Pod potężną, stuletnią lipą, która rozkłada swoje konary tuż przy bramie wiodącej na cmentarz parafialny w Tłuchowie, stoi skromny, nieco już zniszczony pomnik. Trzy nazwiska wyryte w kamieniu, trzy daty – 4 kwietnia 1863 roku. Żadnych pompatycznych słów, żadnego marmuru. Tylko prosty napis i zawsze świeże znicze. W 2026 roku, gdy obchodzimy 163. rocznicę wybuchu powstania styczniowego, harcerze z miejscowej drużyny jak co roku sprzątają grób, zapalają świece i opowiadają dzieciom historię trzech płocczan, którzy polegli tu jako pierwsi w całym województwie płockim. Ich krew była pierwszą przelaną na mazowieckiej ziemi w imię wolności.

To nie są wielkie nazwiska dowódców ani generałów. To zwykli mieszkańcy Płocka – inżynier, subiekt i dziewiętnastolatek – którzy w styczniową noc 1863 roku porzucili spokojne życie i ruszyli w lasy.

Kim byli – portrety z Płocka

Aleksander Chodecki miał trzydzieści lat. Urodzony i wychowany w Płocku, wykształcony inżynier mierniczy. Pracował przy pomiarach gruntów, projektach dróg, mostów – typowy przedstawiciel inteligencji miejskiej, która w XIX wieku coraz częściej łączyła fach z patriotyzmem. Gdy wybuchło powstanie, nie czekał na rozkazy. Wziął broń i poszedł.

Józef Rosciszewski był o wiele młodszy – zaledwie dziewiętnastolatek. Chłopiec z ziemiańskiej rodziny, syn dzierżawcy majątku w Cieślinie koło Tłuchowa. Pełen młodzieńczego zapału, pewnie marzył o wielkich czynach. Miał dopiero zaczynać dorosłe życie. Zamiast tego wybrał las i kosę.

Aleksander Szczypiński, dwudziestodwulatek, subiekt z płockiego sklepu. Pracował w handlu, codziennie stykał się z ludźmi z całego Mazowsza. Nie był żołnierzem z powołania. Był jednym z tych, którzy po brance styczniowej postanowili, że lepiej zginąć z bronią w ręku, niż dać się zaciągnąć do carskiej armii.

Kwiecień nad Skrwą – ostatnia przeprawa

Wiosna 1863 roku przyszła późno, ale gwałtownie. Skrwa wezbrała, niosła lód i gałęzie. 4 kwietnia 1863 roku mały oddział, w którym znaleźli się nasi trzej płocczanie, próbował przeprawić się przez rzekę we wsi Kozi Łęg, tuż koło młyna. Cel był prosty: dostać się na drugi brzeg, uniknąć rosyjskich patroli i ruszyć dalej.

Nie zdążyli. Rosyjski oddział – kozacy i piechota – zaskoczył ich w trakcie przeprawy. Walka była krótka i nierówna. Powstańcy mieli kosy, dubeltówki, może kilka pistoletów. Rosjanie – szable, lance i karabiny. Zginęli od ciosów szabel.

Ciała pozostały na miejscu przez cztery dni. Dopiero 8 kwietnia krewny Józefa Rosciszewskiego odważył się je zabrać. Przewiózł zwłoki do Tłuchowa i pochował na parafialnym cmentarzu. Akt zgonu sporządzony w kancelarii parafialnej przetrwał do dziś. Prosty, lakoniczny zapis: nazwiska, wiek, przyczyna śmierci – „od szabel kozackich".

Pogrzeb, pomnik i pamięć, która nie zgasła

Pogrzeb odbył się cicho. Rosjanie nie pozwalali na manifestacje. Ale Tłuchów zapamiętał. W parafii wiedziano, kim byli zmarli.

Przez kilkadziesiąt lat grób pozostawał anonimowy. Dopiero około 1930 roku mieszkańcy Tłuchowa i proboszcz postanowili uczcić pamięć. Zebrano składkę, ufundowano pomnik. Stanął pod lipą – drzewem, które już wtedy było stare i potężne. Napis na tablicy jest prosty, ale szczery: nazwiska i data.

Co roku, w dzień Wszystkich Świętych, grób rozjaśnia się setkami zniczy. Drużyna harcerska przejmuje nad nim opiekę. Dzieci uczą się, że wolność zaczyna się od małych czynów. W 2026 roku, w 163. rocznicę, harcerze znów będą maszerować od kościoła do pomnika. I znów ktoś przeczyta na głos trzy nazwiska, które brzmią jak litania: Chodecki, Rosciszewski, Szczypiński.

Znaczenie historyczne

Trzej płocczanie z Tłuchowa nie zmienili losów wojny. Nie byli naczelnikami, nie dowodzili tysiącami. Byli jednak pierwsi. Ich śmierć pokazała, że powstanie styczniowe na Mazowszu Płockim nie było tylko sprawą wielkich nazwisk i wielkich bitew. Było sprawą całego społeczeństwa – od inżyniera po sklepikarza i chłopca z ziemiańskiego domu.

W Płockiem, gdzie Padlewski walczył o każdy most i każdą wieś, ich ofiara stała się symbolem lokalnego patriotyzmu. Dzisiaj, gdy idziemy ulicą Padlewskiego w Płocku albo mijamy tablice upamiętniające egzekucję naczelnika, warto zatrzymać się także przy tym skromnym pomniku pod lipą w Tłuchowie. Bo wolność buduje się nie tylko z wielkich zwycięstw, ale też z małych, zapomnianych śmierci.