Papier był cienki, pieczęć sygnetowa, miejsce wystawienia precyzyjne jak rozkaz: obóz między Bieżuniem a Sierpcem. Data — dzień św. Prokopa, 4 lipca 1410 roku. Adresat — wielki mistrz Prus i cały Zakon. Pierwsze słowa nie brzmiały jak wypowiedzenie wojny.
„Ziemowit z Bożej miłości książę mazowiecki itd. Mistrzowi Prus i Zakonowi przyjaźń naszą”.
Dopiero potem szło to, czego Malbork nie chciał usłyszeć. Spowodowany biegiem wypadków książę uprzedzał mistrza, Zakon i sprzymierzeńców, iż chce stać przy najjaśniejszym panu Władysławie, królu polskim, i przy Aleksandrze, czyli Witoldzie, wielkim księciu litewskim, i sprawiedliwość ich popierać wraz ze wszystkimi sługami. Oryginał trafił później do archiwum w Królewcu. Na Mazowszu Płockim został gest: wojna wypowiedziana językiem człowieka, który przez całe życie pożyczał od tych, którym właśnie odmawiał posłuszeństwa.
Ziemowit IV miał wtedy około pięćdziesięciu ośmiu lat. Był Piastem na Płocku, Rawie, Sochaczewie, Gostyninie, Płońsku i Wiźnie, księciem ruskim na Bełzie, szwagrem Jagiełły i dłużnikiem Krzyżaków. Pod Grunwald nie stanął. Stanął jego syn.
Książę, który chciał być królem
Zanim został ostrożnym lennikiem, chciał korony.
Po śmierci Ludwika Węgierskiego część rycerstwa widziała w Siemowicie IV Piasta, który mógłby zamknąć andegaweński interregnum. Na zjeździe sieradzkim mówiono o elekcji. Arcybiskup Bodzanta sprzyjał księciu. Była nawet myśl, by porwać młodą Jadwigę, poślubić ją i wejść na Wawel jak gospodarz, nie jak gość. Mieszczanie Krakowa zamknęli miasto. Małopolanie nie chcieli Mazowsza na tronie. Wojska Siemowita weszły na Kujawy, pod Kalisz, w ziemię łęczycką. Skończyło się układem z 12 grudnia 1385 roku: zwrot ziem, zrzeczenie się pretensji, pieniądze za to, co zdążył zająć.
Jagiełło dogadał się inaczej. Ręka siostry Aleksandry i lenno bełskie w 1387 i 1388 roku domknęły układ, którego Ziemowit już nie próbował zrywać siłą. Odtąd był dziedzicznym lennikiem Korony. Odtąd też był człowiekiem dwóch dworów: krakowskiego, gdzie Aleksandra bywała często i chętnie widziana przez brata, i malborskiego, gdzie wielcy mistrzowie chętnie pożyczali księciu pieniądze pod zastaw jego własnych ziem.
Ta podwójność nie była kaprysem. Była metodą. Mazowsze leżało między Koroną, Litwą i państwem zakonnym. Kto stąd prowadził politykę, musiał umieć napisać dwa listy jednego dnia.
Zastaw, który trzymał księcia za twarz
Pieniędzy Ziemowitowi brakowało zawsze. Starał się o koronę, lokował miasta, utrzymywał dwór, wyprawiał córki. Zakon pożyczał chętnie, bo zastaw dawał mu to, czego nie dawała bitwa: kawałek Mazowsza bez wypowiedzenia wojny.
W grudniu 1382 roku poszła ziemia wiska z zamkiem. W listopadzie 1384 roku, w Brodnicy, ziemia zawkrzeńska za cztery tysiące sześćset kóp groszy praskich. Płońsk też bywał w tej księdze długów. Zawkrze wracało w 1399 i znów odpływało pod koniec 1407 roku, gdy kantor płocki Dadźbóg odebrał kolejną sumę. Kto trzymał Zawkrze, siedział klinem między Płockiem a Ciechanowem, nad Wkrą i Łydynią, z widokiem na gród Janusza.
Zakon nie ukrywał, po co mu ten klin. Chciał mieć księcia zależnym. Chciał mieć przyczółek. Gdy w 1409 roku wielki mistrz wypowiedział Koronie wojnę i uderzył na ziemię dobrzyńską, na Mazowsze Janusza i na Wielkopolskę, księstwo Ziemowita ocalało. Neutralność miała swoją cenę i swoją nagrodę. Janusz płacił spustoszeniem. Ziemowit — milczeniem.
Arcybiskup Mikołaj Kurowski prosił go wtedy o pomoc, gdy Krzyżacy oblegali polską załogę. Książę nie odpowiedział. Na prośbę króla wystawił jednak sto kopii i posłał je pod Bydgoszcz. To było dokładnie tyle, ile trzeba, by nie być zdrajcą lennika — i za mało, by być wrogiem Zakonu.
Węgierski ślub w styczniu
Boże Narodzenie 1409 roku Ziemowit spędził w Krakowie. Stamtąd ruszył na Węgry. W połowie stycznia 1410 roku, na dworze, który był cichym sojusznikiem Malborka, wydał najstarszą córkę Jadwigę za Jana z Gary, nadżupana Temesu i Pożegi, magnata bliskiego palatynowi Mikołajowi.
Małżeństwo miało swój rachunek. Zygmunt Luksemburski stał po stronie Zakonu, choć jeszcze nie otwarcie. Zbliżyć się do jego baronów znaczyło mieć ucho przy królu Węgier, gdy ten wyśle do Jagiełły posłów z prośbą o pokój. Źródła z Płocka zapamiętały Jadwigę jako siedemnastoletnią. Węgierski sojusz miał być ostatnią deską, na której książę mógł jeszcze uwierzyć, że wojny da się uniknąć.
Dlatego do czerwca 1410 roku Ziemowit czekał. Pisał do Zakonu razem z Aleksandrą. Próbował pośredniczyć. Na procesie przed Zygmuntem jego marszałek Plichta przyjął wyrok z 15 lutego z oburzeniem — znak, że antykrzyżacki nurt na dworze płockim już rósł. Ale książę wciąż był przeciwnikiem otwartego starcia. Przekonała go dopiero obietnica, której Korona mogła udzielić tylko jako strona wygrywająca: Zawkrze wróci bez spłaty zastawu.
Jedenastego czerwca zagroził najazdem na tę ziemię. Komtur ostródzki Gamroth von Pintzenau doniósł o tym wielkiemu mistrzowi. Neutralność właśnie pękła. Decyzja o udziale zapadła przed 30 czerwca, bo tego dnia pod Czerwińskiem, przy moście z Kozienic, stały już oddziały płockie. List z 4 lipca był tylko pieczęcią pod czymś, co wojsko zdążyło zrobić nogami.
Obóz między Bieżuniem a Sierpcem
Dlaczego właśnie tam?
Bieżuń Ziemowit lokował w 1406 roku. Sierpc leżał na skraju lasów, które ciągnęły się ku Gradzanowu i dalej ku Wkrze. Między tymi dwoma punktami, 4 lipca, stał obóz — niekoniecznie wielkiej armii królewskiej, która tego dnia szła jeszcze od Żochowa ku Jeżewu, lecz obóz księcia albo jego chorągwi, które łączyły się z kolumną Jagiełły.
Można przypuszczać, że sam Ziemowit, ugodowy wobec Zakonu do ostatka, szedł od Płocka inną drogą niż główne siły: przez Bielsk, Jeżewo Kościelne, Zagowo, Górtaty, Starą Wieś ku Rościszewu, a stamtąd ku Bieżuniowi albo Lutocinowi. Dopiero z tej osi, 4 lipca, poszedł list do Malborka. Główna armia króla omijała Sierpc świadomie, by nie iść trzy do siedmiu kilometrów od Skrwy i czat komtura bierzgłowskiego. Książę płocki nie musiał się ukrywać w ten sam sposób. Szedł własną ziemią, do własnego obozu, z pismem, które miało zdjąć z niego zarzut zdrady wobec obu stron.
„Chcemy przy najjaśniejszym księciu a panu naszym, panu Władysławie, królu polskim, i przy oświeconym księciu Aleksandrze czyli Witoldzie stać”. Zdanie jest hołdem. Jest też alibi. Ziemowit nie wypowiada wojny jako suweren, który sam wybrał wroga. Wypowiada ją jako lennik, którego pociągnął pan. Przyjaźń w nagłówku zostawiała furtkę na wypadek, gdyby posłowie węgierscy — ci sami, którzy nazajutrz staną pod Jeżewem — jednak zatrzymali Jagiełłę.
Nie zatrzymali.
Syn zamiast ojca
Pod Grunwald poszły dwie chorągwie Ziemowita. Długosz stawia je na lewym skrzydle wojsk polskich jako dwudziestą pierwszą i dwudziestą drugą, z orłem białym bez korony w polu czerwonym. Razem sto siedemdziesiąt kopii, około pięciuset dziesięciu zbrojnych. Na tle armii unii było to wojsko skromne. Na tle księcia, który jeszcze w sierpniu 1409 roku udawał, że go ta wojna nie dotyczy — było to wszystko, czego wymagał hołd.
Dowodził nimi Siemowit V, najstarszy syn, zwany też Siemiszkiem. Urodził się około 1389 roku. Dzieciństwo spędził na dworze wuja, Władysława Jagiełły. Wychowywano go w Krakowie, uczono rzemiosła rycerskiego, pokazywano na turniejach. Dopóki król nie miał syna — a pierwsza córka Jagiełły, Jadwiga, przyszła na świat dopiero w 1408 roku — przy Siemowicie V krążyła nawet myśl o następstwie. W 1410 roku chłopak miał około dwudziestu lat. Ojciec zostawił mu chorągwie. Sam został w księstwie.
Czy Ziemowit IV w ogóle zjawił się w pobliżu pola bitwy, źródła nie rozstrzygają jednoznacznie. Udział seniora w samym starciu jest problematyczny. Relacja o uczcie 16 lipca, nazajutrz po zwycięstwie, pozwala sądzić, że książę był blisko. Janusz Mazowiecki dziękował wtedy królowi na kolanach, z całą drużyną, za pomszczenie krzywd Mazowsza. Ziemowit — jeśli stał obok — dziękował ciszej. Jego ziemia w 1409 roku nie płonęła. Płonęła w lipcu 1410, gdy Tatarzy Witolda wzięli Zawkrze za kraj wroga.
Siemowit V miał przy królu straż. To szczegół, który mówi więcej niż lista chorągwi. Wuj nie odesłał siostrzeńca w drugi szereg. Postawił go przy sobie. Płocki orzeł bez korony szedł więc nie jako ozdoba skrzydła, lecz jako znak, że Piast mazowiecki — choć ojciec wahał się do 4 lipca — stoi w linii, w której pada wielki mistrz.
Dwa zamki, które wróciły do Zakonu
Po bitwie Jagiełło zapłacił szwagrowi tak, jak płaci się lennikowi, którego trzeba utrzymać w orbicie: Działdowem i Szczytnem. Dwa zamki krzyżackie, zdobyte przez wojska koronne, oddane księciu płockiemu w dzierżawę. Ziemowit nie zatrzymał ich długo. Sprzedał Zakonowi. Jeszcze w trakcie kampanii potrafił oddać to, co król włożył mu w ręce, byle nie zrywać do końca nici z Malborkiem.
We wrześniu był pod Malborkiem, przy oblężeniu, którego nie dobito. Między 12 a 18 września zwinął swoje oddziały i wrócił na Mazowsze — tuż po odejściu Litwinów Witolda, a przed odstąpieniem sił królewskich. W grudniu gościł Jagiełłę na polowaniu koło Wiskitek. Dziewiątego grudnia, razem z Januszem i synem, wysłał gratulacje nowemu wielkiemu mistrzowi, Henrykowi von Plauenowi, z okazji wyboru. 1 lutego 1411 roku w Toruniu przywiesił pieczęć do pokoju.
Pokój zwalniał go ze zwrotu sum zastawnych za Zawkrze. Ziemowit i tak uporządkował rachunki po swojemu. Człowiek, który całe życie żył z kredytu Zakonu, nie uwierzył, że dokument zdejmie dług skuteczniej niż pieniądz. Zawkrze wróciło. Ostrożność została.
Ta ostrożność miała swoją cenę także później. Gdy w 1414 roku wojna wybuchła na nowo, książę wypowiedział Zakonowi wojnę 22 lipca w Siedlinie — szybciej niż w 1410, ale wciąż językiem lennika, nie mściciela. Na sobór w Konstancji posłał syna. Gdy relacje z Jagiełłą zaczęły się psuć, a król wezwał lenników do Brześcia, chory Ziemowit nie pojechał sam. Pojechali Siemowit V i Kazimierz II i ponowili hołd. Mazowsze zachodnie miało pozostać przy Koronie także po śmierci ojca.
Płock, którego nie było bazą
W planie brzeskim z grudnia 1409 roku Płock wyznaczono na bazę zaopatrzenia. Był to fortel. Krzyżaccy szpiedzy mieli patrzeć na gród nad Wisłą, podczas gdy most rosł w Kozienicach, a koncentracja szła pod Czerwińsk. Ziemowit, pan tego grodu, okazał się częścią fortelu mimo woli. Jego stolica przyciągała uwagę Zakonu. Jego chorągwie stanęły przy moście. Jego list z 4 lipca domknął pozór, że całe Mazowsze — nie tylko Janusz — jest już w wojnie.
Sam Płock nie nakarmił armii. Nakarmiły ją tabory. Ale to z Płocka, z dworu Aleksandry i z katedry, w której książęta mazowieccy mieli nekropolię, wychodziła polityka, która przez rok lawirowała między Krakowem, Budą i Malborkiem. Biskup płocki Jakub z Korzkwi kazaniem o wojnie sprawiedliwej w Czerwińsku, 2 lipca, dawał rycerstwu język, którego książę w liście nie użył. Ziemowit napisał o przyjaźni. Biskup mówił o prawie.
W mieście, które Zakon uważał za magazyn króla, mieszkał człowiek, który magazynem nie chciał być dla nikogo. Chciał być pośrednikiem. Gdy pośrednictwo upadło, został lennikiem z dwiema chorągwiami i synem przy królewskim boku.
Ciekawostki i kontekst
Bieżuń, z którego sąsiedztwa datowano list, był dziełem tego samego księcia. Lokacja z 1406 roku wpisywała się w długi szereg nadań: Magnuszew, Gostynin, Kuczbork, Kutno, Nowe Miasto nad Pilicą. Ziemowit umiał fundować miasta, gdy umiał pożyczać na nie pieniądze. Sierpc, drugi biegun obozu, leżał bliżej Skrwy i czat zakonnych. Między fundacją a granicą powstało zdanie o przyjaźni i wojnie.
Orzeł bez korony na chorągwiach płockich nie był przypadkiem. Mazowsze po śmierci ostatnich niezależnych książąt nosiło w herbie orła, który Koronie nie dorównywał koroną. Pod Grunwaldem ten znak stanął w jednym szeregu z Orłem Białym Jagiełły. Różnica w koronie została. Różnica w polu bitwy — na te kilka godzin — znikła.
Jan z Gary, zięć Ziemowita, nie skończył na weselnym stole. W lipcu 1410 roku jego krewny Mikołaj Gara jechał do obozu Jagiełły jako poseł Zygmunta, razem ze Ściborem ze Ściborzyc i Krzyżakiem Gersdorffem. Rodzina, w którą książę wstawił córkę, żeby zbliżyć się do Budy, stała po drugiej stronie stołu, na wzgórzu pod Jeżewem, i prosiła króla o pokój. Polityka dynastyczna bywa ironiczna. Węgierski ślub nie zatrzymał wojny. Zatrzymał tylko złudzenie Ziemowita, że da się nie wybierać.
Po zwycięstwie Janusz mógł klękać. Ziemowit musiał liczyć. W 1411 roku, gdy Zakon wrócił do grabieży pogranicza — Targoni, Dłutowa, Dąbrowy, Grzybowa — rachunek księcia i rachunek kmiecia rozeszły się do końca. Książę odzyskał Zawkrze zapisem. Kmieć odzyskiwał krowę, jeśli w ogóle.
Matejko, rysując Ziemowita według starej pieczęci, zostawił księcia w zbroi, z mieczem uniesionym, jakby to on prowadził szarżę. Pieczęć kłamie mniej niż obraz. Na pieczęci jest władca. W liście z 4 lipca jest człowiek, który miecz podnosi dopiero wtedy, gdy nie podnieść go znaczy stracić lenno, ziemię i syna.
Znaczenie historyczne
List z obozu między Bieżuniem a Sierpcem jest jednym z najuczciwszych dokumentów epoki, właśnie dlatego, że jest dwuznaczny. Ziemowit IV nie udaje rycerza bez skazy. Pisze tak, jak rządził: hołd wobec Krakowa, przyjaźń wobec Malborka, decyzja w ostatniej chwili, syn w pole, ojciec przy pieczęci.
Dla historii Płocka ten dzień jest ważniejszy niż się wydaje. Pokazuje, że stolica księstwa nie weszła w wojnę grunwaldzką jako jednolity obóz patriotyczny. Weszła jako dwór, który przez rok liczył, czy Zygmunt zatrzyma Jagiełłę, czy Zawkrze wróci bez pieniędzy, czy most pod Czerwińskiem naprawdę oznacza, że Płock przestaje być alibi, a staje się zapleczem. Gdy most stanął, alibi padło. Został list.
Mazowsze zachodnie nie zostało w 1410 roku wchłonięte przez Koronę. Zostało dociągnięte. Dwie chorągwie, sto siedemdziesiąt kopii i dwudziestoletni Siemowit V przy królu zrobiły więcej niż wszystkie pośrednictwa zimy 1409 roku. Zarazem ojciec, sprzedając Działdowo i Szczytno z powrotem Zakonowi i gratulując von Plauenowi wyboru, pokazał, że lennik umie wygrać bitwę cudzymi rękami i nie spalić za sobą wszystkich mostów.
W 2026 roku od tego pisma mija sześćset szesnaście lat. Bieżuń i Sierpc leżą tam, gdzie leżały. Archiwum królewieckie rozproszyło się po wojnach nowożytnych. Zostało zdanie, które warto czytać w całości, nie w połowie. „Przyjaźń naszą” nie jest tchórzostwem. Jest językiem księcia, który wiedział, że Mazowsze Płockie przeżyje Grunwald tylko wtedy, gdy po 15 lipca wciąż będzie komu pisać do Malborka i do Krakowa.
Wypowiedział wojnę. Zostawił sobie przyjaźń. Posłał syna. Sam został tam, gdzie pieczęć była ważniejsza niż kopia. W tym geście — niepięknym, skutecznym, bardzo płockim — zawiera się cały lipiec 1410 roku po tej stronie Wkry.