W latach dwudziestych ubiegłego wieku Płock wyglądał jak wiele mazowieckich miast: brukowane ulice schodziły stromymi stokami ku Wiśle, port tętnił życiem barek i łodzi, a w powietrzu unosił się zapach świeżego chleba z małych piekarni i dymu z kominów drobnych warsztatów. Ale pod powierzchnią codzienności wrzało. Bezrobocie po wojnie gryzło tysiące rodzin, a policja carskich resztek i nowych władz sanacyjnych patrzyła nieufnie na każdego, kto mówił o sprawiedliwości społecznej. Właśnie wtedy, w tym burzliwym krajobrazie, narodziła się legenda „Robotnika” – płockiej spółdzielni, która z pozoru zwykłego sklepu spożywczego i piekarni stała się najsilniejszą twierdzą Komunistycznej Partii Polski w całym okręgu.

Nie była to zwykła kooperatywa. Od samego początku, jeszcze zanim Polska odzyskała pełną niepodległość, płocka grupa PPS-Lewicy i SDKPiL widziała w niej coś więcej niż tylko miejsce zaopatrzenia. Gdy w 1919 roku robotnicy walczyli o Radę Delegatów Robotniczych, spółdzielnia już kiełkowała jako zaplecze organizacyjne. Ale prawdziwy przełom przyszedł w 1921 roku. Wtedy komuniści przejęli nad nią niemal całkowitą kontrolę. Sklep, piekarnia, przestronny lokal na świetlicę i bibliotekę – wszystko to stało się jednym wielkim centrum rewolucyjnej działalności.

Narodziny twierdzy: od sklepu do tajnego sztabu

Wyobraźcie sobie wejście do „Robotnika” na początku lat dwudziestych. Drewniane lady, worki z mąką i cukrem, zapach świeżo wypiekanego chleba. Za ladą – nie tylko sprzedawcy, ale i zaufani działacze. Biblioteka na zapleczu liczyła kilka tysięcy tomów: od Marksa i Engelsa po najnowsze numery „Przełomu” i „Gromady”. Sala na piętrze – idealna na wieczorne odczyty, tajne zebrania i wymianę dyrektyw. Tu nie kupowano tylko chleba. Tu wymieniano się informacjami, planowano akcje, drukowano ulotki i organizowano pomoc dla setek więźniów politycznych rozsianych po polskich więzieniach.

Głównym punktem oparcia stała się właśnie ta kooperatywa. Od 1921 roku KPP miała w niej niemal pełne kierownictwo. Początkowo zarządzał nią A. Kozłowski – jeden z tych nieugiętych opozycjonistów z PPS, który przeszedł na stronę lewicy. Później, od początku 1923 do 1924 roku, stery przejął W. Rożek (Ronowski) – przyszły poseł z Zamościa, człowiek o wielkiej energii, który łączył prowadzenie spółdzielni z bezpośrednim kierowaniem działalnością partyjną. Po nim przyszedł J. Wrzos. Każdy z nich traktował „Robotnika” nie jako biznes, ale jako broń w walce klasowej.

Filia w Bielsku, prowadzona najpierw przez J. Gruszczyńskiego, a później przez W. Chabowskiego, wyciągała ramię daleko w teren wiejski. Tam, wśród robotników rolnych i małorolnych chłopów, spółdzielnia stawała się oknem na świat rewolucji. Przychodzili po mąkę, a wychodzili z ulotkami i nowymi kontaktami. Biblioteka w Płocku i Bielsku stała się prawdziwą kuźnią świadomości klasowej.

W tym samym czasie, gdy w Płocku „Robotnik” kwitł, podobny ośrodek powstał w Rypinie – Robotnicza Chłopska Spółdzielnia, którą kierowali S. Meller, J. Boruszkowski i inni. Trwała dłużej, bo aż do 1927 roku, i promieniowała jeszcze silniej na okoliczne wsie. To właśnie tam kształtowali się działacze pokroju Z. Galanty czy H. Grynberga.

Dzień powszedni rewolucji: chleb, książki i tajne narady

Codzienność „Robotnika” to nie tylko handel. To była szkoła życia dla dziesiątek młodych robotników. Po pracy schodzili się tu aktywiści: W. Chabowski, W. Michalski, W. Królikowski, L. Grynberg (Gronowski) i wielu innych. Tu omawiano najnowsze dyrektywy KC, planowano kolportaż prasy – setki egzemplarzy „Gromady” i „Przełomu” rozchodziły się z tego jednego lokalu po całym powiecie. Tu też gromadzono pieniądze na pomoc więźniom – paczki, książki, pieniądze na adwokatów.

Pamiętny był moment, gdy do Płocka przyjechał sam Bolesław Bierut. Odwiedził „Robotnika” w czasie, gdy Rożek i Wrzos sterowali spółdzielnią. Spotkanie to nie było przypadkowe – Bierut, jako jeden z najwybitniejszych działaczy, przyjechał ocenić siłę lokalnego ruchu. Dla płockich komunistów była to ogromna nobilitacja i sygnał, że ich praca ma znaczenie dla całej partii.

Nie brakowało też dramatycznych momentów. W grudniu 1924 roku pepsowcy, korzystając z kryzysu, weszli przemocą do lokalu i usunęli komunistyczny zarząd. Nie chodziło im o „uzdrowienie gospodarki”, jak twierdzili. Chcieli zniszczyć główną bazę KPP, odebrać im ostatnie legalne oparcie. „Robotnik” 1 stycznia 1925 roku donosił z goryczą o ugodzie ze „Społem”, a później spółdzielnię przekazano mieszczańskiej „Zgodzie”. Ale duch „Robotnika” nie zginął. Kontakty, sieć, ludzie – wszystko to przeniosło się w podziemie.

Ciekawostki i kontekst epoki: Płock lat dwudziestych

Płock międzywojenny to miasto pełne kontrastów. Z jednej strony – odbudowa po zniszczeniach I wojny, port rozwijający się, szosy budowane rękami bezrobotnych. Z drugiej – kryzys gospodarczy, który w latach 1929–1933 uderzył szczególnie mocno. Bezrobocie sięgało tysięcy, a komuniści z „Robotnika” organizowali demonstracje pod magistratem i starostwem, domagając się robót publicznych i zapomóg.

Wśród działaczy spółdzielni wyróżniały się kobiety – jak Z. Rościszewska-Gąsiorowska czy żony aktywistów, które ukrywały literaturę i organizowały pomoc. Młodzież z „Małachowianki” – uczniowie klas V i VI – też zaglądała do biblioteki „Robotnika”. To tu kształtowali się przyszli profesorowie i działacze, jak bracia Jakubowscy.

Ciekawostką jest fakt, że spółdzielnia była nie tylko bazą KPP, ale i miejscem, gdzie spotykali się działacze z całego okręgu – z Sierpca, Bodzanowa, Rypina. Gdy w 1922 roku na konferencji okręgowej dyskutowano o zwrocie taktycznym partii, „Robotnik” był centrum tych debat. Nawet gdy partia przeszła do podziemia, filie i kontakty spółdzielcze nadal działały.

Znaczenie historyczne: dziedzictwo, które przetrwało represje

„Robotnik” nie był tylko lokalnym epizodem. Pokazał, jak w warunkach legalnej działalności można budować silne zaplecze dla nielegalnej walki. Gdy w 1925 roku spółdzielnię odebrano, komuniści nie załamali rąk. Przenieśli działalność do związków zawodowych, do bezrobotnych, do wsi. Ale pamięć o „Robotniku” pozostała – jako symbol solidarności i sprytu organizacyjnego.

Wpływ na historię Płocka i Mazowsza był ogromny. Dzięki spółdzielni ruch komunistyczny nie ograniczał się do wielkich miast. Dotarł na wieś, do folwarków, do małych miasteczek. Ukształtował pokolenie działaczy, którzy później, w czasie okupacji hitlerowskiej, stanęli na czele PPR i Armii Ludowej. Po 1945 roku wielu z nich budowało Polskę Ludową, pamiętając lekcje z „Robotnika”.

Dziś, gdy spacerujemy po płockich ulicach, trudno znaleźć ślad po dawnym lokalu spółdzielni. Ale historia ta przypomina, że nawet w najmniejszym mieście zwykli ludzie – sprzedawcy, piekarze, bibliotekarze – mogą zmienić bieg dziejów. „Robotnik” nie był tylko sklepem. Był marzeniem o sprawiedliwszym świecie, które na chwilę stało się rzeczywistością w sercu Mazowsza.

Walka o „Robotnika” to fragment większej opowieści o polskim ruchu robotniczym. Pokazuje, że rewolucja nie zawsze zaczyna się od barykad. Czasem zaczyna się od lady sklepowej, od książki pożyczonej z biblioteki i od rozmowy przy worku mąki. I że taka rewolucja potrafi przetrwać najcięższe represje.