Słońce sierpniowe 1939 roku świeciło nad Płockiem jak zwykle ciepło, ale w cieniu katedry i nadwiślańskich wałów nie czuło się już spokoju. Miasto, które jeszcze niedawno było dumą Mazowsza, teraz walczyło o przetrwanie. Budżet na rok 1939/40 zamykał się sumą zaledwie 1 465 000 złotych – kwotą, która ledwo wystarczała na spłatę długów i podstawowe potrzeby. Zadłużenie po akcji oddłużeniowej sięgało 4 milionów 828 tysięcy złotych, a na same odsetki i raty przeznaczano 282 tysiące, czyli prawie 13 procent wszystkich wydatków. Na oświatę szło niewiele więcej – 314 tysięcy. To liczby suche jak kurz na starych rocznikach „Głosu Mazowieckiego”, ale za nimi kryje się dramat tysięcy płocczan.

Codzienność w cieniu długów

Wyobraźcie sobie ulicę Wyszogrodzką lub Błonie wczesnym rankiem. Robotnicy i rzemieślnicy wychodzili z domów, ale zamiast do fabryk – bo ich prawie nie było – kierowali się na plac targowy lub do Magistratu w nadziei na doraźną robotę. Prezydent Stanisław Wasiak, który od 1935 roku starał się ratować sytuację, przygotował pięcioletni plan gospodarczy. Mówił o uprzemysłowieniu, turystyce, ściągnięciu Izby Rzemieślniczej. Plan jednak pozostał na papierze. Miasto nie miało nawet budżetu inwestycyjnego – żyło z kredytów i zasiłków Funduszu Pracy.

Sprawozdanie do budżetu na rok 1938/39 maluje obraz rozpaczy: „Najrozpaczliwiej przedstawia się oświata. Część dzieci nie pobiera nauki z braku lokali. Od nowego roku szkolnego kuratorium zamyka jedną szkołę... Około 1000 dzieci może być pozbawionych nauki”. Nauka na dwie zmiany w zatłoczonych klasach, brak sal, wilgoć i zimno. Rodzice stali w kolejkach po wsparcie, a w styczniu 1939 roku w samym Magistracie zanotowano trzy przypadki zemdlenia z głodu u kobiet przychodzących po zapomogę.

Piwnice nędzy i walka o przetrwanie

Opieka społeczna skurczyła się dramatycznie. W 1929/30 budżet na ten cel wynosił ponad 329 tysięcy złotych, w 1939/40 – zaledwie 82 500. Trzy tysiące trzystu bezrobotnych oficjalnie, ale liczba rosła z każdym miesiącem. Ludzie napływali z wsi, bo na folwarkach brakowało pracy, a w mieście nadzieja na lepszy los. Publicysta „Głosu Mazowieckiego” w kwietniu 1939 pisał o „tragedii płockich rzesz bezrobotnych”: „Płock nie będzie nigdy rajem dla bezrobotnych... Płock nie ma podstaw do zakładania fabryk”. Surowce, paliwo, transport – wszystko droższe niż gdzie indziej. Obszarnicy z powiatu sprowadzali robotników z daleka, bo miejscowi uciekali do miasta.

W piwnicach domów przy ulicach Radziwia czy Bielskiej mieszkały całe rodziny – często dwie w jednej izbie. Brak światła, wilgoć, gruźlica. Statystyki mówiły, że Płock pod względem gruźlicy zajmuje drugie miejsce wśród miast Polski. Szpitale? Dwa fundacyjne i jeden powiatowy, ale tylko dla zamożniejszych. Miasto zadłużone na 60 tysięcy złotych za leczenie. Umysłowo chorych 52 osoby trzymano w przytułkach, bo szpital kosztował 3,50 zł dziennie, a przytułek 70 groszy. Kąpielisko? Dzierżawione od Gminy Żydowskiej, zużycie wody – jeden kieliszek na mieszkańca dziennie.

Próby ratunku i iluzje

Władze miejskie próbowały. W kwietniu 1939 Rada Miejska uchwaliła pożyczkę z Funduszu Pracy na 270 tysięcy złotych na roboty publiczne. Planowano budowę mostu kolejowo-drogowego, ale komplikacje z ulicami, kanalizacją, wybrzeżem Wisły sprawiły, że nadzieje gasły. Radziwie chciano zamienić w „wielką kępę wiklinową” – 100 mórg pod wiklinę na koszyki. Żadnego przemysłu, tylko roślinność. Na posiedzeniu w kwietniu Magistrat bronił niemieckiego dzierżawcy rzeźni Heina przed strajkującymi robotnikami. „Współczujemy firmie” – brzmiało oficjalne stanowisko.

Miasto nie było przygotowane nawet na obronę przeciwlotniczą. Brak schronów, zbiorników wody, studni artezyjskich. „Głos Mazowiecki” pocieszał: „Polska gotowa i zdecydowana”, „Najazd powitamy armatami”. W ostatnim numerze z 1 września 1939 roku zamieszczono siedem przykazań dla cywilów: spokój, normalny tryb życia, trzymać język za zębami. Kiedy gazeta trafiła do rąk płocczan, bomby już spadały.

Ciekawostki i kontekst epoki

W tle Wielkiego Kryzysu, który uderzył w Polskę szczególnie mocno po 1929 roku, Płock odczuł spadek obrotów o dwie trzecie. Obciążenie podatkowe na mieszkańca wzrosło z 10,76 do 14,22 zł. Ludzie pamiętali jeszcze czasy carskie, ale II Rzeczpospolita przyniosła nadzieję, którą szybko zgasiła rzeczywistość. Prezydent Wasiak, energiczny administrator, walczył o każdy grosz, ale system był chory. Bezrobotni wysyłani na Łotwę? Tak, rozważano. Straż pożarna, strażnicy miejscy – wszyscy na krawędzi.

Znaczenie historyczne

Ten kryzys osłabił Płock przed najazdem. Miasto weszło w wojnę głodne, zmęczone, bez zapasów i schronów. Los tysięcy mieszkańców – od dzieci pozbawionych nauki po starców mdlejących z głodu – pokazał, jak słaba była II Rzeczpospolita w obliczu totalitaryzmu. Dziś, w 2026 roku, patrząc na nowoczesny Płock z rafinerią i mostami, rozumiemy, jak daleką drogę pokonało miasto. Ale pamięć o 1939 roku przypomina, że historia nie wybacza słabości. Te piwnice nędzy i kolejki po wsparcie ukształtowały pokolenie, które przetrwało okupację i odbudowało Polskę.