Na początku 1977 roku do Polski dotarła wiadomość, która brzmiała jak pomyłka w adresie. Profesor szkoły muzycznej we Frankfurcie nad Menem, Walther Lipphardt, odnalazł w Monachium kodeks i nazwał go rytuałem katedry gnieźnieńskiej z początku XIV wieku. Z tej księgi przedrukował dwa obrzędy wielkanocne: złożenie krzyża w Grobowiec w Wielki Piątek i nawiedzenie Grobu o świcie Wielkiej Soboty. Dla historyka dramatu liturgicznego był to łup naukowy. Dla Płocka — gdy tylko ktoś zestawił te zdania z dawnymi wypisami — był to głos własnej katedry, mówiący z obcej półki.
Julian Lewański, który od lat składał polskie średniowieczne dramaty liturgiczne, położył tekst Lipphardta obok tego, co sam znał z Płocka. Nie potrzebował do tego podróży. Potrzebował pamięci ksiąg, które przed wojną leżały w bibliotece seminaryjnej, a po wojnie uchodziły za spalone, zatopione albo rozproszone bez śladu. Porównanie nie zostawiło złudzeń. To nie był kodeks gnieźnieński. To był Pontyfikał Płocki.
Lewański zawiadomił Bibliotekę Seminarium Duchownego w Płocku i przekazał sygnaturę. CLM 28938. Bayerische Staatsbibliothek. Rytuał z pontyfikałem. Pergamin. Dwieście jedenaście kart. Ozdobne inicjały. W katalogu bawarskim: pochodzenie cysterskie, początek XIV wieku, nabyty 28 maja 1973 roku na aukcji Hartung i Karl za sześć tysięcy dwieście marek. W katalogu aukcyjnym: pochodzenie niemieckie.
Niemieckie. Cystersi. Gniezno. XIV wiek. Każde z tych słów było prawie prawdziwe i całkiem fałszywe. Prawdziwy był pergamin. Fałszywe było imię miasta.
Księga, która umarła w raporcie, a żyła w magazynie
Po wojnie uznano cały księgozbiór seminaryjny za zaginiony. Z biblioteki, która przed 1939 rokiem liczyła dziesiątki tysięcy tomów, nie ocalała — jak pisano — ani jedna pozycja. Dział rękopisów stracił około stu siedemdziesięciu kodeksów z XI–XVI wieku. Pontyfikał Płocki, znany wcześniej jako Liber Plocensis ecclesiae cathedralis, noszący w Płocku sygnatury C. 63, a potem Mspł. 29, zniknął wraz z nimi.
Zniknięcie było jednak niepełne. Zanim wywieziono księgę do Królewca, zdążono zrobić z niej odciski. W archiwum Muzeum Diecezjalnego leżały negatywy kart. Władysław Abraham, Antoni Julian Nowowiejski i Józef Michalak zdążyli przed wojną przepisać z niej fragmenty: obrzędy małżeństwa, rezurekcję, święcenia. Te wypisy, suche jak fiszki, okazały się mocniejsze niż aukcyjny opis. Można z nich było poznać oddech zdania, układ rubryki, miejsce, w którym tekst się załamuje. Można było powiedzieć: to ta sama ręka.
We wrześniu 1977 roku sprowadzono mikrofilm. Ksiądz Antoni Podleś, wtedy proboszcz w Białej pod Płockiem, odczytał go stroną po stronie. Porównał z negatywami i z przedwojennymi wypisami. Identyfikacja nie była przeczuciem. Była zestawieniem. CLM 28938 to Mspł. 29. Kodeks, który katalog nazywał niemieckim rytuałem z XIV wieku, zaczynał się tak, jak zaczynał się w Płocku: „Incipit ordo ad examinandum electum episcopum”. Początek obrzędu badania elekta na biskupa. Ta sama brama tekstu.
W czerwcu 1978 roku Podleś pojechał do Monachium. Biblioteka bawarska udostępniła kodeks. Pracownik dr Dieter Kudorfer pomógł zdobyć fotokopię katalogu aukcyjnego, zdjęcia barwne i wyniki badań palimpsestu oraz śladów pieczęci. Księga leżała na pulpicie jak ktoś, kogo dawno pochowano, a on wciąż miał na sobie własne ubranie.
Trzy karty, których miało nie być
Kodeks jest niekompletny o trzy karty początkowe, tak zwane ochronne. Ktoś je wydarł, zanim wystawił księgę na sprzedaż. Pierwsza była najpewniej czysta. Na drugiej wypisano tytuł „Agenda”. Na trzeciej, na verso, znajdowała się notatka z rozporządzeniem biskupa poznańskiego Andrzeja — tekst, który od zaginięcia ustrzegł Wojciech Kętrzyński, bo zdążył go dawniej ogłosić.
Wydarcie trzech kart to nie przypadek bibliofila, który chce mieć ładniejszy brzeg. To gest człowieka, który wie, że początek kodeksu bywa metryką. Tytuł „Agenda”, notatka z obcego biskupstwa, ślady pieczęci u dołu kart 86 i 196 — to wszystko mogło zdradzić drogę księgi. Pieczęcie wydrapano. Karty ochronne oderwano. Oprawę zostawiono, bo oprawa milczy, jeśli zedrzeć z niej to, co mówi.
Drogi z Królewca na aukcję Hartung i Karl nie da się dziś wytyczyć linijką. W katalogu biblioteki bawarskiej hasło „Hartung i Karl” wraca wielokrotnie. Najbardziej prawdopodobna wersja jest prosta i nieprzyjemna. Ktoś z otoczenia królewieckich zbiorów, znając wartość kodeksu, zabrał go, gdy front zbliżał się do miasta. Przechowywał do 1973 roku. Gdy poczuł się bezpieczny, wystawił go na sprzedaż. Cena wywoławcza wynosiła pięć tysięcy marek. Zapłacono sześć tysięcy dwieście. Biblioteka bawarska kupiła go w dobrej wierze jako niemiecki rękopis cysterski. Dobrej wiary nie zmienia fakt, że trzy karty już wtedy nie wróciły.
W 1975 roku kodeks konserwowano. Zszyto rozluźniony grzbiet. Sosnowe okładki o grubości dziesięciu milimetrów obciągnięto na nowo brązową skórą, bez ozdób, z metalową klamrą. Dodano dwie papierowe karty ochronne. Księga wyglądała na zadbaną. Wyglądała na cudzą.
Co zostało, gdy oderwano początek
Blok liczy dziś dwieście jedenaście kart. Wymiary: dwieście siedemdziesiąt na sto osiemdziesiąt pięć milimetrów. Pergamin typu północnego, wyprawiony jednakowo po obu stronach, przystosowany do zapisu dwustronnego. Składki ułożone w quaterniony, zaopatrzone w reklamanty. Karty numerowano ołówkiem później. Kodeks nosi potrójną foliację. Najstarsza, w górnym rogu prawej strony, istniała już wtedy, gdy księga leżała w Płocku — znał ją Abraham. Najnowsza, na dole tej samej strony, doszła najpewniej u obecnego posiadacza.
Tekst właściwy pisany jest minuskułą romańską i kończy się na karcie 205. W tekście wraca notacja muzyczna typu sangalleńskiego. Pismo, nuty i iluminacja — inicjały, bez miniatur — mają staranność kogoś, kto nie spieszy się byle jak. Późniejsze dopiski na ostatnich kartach nie należą do pierwotnej zawartości. Pontyfikał sam w sobie nie został ucięty. Oderwano przedsionek. Nawa została.
Na karcie 211 stoi napis, którego nie udało się zedrzeć razem z trzema kartami z przodu: „Liber ecclesie plocensis”. Księga kościoła płockiego. Imię Płocka wraca także przy święceniach duchownych. Tam jest palimpsest. Ręka, która go naniosła, nie jest odległa od ręki pisarza kodeksu. Laboratorium bawarskie na prośbę Podlesia prześwietliło to miejsce promieniami ultrafioletowymi. Pierwotnego tekstu nie odczytano. Wystarczyło jednak to, co widać gołym okiem. Płock nie był dopiskiem bibliotekarza z XIX wieku. Płock był w księdze, gdy księga jeszcze służyła ołtarzowi.
To właśnie ten napis rozstrzyga spór, którego Lipphardt nie zamierzał toczyć. Gniezno pojawiło się w jego opisie, bo przysięga elekta w tekście kieruje posłuszeństwo ku świętemu Kościołowi gnieźnieńskiemu i świętemu Wojciechowi. Badacz dramatu wielkanocnego zobaczył metropolię. Nie zobaczył, że metropolia może być adresatem przysięgi biskupa płockiego. Kodeks napisany dla Polski nie musi być kodeksem napisanym w Gnieźnie. Może być kodeksem, w którym Płock przysięga Gnieznu — i podpisuje się na końcu własnym imieniem.
Frankfurt czyta Wielkanoc, Płock czyta siebie
Lipphardt nie kradł księgi. Czytał ją. W tomie „Lateinische Osterfeiern und Osterspiele” ogłosił depositio crucis i visitatio sepulchri jako świadectwo katedry gnieźnieńskiej. Dla historii europejskiego dramatu liturgicznego był to kolejny punkt na mapie. Dla historii Płocka był to moment, w którym mapa sama się sprostowała.
Lewański znał polskie warianty tych obrzędów. Wiedział, jak brzmi płocka rezurekcja w dawnych odpisach. Gdy ujrzał tekst ogłoszony jako gnieźnieński, usłyszał katedrę nad Wisłą. Nie musiał zgadywać z oprawy. Wystarczyło zdanie, powtórzone w tym samym porządku, z tą samą rubryką, z nutą, która w Płocku była już dawniej zanotowana.
Takie rozpoznanie ma w sobie coś z pracy detektywa i coś z pracy organisty. Detektyw zestawia ślady. Organista poznaje kościół po akustyce. Pontyfikał Płocki miał akustykę płocką nawet wtedy, gdy leżał w Monachium pod numerem, który nic o Płocku nie mówił.
W 1977 roku biskup płocki Bogdan Sikorski napisał do biblioteki bawarskiej o zwrot. Odpowiedź była odmowna. W podobnej sprawie francuski rękopis wywieziony przez Niemców wrócił po pięciu latach negocjacji do Sens. Płock miał czekać znacznie dłużej. Identyfikacja nie otworzyła od razu drzwi magazynu. Otworzyła spór o imię. A imię było już na karcie 211.
Ciekawostki i kontekst
Katalog aukcyjny z 28 maja 1973 roku opisuje kodeks tak, jakby chciał mu odebrać biografię. Rytuał z pontyfikałem. Łacina. Pergamin. Niemcy. Początek XIV wieku. Numer 133. Akt 73/5954. Ani słowa o Płocku. Ani słowa o Królewcu. Ani słowa o seminarium. Księga wchodzi do obiegu jako obiekt bez dzieciństwa.
Tymczasem w Płocku dzieciństwo tej księgi było zapisane nie tylko na pergaminie. Było zapisane w sygnaturach, w fotografii, w cytatach Nowowiejskiego o rezurekcji, w analizach Abrahama dotyczących małżeństwa w prawie polskim, w podręczniku liturgiki Michalaka. Wojna zabrała oryginał. Nie zabrała wszystkich odpisów. To rzadki przypadek, gdy fiszka okazuje się silniejsza od złodzieja.
Potrójna foliacja kodeksu jest jak trzy warstwy kurzu na tym samym stole. Najstarsza mówi: byłam w Płocku. Środkowa liczy karty po drodze. Najnowsza pieczętuje pobyt w Monachium. Badacz, który otwiera księgę, widzi więc nie tylko XII wiek. Widzi też XX wiek, który próbował tę księgę przepisać na nowo.
Palimpsest przy święceniach jest osobną historią w historii. Ktoś, bliski czasowo pisarzowi, wpisał tam Płock, potem tekst zdarto albo zamazano, potem znów widać miasto. Laboratorium nie odzyskało warstwy spod spodu. Zostawiło jednak świadectwo, że Płock w tej księdze był problemem już dla kogoś, kto trzymał ją w ręku setki lat przed Dieschem i przed aukcją. Imiona miast na marginesach liturgii rzadko bywają ozdobą. Bywają pieczęcią własności.
Lipphardt pracował we Frankfurcie. Lewański — nad polskim dramatem liturgicznym. Podleś — w parafii w Białej, z mikrofilmem i z uporem człowieka, który wie, że jedna sygnatura może zwrócić miastu stulecia. W 1980 roku obronił na KUL-u rozprawę o pontyfikale. Recenzentami byli Aleksander Gieysztor i Marian Zahajkiewicz. Księga, której nie wolno było wywieźć z Monachium do Płocka, wróciła przynajmniej jako tekst opisany, zmierzony, rozpoznany.
Znaczenie historyczne
Rozpoznanie z lat 1977–1978 nie oddało jeszcze Płockowi pergaminu. Oddało mu prawdę o pergaminie. W dziejach strat wojennych to osobny rodzaj zwycięstwa: najpierw trzeba wiedzieć, co się straciło, i umieć to wskazać palcem na obcej półce. Bez Lewańskiego kodeks mógłby jeszcze długo uchodzić za rytuał Gniezna. Bez mikrofilmu i negatywów z Muzeum Diecezjalnego wskazanie palcem byłoby tylko pretensją. Z nimi stało się dowodem.
Dla historii kultury polskiej ta identyfikacja znaczy więcej niż anegdota o pomyłce katalogu. Pokazuje, jak cienka jest granica między metropolią a diecezją w średniowiecznym tekście — i jak łatwo nowożytny czytelnik, nawet uczony, idzie za pierwszym większym imieniem. Gniezno jest w przysiędze. Płock jest w podpisie. Kto czyta tylko przysięgę, oddaje księgę stolicy. Kto dojdzie do ostatniej karty, oddaje ją miastu nad Wisłą.
Dla Płocka rok 1977 jest datą niemal równie ważną jak wiosna 1941 i kwiecień 2015. W 1941 księgę zabrano. W 2015 oddano. W 1977 nazwano ją z powrotem po imieniu. Bez tego imienia zwrot byłby gestem wobec anonimowego obiektu. Z tym imieniem stał się zwrotem rzeczy, która „woła do pana”, jak mówiono o rzeczy skradzionej.
W 2026 roku mija czterdzieści dziewięć lat od chwili, gdy wiadomość z Frankfurtu i Monachium dotarła nad Wisłę. Pontyfikał leży już z powrotem w Płocku. Trzech kart ochronnych nie ma. Pieczęci nie ma. Fałszywego gnieźnieńskiego adresu też już nie ma. Został napis na karcie 211, minuskuła, nuty sangalleńskie i opowieść o tym, że złodziej umie urwać początek księgi, ale nie zawsze umie urwać jej ostatnie zdanie.
Liber ecclesie plocensis. Wystarczyło tyle.