jest mową serca do serc. Żeby mówić o niej bez wulgaryzacji, trzeba by samemu być poetą.

Sięgnął więc do życia. Do siedemnastoletniego ucznia, który w 1915 roku porzuca płockie gimnazjum i idzie do Legionów z wiarą, że walczy o pełne narodowe i społeczne wyzwolenie. Do gorzkiego zdania o manlicherze, który patrzył za ślepego szczeniaka. Do powrotu z wojny, do studiów, do rozstania z niedawnymi przyjaciółmi i przejścia na lewą stronę barykady. Do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej i Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Życie”. Do tomu „Trzy salwy” z 1925 roku, w którym Broniewski, Stanisław Standé i Władysław Wandurski zapisali, że w bezlitosnej walce proletariatu z burżuazją stoją zdecydowanie po lewej stronie.

Jabłoński cytował pytanie z wiersza: „Któż wie, jak trudno, któż wie, jak boleśnie sercem jak bębnem grzmieć przed ludzką armią?”. Przypominał żądanie, jakie poeta stawiał własnej poezji: żeby była jak sztandar rozwiany wśród walki, jak w wichrze wzniesiona pochodnia. Mówił o „Elegii o śmierci Ludwika Waryńskiego”, o pytaniu rzuconym surowej ziemi Zagłębia, komu jest ojczyzną, o Hiszpanii, o „Bagnecie na broń”, o powrocie w 1945 roku ze słowami o zwalonym domu na północy i o czasie, by ująć w dłonie pług, pióro i łom.

Na końcu oddał głos innemu poecie. Julian Tuwim na pięćdziesięciolecie Broniewskiego pisał, że posiadł tajemnicę nasycania życia i walki poezją, a poezji życiem i walką, jak nikt inny w pokoleniu. I że miał rację, kończąc „Mój los” zwrotem do towarzyszy: „Będę z wami, kiedy już nic nie napiszę”.

Jabłoński powtórzył to pod deszczem, nad jeszcze zasłoniętym brązem. Potem przyszła kolej na głos Śląska. Walcownik z Sosnowca Zdzisław Kaleta mówił, że nikt piękniej o nich nie pisał i że Zagłębie zaciągnęło dług. Hołdem miało być wzniesienie pomnika w stolicy Zagłębia. Testamentem — rzetelna praca.

Mowy trwały. Ludzie mokli. Pomnik czekał.

Wstęga, Międzynarodówka i głos z taśmy

Do pomnika podeszli nie tylko dostojnicy. Jabłoński. Wanda Broniewska. Iwaszkiewicz. Tkaczka. Mazowszanka. Górnik. Murarz z Warszawy. Robotnik z Petrochemii. Dwie harcerki. Wstęga biało-czerwona opadła.

Rozbrzmiała „Międzynarodówka”.

Potem plac umilkł inaczej. Z taśmy odezwał się głos, którego od dziesięciu lat nie było wśród żywych. Broniewski recytował „Mazowsze”. Równina, Tumska Góra, Królewski Las, serce dziecka i oko męża. W 1958 roku, w sali „Zgody”, nikt nie wcisnął przycisku magnetofonu, gdy mówił o domu i dębie. Czternaście lat później miasto miało przynajmniej ten jeden zapisany oddech.

U stóp pomnika składano kwiaty. Delegacje władz, organizacji, szkół, młodzieży. Potem nadeszła chwila, którą deszczowi najtrudniej było zepsuć: poezja, pieśń, fortepian. Artyści scen warszawskich deklamowali wiersze. Chór chłopięcy z Poznania i Państwowy Zespół Ludowy Pieśni i Tańca „Mazowsze” śpiewali „Piękna nasza Polska cała” i „Pieśń o kraju”. Piotr Paleczny usiadł do fortepianu i zagrał Poloneza As-dur oraz mazurka Chopina. Woda spływała po klawiaturze świata, którego nikt tego dnia nie zamierzał opuszczać.

Pomnik miał dziesięć metrów wysokości i dwadzieścia ton wagi. Złożył się ze stu osiemdziesięciu elementów. Odlały go Gliwickie Zakłady Urządzeń Technicznych jako dar Śląska i Zagłębia. Autorem był Gustaw Zemła, rzeźbiarz, który kilka lat wcześniej dał Katowicom Pomnik Powstańców Śląskich. Otoczenie zaprojektował Józef Niedźwiedzki. Broniewski w brązie nie unosił się nad miastem jak wodzowie na koniach. Stawał na ziemi. Korona bryły przypominała dąb i sztandary. Twarz w tej koronie patrzyła ku Wiśle.

Chorągiew, która wzięła imię

Po części artystycznej przyszedł akt, który z pomnika robił nie tylko pomnik, ale patronat. Przewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej Zbigniew Zieliński odczytał uchwałę numer 87/723/72 z 13 czerwca 1972 roku.

Mazowiecka Chorągiew Związku Harcerstwa Polskiego skupiała wówczas sto siedemdziesiąt tysięcy dzieci i młodzieży. Prezydium zapisało, że harcerze Mazowsza, Kurpiów i Podlasia zasłużyli na uznanie pracą dla szkoły i środowiska, „Czynem 26-lecia”, akcjami „Nasza Biało-Czerwona” i „Równy start”. Za ten wkład, za ideowe wychowanie i za wysiłek w poznawaniu patriotycznych i rewolucyjnych idei zawartych w twórczości syna ziemi mazowieckiej, w siedemdziesiątą piątą rocznicę urodzin i dziesiątą rocznicę śmierci, chorągwi nadawano imię Władysława Broniewskiego. Uchwała wchodziła w życie z dniem 25 czerwca 1972 roku.

Zieliński udekorował sztandar szarfą. Harcerka z Płocka Alina Wańkiewiczówna wyrecytowała „Rozmowę z poetą”. Na zakończenie studenci warszawskiej szkoły aktorskiej mówili wiersze, a chóry i zebrani śpiewali „Cześć partii” i „Ukochany kraj”.

Dla harcerzy nie było to zaskoczenie sezonu. Jeszcze w sierpniu 1971 roku Chorągiew Mazowiecka wydała w trzech tysiącach egzemplarzy materiały programowe „Na tropie bohatera”. Kampania miała przygotować drużyny zuchowe i harcerskie na rok, w którym wezmą imię poety. 25 czerwca przygotowanie stało się imieniem na sztandarze.

Jabłoński mówił do nich osobno. Niech wezmą sobie do serc umiłowanie ziemi rodzinnej, odwagę myśli i czynu, nieustanne pragnienie służby. Niech powtarzają za poetą, że jeszcze spod ziemi podniósłby uschłą rękę, żeby polskie rosło.

Zamek, medal i wiersz z Bieżunia

Uroczystość na placu nie zamknęła dnia. W godzinach przedpołudniowych na Zamku Książąt Mazowieckich, w siedzibie Okręgowego Muzeum Mazowieckiego, goście spotkali się z gospodarzami. Zwiedzano muzeum. Wręczano medale pamiątkowe, bite według projektu Stanisława Sikory, ze scenariuszem Towarzystwa Naukowego Płockiego.

Józef Pińkowski, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Budowy Pomnika, dziękował wszystkim, którzy przyczynili się do wzniesienia brązu i do oprawy dnia. Mówili Iwaszkiewicz i Siemon Kirsanow. Stefan Gołębiowski odczytał wiersz napisany specjalnie na tę uroczystość. Datował go w Bieżuniu 22 czerwca 1972 roku i nazwał „Władysław Wielki”.

Wiersz widział poetę przetworzonego w hutniczym ogniu, kanciastego na wszystkie sposoby, z romantycznymi skrzydłami, z których jedno walczy i wzlatuje, a drugie niewidzialne wyłamuje się z niego samego. Twarz wydobyta z górniczego Zagłębia. Postać na wzniesieniu Płocka, skąd wyszedł i przez Mazowsze ruszył z drzewami jak Orfeusz. „Nikt po nim dalej nie poszedł”.

Stanisław Kostanecki, który od lat spisywał związki poety z miastem, zostawił na ten dzień inny tekst. Wiersz „To tu…”. Tu byłeś dzieckiem, synkiem, Władziem. Tu trwałeś czarne mrozy w sądzie. Tu matka dzieliła trud i pieszczoty pomiędzy sieroty. Tu wojowałeś procą i łukiem, biegłeś bosy przez ogród, miałeś skrytą w gąszczu ławkę, stąd biegłeś na ślizgawkę do pierwszej wymarzonej. Tu odrabiałeś lekcje, tu czytałeś, tu dumałeś.

Dwa głosy — Gołębiowskiego i Kostaneckiego — trzymały tego dnia dwa końce tej samej postaci. Jeden widział hutniczy odlew i Orfeusza. Drugi widział bosego chłopca na kamiuszkach. Pomnik musiał unieść obu.

Droga do deszczowej niedzieli

Nic z tego dnia nie spadło na Płock z nieba. Myśl o pomniku pojawiła się już w 1966 roku, gdy miasto obchodziło tysiąclecie państwa i dziesięć wieków siebie. Poseł Tadeusz Gierzyński, prezes Towarzystwa Naukowego Płockiego i serdeczny przyjaciel poety, głosił ideę w Płocku i w Warszawie. Równolegle w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej forsował ją Franciszek Dorobek. 26 czerwca 1966 roku, przed ratuszem, do trzydziestu tysięcy ludzi z Mazowsza, Kurpiów i Podlasia mówił członek Biura Politycznego Ryszard Strzelecki. W mieście, które Broniewski tak gorąco ukochał, stają się rzeczywistością wizje z jego wierszy. Decyzja Wojewódzkiego Komitetu Frontu Jedności Narodu o budowie pomnika jest wyrazem wdzięczności wielkiemu poecie i rewolucjoniście.

Potem był konkurs Związku Polskich Artystów Plastyków, tłum zgłoszonych prac, wybór Zemły i Niedźwiedzkiego, wystawa projektów w Muzeum Mazowieckim i sondaż opinii płocczan. Były konkursy równoległe: na ilustracje, które wygrał Janusz Stanny; na prace graficzne, które wygrał Antoni Boratyński; konkursy muzyczne Andrzeja Lewandowskiego, Waleriana Gniota i Marka Stachowskiego; konkurs fotograficzny „Wisła” Szymona Wdowiaka; zakończenie ogólnopolskiego turnieju recytatorskiego. Państwowy Instytut Wydawniczy wydał w trzydziestu tysiącach egzemplarzy „Wiersze i poematy”. TNP wznowiło Kostaneckiego i odbiło bibliofilskie „Trzy wiersze o Płocku”.

21 kwietnia 1972 roku w Gliwicach przekazano odlew władzom Mazowsza i Płocka. 23 kwietnia kolumna wyruszyła z czterema częściami. 24 kwietnia dźwig płockiego Mostostalu przenosił ostatni element. 28 kwietnia montaż był skończony. Do czerwca zostawało ukształtowanie placu i czekanie na niedzielę.

Ciekawostki i kontekst

Był to pierwszy pomnik współczesnego poety postawiony w Polsce Ludowej. Nie Mickiewicz, nie Słowacki, nie wieszcz z bezpiecznej odległości stuleci. Człowiek, którego wiele osób na placu jeszcze pamiętało żywego: z wieczorów, z gazet, z radia, z plotki o usposobieniu i o kieliszku, z żalu po śmierci Anki, z głosu, który umiał być zarówno sztandarem, jak kołysanką.

Deszcz zapisał się w relacjach mocniej niż niejedno nazwisko z trybuny. Harcerka, która woziła studentów na miejsce i potem na obiad, zapamiętała mundur, tłok i to, że woda nie przegoniła ludzi. Górnicze pióropusze i stroje „Mazowsza” robiły za słońce.

Na taśmie tego dnia odezwał się „Mazowsze”, nie przemówienie z 1958 roku. Tamtego głosu z sali „Zgody” miasto nie miało. Miało natomiast poetę w brązie, żonę pod wstęgą i siostrę w tłumie. Janina Broniewska, pisarka i starsza siostra, wracała w rodzinne miasto jako świadek domu, w którym został po śmierci ojca i dziadka świat kobiet, stancji i powstańczych opowieści.

Amfiteatr, z którego Płock bywał dumny, milczał. Dzień, który miał być też świętem krajobrazu nad Wisłą, został dniem placu, muru deszczu i zwartego tłumu. Wbrew pogodzie uroczystość doprowadzono do końca. To zdanie, powtarzane potem w relacjach, brzmiało jak komplement dla miasta i jak usprawiedliwienie dla mokrych butów.

Znaczenie historyczne

25 czerwca 1972 roku Płock zrobił z Broniewskiego fakt urbanistyczny. Dotąd był honorowym obywatelem, honorowym członkiem Towarzystwa, patronem festiwali i sesji, adresem domu i dębu. Od tamtej niedzieli stał się punktem na mapie, do którego się idzie. Wejście do miasta miało — w nadziei gospodarzy — witać przybyszów hasłem miasta Broniewskiego. Nie wszystko z tej nadziei spełniło się językiem tablic. Spełniło się gestem: pomnik został, patrzy na rzekę, a kolejne pokolenia uczą się, czy wolno obok niego przejść obojętnie.

Dzień ten spiął dwa porządki, które w biografii poety zawsze tarły o siebie. Porządek państwa, partii, Frontu Jedności, Międzynarodówki i uchwały o imieniu chorągwi. I porządek domu, kamiuszek, dębu, ślizgawki, pierwszej miłości z wiersza Kostaneckiego, głosu z taśmy, który wracał do równiny, nie do rezolucji. Płock uniósł oba, bo nie umiał rozdzielić syna od symbolu, a symbolu od chłopca, który tu wojował procą.

Minęło od tamtego deszczu pięćdziesiąt cztery lata. Pomnik wciąż stoi nie na wysokim cokole, lecz na ziemi. Harcerska chorągiew zdążyła zmienić epoki, nazwy i języki wychowania. Wiersze ubyły z kanonu szkolnego i wracają w konkursach Jagiellonki. Co pewien czas ktoś pyta, czy brąz z 1972 roku powinien zostać. Deszczowa niedziela nie odpowiada na to pytanie. Zostawia tylko obraz: miasto, które w wodzie, zimnie i tłumie odsłoniło poetę, bo uznało, że bez niego nie potrafi opowiedzieć samej siebie.