Piątkowy ranek 18 września 1942 roku w Płocku pachniał jesienią i strachem. Nad Wisłą wisiała jeszcze mgła, ale na ulicach już dudniły ciężkie buty żandarmerii. W dzielnicy, która kiedyś tętniła życiem żydowskich sklepów i warsztatów, a teraz była tylko ruiną po likwidacji getta, hitlerowcy przygotowywali widowisko. Na najbardziej zaniedbanym placu, tuż przed publicznymi ustępami, ustawiono trzynaście szubienic. Drewniane belki wbito w ziemię, deski pod nogi ułożono starannie. Nie chodziło o zwykłą egzekucję. Chodziło o to, by śmierć stała się teatrem grozy – publicznym, poniżającym, zapadającym w pamięć na zawsze.
Dzień, w którym terror uderzył jednocześnie w całym regionie
W tym samym momencie, o tej samej godzinie, w Bodzanowie, Rościszewie, Ciechanowie i Przasnyszu rozegrały się identyczne sceny. Hitlerowcy chcieli, by wiadomość o karze rozeszła się błyskawicznie po całym północnym Mazowszu. Rejencja Ciechanowska, wcielona do Prus Wschodnich, miała być niemiecka do szpiku kości. A Polacy – złamani. Partyzanckie akcje Batalionów Chłopskich, Związku Walki Zbrojnej i dopiero formującej się Polskiej Partii Robotniczej zaczynały boleśnie doskwierać okupantowi. Dywersje, kolportaż prasy podziemnej, pomoc ukrywającym się – to wszystko domagało się odpowiedzi.
W Płocku wybrano miejsce symboliczne. Dawna dzielnica getta, opróżniona kilka miesięcy wcześniej z ośmiu tysięcy Żydów wywiezionych do Działdowa, a stamtąd na śmierć w okolice Starachowic i Częstochowy. Plac pokryty śmieciami, błotem i wspomnieniem tragedii. Publiczne ustępy jako tło – celowe upokorzenie. Niemieccy żandarmi i SS-mani w czarnych mundurach otoczyli plac kordonem. Z pobliskich fabryk i sklepów siłą wyprowadzono polskich pracowników. Kobiety, mężczyźni, nawet dzieci – wszyscy musieli patrzeć. Wśród tłumu stali też volksdeutsche i niemieckie rodziny z dziećmi na rękach. Dla nich to miało być widowisko.
Trzynastu skazanych – portrety z różnych światów
Trzynastu mężczyzn stało w szeregu. Ręce związane z tyłu, twarze opuchnięte od przesłuchań w płockim więzieniu. Wśród nich byli ludzie z różnych środowisk, różnych organizacji, ale wszyscy winni jednego – miłości do wolnej Polski.
Zygmunt Wolski, rolnik z Wielkich Gośmic, znany przed wojną działacz ludowy w powiecie sierpeckim, towarzysz Juliana Wieczorka. W konspiracji związał się z „Sierpem i Młotem”, a później z tworzącą się PPR. Aresztowany po powrocie z Warszawy, gdzie nawiązywał kontakty partyjne. Gustaw Mossakowski – urzędnik z Ciechanowa, związany z referatem VI Obwodu AK Płock. Marek Sobczyński – urzędnik z Łyszkomic, członek Polskiej Organizacji Zbrojnej. Antoni Krzywoszyński – pracownik „Zemwaru”, organizował pomoc społeczną w AK. Józef Jurkowski „Fez od Wisły”, „Marek” – członek Komendy Obwodu AK. Byli też Władysław Piotrowski, Leon Pomierny, Stanisław Adamczyk z Wyszogrodu, Stefan Trojanowski z Płocka, Józef Rudziński z Ciechanowa, Wincenty Peszyński – komendant Powiatu POZ w Mławie i inni.
Stali tam chłopi, urzędnicy, robotnicy. Ludzie, którzy jeszcze kilka miesięcy temu prowadzili zwyczajne życie: orali pola, prowadzili księgowość, naprawiali maszyny. Teraz – skazańcy. Przed egzekucją odczytano wyrok. Głos hitlerowskiego oficera brzmiał sucho, mechanicznie. „Za działalność antyniemiecką… za przynależność do band…” Tłum milczał. Tylko wiatr szumiał w ruinach synagogi.
Gdy zakładano pętle, jeden z nich – według relacji świadków – krzyknął głośno: „Niech żyje Polska!” Głos poniósł się po placu. Inni podchwycili. Niemcy wpadli w furię, ale było za późno. Krzyk wolności rozległ się nad zrujnowaną dzielnicą. Deski pod nogami kopnięto. Ciała zawisły. Trzynaście szubienic skrzypnęło. Tłum zamarł. Kobiety mdlały. Mężczyźni zaciskali pięści w kieszeniach.
Kontekst terroru – dlaczego akurat 18 września?
Rok 1942 to szczyt hitlerowskiego terroru na Ziemi Płockiej. Po masowych wywózkach w grudniu 1940 i marcu 1941, po likwidacji getta, po egzekucjach starców i chorych w lasach Brwilna i Łącka – okupant czuł, że opór rośnie. Bataliony Chłopskie, ZWZ, a teraz także lewicowe grupy „Sierpa i Młota” coraz śmielej atakowały. Akcje dywersyjne, sabotaże, pomoc Żydom – wszystko to drażniło Niemców.
Wybór daty nie był przypadkowy. Wrzesień 1942 – trzecia rocznica kampanii wrześniowej. Hitlerowcy chcieli pokazać, że Polska nigdy nie powstanie. Koordynowana akcja w kilku miejscowościach miała złamać ducha mieszkańców. W Płocku dodatkowo – miejsce egzekucji. Plac przed ustępami w byłym getcie miał zohydzić pamięć pomordowanych. „Niech Polacy pamiętają, że tu, w brudzie, giną ich bohaterowie” – zdawał się mówić okupant.
Kilka dni wcześniej aresztowano dziesiątki konspiratorów. Część z nich z POZ i ZWZ, część z lewicowych grup. Śledztwo prowadziło gestapo z Ciechanowa i Płocka. Tortury w płockim więzieniu były tak okrutne, że niektórzy nie dożyli egzekucji. Ci, którzy stanęli pod szubienicą, wiedzieli, że ich śmierć ma być przestrogą dla całego regionu.
Życie w cieniu szubienicy – Płock pod okupacją
Płock w 1942 roku to miasto w szponach strachu. Nazwa Schröttersburg na mapach, polskie napisy zdrapane z murów, język polski zakazany w miejscach publicznych. Szkoły zamknięte od listopada 1939. Nauczyciele wywiezieni do Dachau i Mauthausen. Chłopi tracili ziemię na rzecz volksdeutschów. Wodnicy z Rybaków wywleczeni nocą i wywiezieni do Generalnej Guberni. Getto – najpierw żółte tarcze, potem zamknięcie, wreszcie likwidacja.
Codzienność to łapanki, rewizje, donosy. Ludzie chodzili z opuszczonymi głowami, ale w domach, w stodołach, w lasach brwileńskich działała konspiracja. Drukowano „Orkę”, kolportowano ulotki. Młodzież z POM i wodniacy z „Wisły” budowali bunkry w świerkowych gąszczach. Bataliony Chłopskie rosły w siłę. I właśnie dlatego Niemcy odpowiedzieli terrorem masowym.
Tego wrześniowego poranka wielu płocczan szło do pracy z ciężkim sercem. Widzieli przygotowania – szubienice, kordony. Niektórzy próbowali ominąć plac bocznymi uliczkami, ale żandarmi zaganiały wszystkich. Po egzekucji ciała wisiały jeszcze długo – na pokaz. Dopiero wieczorem Niemcy zezwolili na zdjęcie. Ciała pochowano potajemnie. Po wojnie ekshumowano je i przeniesiono na cmentarz. Plac Synagogalny nazwano później Placem 13 Straconych.
Ciekawostki i zapomniane szczegóły
Egzekucja nie była jedyną tego dnia. W Bodzanowie i Rościszewie powieszono po trzynastu. Razem ponad czterdzieści osób. Wszyscy z północnego Mazowsza. Wśród ofiar w Płocku byli ludzie, którzy nigdy nie brali broni do ręki – po prostu pomagali konspiracji: organizowali żywność, przenosili wiadomości, ukrywali drukarnie.
Zygmunt Wolski – zanim trafił do konspiracji – był znanym działaczem chłopskim. Jego śmierć łączyła tradycję ludową z nową, lewicową falą oporu. Po wojnie jego nazwisko i nazwiska towarzyszy stały się symbolem jedności w walce, niezależnie od orientacji politycznej.
Miejsce egzekucji wybrano nieprzypadkowo. Dawne getto po likwidacji było symbolem klęski. Publiczne ustępy – ostateczne poniżenie. Niemcy chcieli, by Polacy czuli obrzydzenie i strach jednocześnie. Ale efekt był odwrotny. Tłum, choć milczący, wracał do domów z zaciętą determinacją. Opowiadano sobie o krzyku „Niech żyje Polska!”. Legenda rosła.
Znaczenie dla Płocka i Mazowsza – pamięć, która trwa
Publiczna egzekucja 13 płocczan 18 września 1942 roku stała się jednym z najbardziej dramatycznych symboli hitlerowskiego terroru na Ziemi Płockiej. Pokazała, że okupant nie cofnie się przed niczym – nawet przed morderstwem na oczach dzieci. Ale też pokazała siłę polskiego ducha. Śmierć tych trzynastu nie złamała oporu. Wręcz przeciwnie – wzmocniła go. Bataliony Chłopskie, AK i inne grupy jeszcze zacieklej walczyły aż do wyzwolenia w 1945 roku.
Po wojnie plac upamiętniono pomnikiem. Co roku, we wrześniu, mieszkańcy Płocka przychodzą tam z kwiatami i zniczami. W 2026 roku mija 84. rocznica. Dla pokolenia, które nie zna wojny, to przypomnienie, że wolność nie jest dana raz na zawsze. Że terror zawsze uderza w najsłabszych, ale spotyka się z oporem zwykłych ludzi – rolników, urzędników, robotników.
Ta egzekucja wpisuje się w długi łańcuch zbrodni na Mazowszu Płockim: od masakry starców w styczniu 1940, przez wywózki do Działdowa, po ostatnie masakry w Brwilnie w 1944. Ale jest też świadectwem, że Płock nigdy nie ugiął kolan. Trzynastu powieszonych przed ustępami stało się trzynastoma bohaterami, których imiona wyryto w historii miasta. Ich ofiara przypomina, że nawet w najgorszym upokorzeniu człowiek może krzyknąć „Niech żyje Polska!” – i ten krzyk przetrwa.
W cieniu płockiej katedry, nad Wisłą, wciąż żyje pamięć. I dopóki żyje – dopóty żyje Polska.