Płock drugiej połowy XIX wieku nie wyglądał jeszcze na miasto maszyn. Po uwłaszczeniu 1864 roku wieś mazowiecka zaczynała jednak kupować to, czego wcześniej nie potrzebowała albo nie było jej stać: pługi lepsze od drewnianych soch, brony, siewniki, wialnie, sieczkarnie. Rynek wewnętrzny ożył. Kto umiał naprawić żelazo i sprzedać obietnicę lżejszej pracy w polu, miał szansę zbudować fortunę w mieście, które wciąż żyło z Wisły, z administracji gubernialnej i z handlu zbożem.

Na tym rynku pojawił się syn majstra blacharskiego. Moszek Szlama Sarna, urodzony w 1838 roku, syn Issera Szai i Chany z domu Purzycka, od młodości obstawiał mechanizację, a nie tradycję. Odwiedził warsztaty Europy, wrócił do Płocka z kapitałem liczonym na sto rubli i przeznaczył go na wialnie sprowadzane z Gdańska. Potem dodał pługi, młocarnie i siewniki z poznańskiego. Najpierw sprzedawał cudze maszyny okolicznym gospodarzom. W 1870 roku warsztat naprawczy przekształcił się w Fabrykę Maszyn i Narzędzi Rolniczych M. S. Sarny.

Sto pięćdziesiąt sześć lat później, w 2026 roku, po tej samej linii przemysłowej – choć już pod inną nazwą i w innych halach – wciąż wyjeżdżają kombajny. Między pierwszym pługiem Sarny a żółto-czerwoną sylwetką Bizona na brazylijskiej fazendzie mieści się historia całego płockiego przemysłu maszyn rolniczych: żydowskiego warsztatu, zaborczej koniunktury, okupacyjnej hali, powojennego komitetu robotniczego i państwowego kombinatu, który nauczył Polskę zbierać zboże maszyną.

Sto rubli i plac między Więzienną a Królewiecką

Zakład stanął na placach między dzisiejszą Sienkiewicza, Bielską i Królewiecką. Dawna Więzienna nie była jeszcze reprezentacyjną ulicą. Tu, w sąsiedztwie odlewni, tartaków i browarów, które też trzeba było naprawiać, Sarna złożył pierwszy zespół maszyn. W 1870 roku pracowały przy nich dwadzieścia trzy osoby. Piętnaście lat później – pięćdziesiąt. U progu nowego stulecia – sześćdziesiąt pięć.

Reklama zamieszczona w „Kalendarzu Płockim” na rok 1876 brzmiała jak katalog obietnic złożonych wsi, która dopiero uczyła się żelaza. Fabryka chwaliła się „znacznym wyborem najpraktyczniejszych maszyn i narzędzi rolniczych”. Wymieniała pługi oryginalne wrzesińskie, brony, drapacze, pogłębiacze, ekstyrpatory, kultywatory Colemana, siewniki Robilarda, Bennajda i Drewitza, patentowane kopaczki do kartofli, żniwiarki i żniwiarko-kosiarki, maneże i młockarnie, siekacze, szarpacze, rozdrabiacze, pompy, sikawki, torfiarki, wozy i bryczki. To nie był jeszcze kombajn. To był cały arsenał, bez którego żniwa wciąż wymagały rąk, koni i sąsiedzkiej pomocy.

W lutym 1881 roku Sarna wystąpił do Magistratu o zgodę na budowę zakładu odlewniczo-metalurgicznego między Więzienną a Królewiecką. Odlewnia zmieniła skalę interesu. Żeliwo przestawało być towarem sprowadzanym. Można było odlewać części u siebie, naprawiać maszyny tartaków, gorzelni i browarów, a przy okazji trzymać w ryzach dostawy dla własnej produkcji. Płock nie miał jeszcze wielkiego przemysłu. Miał za to warsztaty, które umiały odpowiedzieć na popyt wsi po uwłaszczeniu szybciej niż huty z głębi Królestwa.

Sarna nie był jedyny. Niedługo po nim warsztaty usługowe i produkcyjne otworzyli Paweł Urbański i Maurycy Margulies. W 1884 roku ziemianie próbowali własnej odpowiedzi: Nitkowski, A. Born i Spółka przy Tumskiej. Zatrudniali początkowo osiemnaście osób i szybko zaczęli się chwiać. Konkurencja w małym gubernialnym mieście bywała bezlitosna. Warsztat, który przetrwał, był tym, który łączył handel, odlewnię i naprawę. Sarna ten zestaw opanował.

Syn blacharza, syn inżyniera, staż u McCormicka

Moszek Szlama Sarna zmarł 18 października 1908 roku. Pochowano go na płockim cmentarzu żydowskim. Zostawił żonę Fajgę z domu Ejzenberg i czworo dzieci: Izydora, Saula, Szymona i Adelę. Fabrykę przejęli synowie. Decydujący okazał się Izydor, urodzony w 1876 roku, absolwent Wyższej Szkoły Inżynieryjnej w Mittweidzie, po studiach stażysta w zakładach McCormicka w Stanach Zjednoczonych.

To był inny świat niż gubernialny Płock. McCormick od połowy XIX wieku uczył Amerykę zbierać zboże maszyną. Izydor wrócił z technologią, nie z anegdotą. Opracował produkcję nowych maszyn, unowocześnił odziedziczony zakład, a wyroby z Sienkiewicza zaczęły wyjeżdżać także do Niemiec i Rosji. W 1911 roku fabryka pokazała się na wystawie rolniczej w Mławie i otworzyła tam filię ze stałą ekspozycją. Miesięcznik „Świat” przypomniał wtedy drogę od małego warsztatu reperacyjnego z 1870 roku do zakładu zatrudniającego sto dwadzieścia osób.

W 1938 roku firma wciąż stała przy Sienkiewicza 28. Właścicielem był inżynier I. Sarna. Obok maszyn rolniczych działała odlewnia żelaza. Płock międzywojenny nie był Zagłębiem, ale metalowcy z tych hal stanowili trzon miejscowej klasy robotniczej. Przeciętne zatrudnienie w płockim przemyśle maszyn rolniczych oscylowało wokół trzystu osób. Od 1916 roku istniał tu Związek Metalowców na tyle sprawny, by organizować strajki. Z tego samego środowiska wywodzili się później ludzie, którzy w czasie okupacji trafili do konspiracji, a po wojnie – do pierwszych władz miasta.

Hala, która pracowała dla Wehrmachtu, i poranek 1945 roku

W lutym 1940 roku niemieckie władze okupacyjne połączyły płockie zakłady maszyn rolniczych w jeden organizm: Landmaschinen Fabrik Plock Maschinen-Industrie. Dołączono także warsztat samochodowy Autohof. Produkcja poszła na potrzeby wojenne. Stare hale, pamiętające jeszcze Sarnę, dostały nową funkcję i nowe kierownictwo.

6 lutego 1945 roku, zaledwie dni po odejściu frontu, Pełnomocnik Resortu Gospodarki Narodowej i Finansów nakazał utworzenie Płockich Zakładów Maszynowych. Uruchomienie wyglądało tak, jak w wielu polskich miastach tej wiosny: komitet robotniczy organizował wszystko, od żywności po blachę i pierwszy zbyt. W czerwcu ruszyła produkcja wialni, młocarni, kieratów, sieczkarni i śrutowników. W zakładzie pracowało około siedemdziesięciu osób.

Byli wśród nich ludzie, których życiorysy splotły się z tymi halami na resztę życia. Kilkudziesięciu pionierów 1945 roku pracowało tu jeszcze ćwierć wieku później, kiedy Płock świętował stulecie przemysłu maszyn rolniczych. Inni przeszli już na emeryturę, ale zostawili w fabryce synów, uczniów i nawyki: naprawiać to, czego brakuje, i nie czekać, aż ktoś przywiezie kompletne urządzenie z centrali.

15 września 1948 roku Minister Przemysłu i Handlu nadał zakładowi nazwę Fabryka Maszyn Żniwnych. Profil się wyklarował. Zamiast naprawiać wszystko, co żelazne, Płock miał dawać wsi maszyny do zbioru. Najpierw poszły wozy gospodarskie, kieraty, młocarnie, wialnie, śrutowniki, stertniki, kosiarki i żniwiarki. W 1948 roku ruszyła produkcja żniwiarek „Przodownica”. Ze stu maszyn miesięcznie wkrótce zrobiono kilkaset. Ściany starych hal i park maszynowy mówiły jednak jasno: więcej się tu nie zmieści.

Od licencji do własnej konstrukcji

Rok 1953 przyniósł decyzję o rozbudowie i o samobieżnym kombajnie zbożowym. Fabryka dostała imię Marcelego Nowotki. Przy Otolińskiej 25 zaczęły rosnąć nowe hale. Odlewnia i stolarnia jeszcze długo zostawały przy Królewieckiej, ale środek ciężkości miasta przemysłowego przesuwał się na południe, tam, gdzie później stanął cały kombinat maszyn żniwnych.

Pierwsze kombajny wzorowano na konstrukcjach radzieckich. Potem przyszła Vistula. Przez niemal dwie dekady była królową polskich pól: głośna, zawodna w szczegółach, ale rozpoznawalna. Z płockiej taśmy zjechało ich dziewiętnaście tysięcy. Jeździły nie tylko po PGR-ach. Trafiały do Włoch, Francji, Wenezueli, Hiszpanii, Grecji, Syrii i Maroka. Na Kubę poszło dwieście trzydzieści maszyn przystosowanych do ryżu. Pod koniec lat sześćdziesiątych Vistula zaczęła jednak odstawać od plonów, które rosły z hektara. Mówiono już o wygaszaniu produkcji kombajnów w Polsce i o powrocie do importu ze Wschodu.

Lata 1965–1966 były dla zakładu złe. Pojawiły się perturbacje jakościowe, reklamacje, niepewność. Załoga i nowa organizacja pracy wyciągnęły fabrykę z dołu. Od 1967 roku dawano na kombajny dwuletnią gwarancję. Koszt tej gwarancji, liczony na jedną maszynę, spadł z około trzynastu tysięcy złotych do około dziewięciuset w 1970 roku. To była zmiana, którą rolnik czuł w kieszeni i w polu.

Równolegle, od 1966 roku, rozwijano eksport – i to nie tylko do krajów sojuszniczych. Maszyny z Płocka szły na rynki kapitalistyczne. Na przełomie 1970 i 1971 roku zamknięto ten rozdział wysyłką trzystu sztuk do Brazylii. Sto lat po tym, jak Sarna sprowadzał wialnie z Gdańska, płocki kombajn płynął przez ocean, żeby kosić zboże na półkuli, o której założyciel warsztatu przy Więziennej mógł tylko czytać w gazetach.

Bizon, który zdjął Vistulę z taśmy

Prace nad nową maszyną zaczęły się w 1968 roku, częściowo w cieniu oficjalnych planów. Zespół konstruktorów, którego twarzą był główny konstruktor zakładu doświadczalnego Bolesław Rostowski, złożył prototyp oznaczony później jako KZS-3. Obok niego pracował Tadeusz Michalski, dyrektor zakładu doświadczalnego. 10 marca 1970 roku Rada Ministrów podjęła uchwałę o uruchomieniu produkcji. Maszyna dostała nazwę Bizon – od ciężkiej, niskiej sylwetki, która na polu przypominała zwierzę, nie ciągnik z nadbudówką.

Bizon kosił, młócił i czyścił od czterech do sześciu ton ziarna w godzinie. To było trzykrotnie więcej niż Vistula. Dawał ziarno niemal bez zanieczyszczeń, bo mechanizmy młóciły dokładniej, a straty spadały. Użytkownicy mówili o konstrukcji oryginalnej, nie o kolejnej kopii. W 1971 roku rolnictwo dostało czterysta siedemdziesiąt nowych kombajnów, z czego sto czterdzieści pojechało wprost na żniwa. Egzamin polowy uznano za zdany. We wrześniu, pierwszego dnia miesiąca, z taśmy zjechała ostatnia Vistula z numerem dziewiętnaście tysięcy. Na jej miejsce wjechał Bizon.

Na placu przed wydziałem montażu ustawiono wkrótce kilka wersji: z kabiną, z urządzeniem do szarpania słomy, do workowania, do zbioru kukurydzy, z podbieraczem pokosów. Fabryka, która przez trzy ćwierci wieku robiła pługi, kieraty i kosiarki, w jednym sezonie pokazała, że umie myśleć serią, niepojedynczą maszyną. Plan na 1972 rok mówił o tysiącu ośmiuset sztukach, na 1973 o dwóch tysiącach dwustu, na koniec pięciolatki o trzech i pół tysiąca kombajnów i o częściach zamiennych, bez których żadna żniwna armia nie jedzie w pole.

W tle tej produkcji działy się rzeczy mniej widowiskowe, a równie ważne. Wewnętrzne szkolenie kursowe i przyzakładowy zespół szkół zawodowych z technikum szykowały kadrę do obróbki wiórowej, cieplnej i lakierniczej. Powstało zaplecze narzędziowe i remontowe. Jakość przestała być hasłem z akademii. Stała się kosztem gwarancji i warunkiem eksportu.

Część tej samej załogi, zanim wróciła do hal przy Otolińskiej, budowała rurociąg „Przyjaźń” i pierwsze obiekty płockiej petrochemii. Metalowiec z FMŻ umiał przenieść się z kombajnu na rurę i z powrotem. Płock lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych rósł dwoma oddechami naraz: ropą i żniwami. Fabryka maszyn żniwnych była starsza. Petrochemia była głośniejsza. Oba zakłady zmieniły miasto, które jeszcze pokolenie wcześniej kończyło się na skarpie i na rynku.

Statek do Santos i znaczek na liście

Trzysta maszyn wysłanych do Brazylii na przełomie 1970 i 1971 roku nie było kaprysem handlu zagranicznego. Było sprawdzianem, czy płocki kombajn wytrzyma inny klimat, inny agrotechniczny rytm i innego odbiorcę niż polski PGR. Eksport na rynki dewizowe dawał zakładowi to, czego plan centralny nie umiał zapewnić od ręki: walutę na importowane podzespoły i argument, że konstrukcja Rostowskiego nie jest tylko wypełnieniem limitu.

W kraju Bizon dopiero wchodził na pola. Za granicą musiał bronić się sam, bez partyjnej akademii i bez amfiteatru nad Wisłą. To, że maszyna z Płocka w ogóle znalazła się w Brazylii, mówiło więcej o ambicji zakładu niż tom uchwał. Sto lat wcześniej Sarna sprowadzał techniki z Gdańska i Poznania. Teraz Płock odsyłał technikę na południowy Atlantyk.

Jubileusz 1971 roku dobił tę opowieść pieczęcią. Ministerstwo Łączności wydało barwną kartę pocztową w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy, z rysunkiem Bizona i napisem „1870–1970 – 100-lecie przemysłu maszyn rolniczych w Płocku”. W grudniu tego samego roku Bizon trafił na znaczek pocztowy. Po uznaniu rolników przyszło uznanie filatelistów. Wybito też medal: na awersie maszyna i nazwa fabryki, na rewersie sto lat przemysłu. Projektowały je Zofia Samusik-Zaremba i Stanisław Makuliński, ci sami, którzy oprawiali jubileuszowe druki i proporczyki.

Za tymi gadżetami stała rzecz poważniejsza. Płock po raz pierwszy od dekad mógł powiedzieć, że nie tylko montuje cudzy pomysł. Ma własną szkołę konstrukcji zbioru zbóż.

Ludzie z hal, których nie było na znaczku

Historia fabryki lubi dyrektorów i premierów. Zostają po nich wpisy do księgi pamiątkowej i zdjęcia na tle sześciu wersji Bizona. Zostają też nazwiska mniej głośne, bez których taśma stoi.

Wacław Pokorski, mistrz w narzędziowni, pracował w zakładzie od 1929 roku. Widział Sarnów, okupację, komitet robotniczy i pierwsze kombajny. Władysław Kowalski, kontroler, przyszedł w 1939. Franciszek Goc i Konstanty Moderacki trzymali się hal od 1945. Jan Grabowski, ślusarz narzędziowy, i Józef Fusik, ustawiacz maszyn, dostali w 1971 roku Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski razem z dyrektorem Czesławem Stygarem i Tadeuszem Michalskim. Leopold Grębosz, dyrektor do spraw produkcji bieżącej, Wacław Wojciechowski, zastępca do spraw technicznych – to już kadra, która miała dowieźć trzy i pół tysiąca maszyn w 1975 roku.

Obok nich stali malarze, formierze, mistrzowie wydziałów, konstruktorzy z szesnastoletnim stażem, inspektorzy bhp. Ich biografie nie mieszczą się na medalu. Mieszczą się w tym, że Bizon z numerem fabrycznym 41, rocznik 1971, w 2026 roku wciąż wyjeżdża do żniw. Właściciel mówi, że silnika nie rozbierano od dekad. Niektóre części są jeszcze włoskie, z kooperacji tamtych lat. Maszyna, która miała być nowoczesnością jednej pięciolatki, przeżyła ustrój, PGR-y i samą markę.

Ciekawostki i kontekst

Płocki przemysł maszyn rolniczych przez pierwsze siedemdziesiąt pięć lat rósł wolno. Powód był prosty i ekonomiczny: na wsi było dość rąk, a mechanizacja nie opłacała się tak, jak opłacała się później, gdy brakowało ludzi do kosy. Dopiero powojenne upaństwowienie, plany zbioru i presja na plon z hektara zmieniły popyt. Dlatego Vistula i Bizon nie są przedłużeniem warsztatu Sarny w linii prostej. Są skokiem, którego XIX-wieczny Płock nie mógł zrobić, bo nie miał ani rynku, ani państwa, które kupowałoby tysiące maszyn naraz.

Izydor Sarna, stażysta McCormicka, jest w tej historii mostem rzadko opowiadanym. Zanim Płock w latach siedemdziesiątych XX wieku eksportował Bizona, już na początku stulecia syn założyciela oglądał amerykańską fabrykę, która stworzyła nowoczesne żniwa. Koło domknęło się sto lat później, gdy New Holland – spadkobierca innej amerykańsko-europejskiej tradycji maszyn rolniczych – wszedł do płockich hal. Dziś przy Otolińskiej 25 pracuje CNH Industrial. Kombajny znów wyjeżdżają z Płocka w świat. Nazwa na masce jest inna. Zawód został ten sam.

Warto pamiętać o skali liczb, które w 1971 roku brzmiały jak plan, a dziś jak epoka. W pierwszym ćwierćwieczu po wojnie zakład oddał rolnictwu trzysta dwadzieścia tysięcy sztuk sprzętu różnego rodzaju. Samych Vistul – dziewiętnaście tysięcy. Bizonów, przez całe lata produkcji aż do 2004 roku, powstało około siedemdziesięciu tysięcy. W szczytowych sezonach ośmiu dziesiątych z płockiej taśmy schodziło po kilka tysięcy maszyn rocznie. W 1989 roku jeszcze prawie sześć tysięcy. W 1993 – już tylko sto dziewięćdziesiąt pięć. Upadek PGR-ów obciął głównego odbiorcę. Rolnik indywidualny brał używany sprzęt. Fabryka, która umiała wysłać trzysta kombajnów do Brazylii, nie umiała przez kilka lat znaleźć tysięcy klientów we własnym kraju.

Została jeszcze jedna, cichsza nitka. Część kadry FMŻ budowała petrochemię i wracała. Płock dostał przez to podwójną tożsamość przemysłową. Jedna pachniała benzyną. Druga – kurzem zboża i farbą lakierni. Ta druga jest starsza o niemal sto lat.

Znaczenie historyczne

Od warsztatu Sarny do Bizona droga nie była marszem postępu. Była ciągiem zerwań: zmiana właściciela, wojna, upaństwowienie, licencja, własna konstrukcja, eksport, kryzys transformacji, przejęcie przez koncern. A jednak w Płocku od 1870 roku ktoś nieprzerwanie robi maszyny dla pola. To zdanie, powtarzane przy jubileuszach, jest prawie prawdziwe. Prawie – bo okupacyjna hala pracowała dla innego wojska, a po 1998 roku marka Bizon zniknęła z maski. Ciągłość leży raczej w miejscu, w zawodzie i w pamięci załóg niż w szyldzie.

Dla miasta ta ciągłość znaczyła więcej niż jedna fabryka. Metalowcy z Sienkiewicza i z Otolińskiej tworzyli trzon robotniczego Płocka, zanim powstał kombinat petrochemiczny. Ze związku zawodowego z 1916 roku, ze strajków, z konspiracji i z powojennego komitetu wyrosła część powojennej elity administracyjnej. Ze szkół przyzakładowych – kadra, która potem potrafiła obsłużyć zarówno kombajn, jak i instalację chemiczną.

Dla polskiego rolnictwa znaczenie było dosłowne. Bez płockich kosiarek, żniwiarek, Vistul i Bizonów mechaniczny zbiór zbóż w PRL wyglądałby inaczej: albo drożej, albo bardziej radziecko, albo wcale. Bizon nie był maszyną doskonałą. Był maszyną, którą dało się wyprodukować w kraju, naprawić w POM-ie i wyeksportować tam, gdzie ktoś płacił dewizami. Trzysta sztuk w Brazylii na przełomie 1970 i 1971 roku jest w tej opowieści symbolem, nie statystyką. Pokazuje moment, w którym płocki warsztat – po stu latach, dwóch wojnach i jednej rewolucji własności – wyszedł poza Wisłę i poza blok.

W 2026 roku od założenia fabryki Sarny minęło sto pięćdziesiąt sześć lat. Od wysyłki tamtych trzystu maszyn do Brazylii – pięćdziesiąt pięć. Na polach wciąż spotyka się żółto-czerwone pudła z Płocka, które przeżyły swoich pierwszych właścicieli. Nowe kombajny wyjeżdżają z tych samych okolic Otolińskiej pod inną marką. Historia, która zaczęła się od stu rubli i wialni z Gdańska, nie skończyła się wraz z jubileuszowym znaczkiem. Skończyła się tylko jedna nazwa. Zawód został w mieście.