Płock na przełomie wieków XIX i XX wyglądał jak wiele prowincjonalnych miast Królestwa Polskiego pod zaborem rosyjskim. Nad Wisłą wznosiła się katedra – dostojna, biała, nasiąknięta historią tysiąca lat. Jej mury pamiętały koronacje, bitwy i chwile chwały Mazowsza. Wnętrze jednak pozostawało surowe. Ściany, choć pokryte patyną wieków, były puste. Nagrobki, epitafia i ołtarze różnych stylów rozrzucone niesymetrycznie tworzyły bogaty, lecz chaotyczny pejzaż. Nikt dotąd nie odważył się tchnąć w to wnętrze koloru i ruchu.
W 1900 roku, podczas kolejnej restauracji, kapituła płocka poczuła powiew nowej epoki. Secesja ogarnęła Europę głodem linii, barwy i ornamentu. Społeczeństwo pragnęło, by puste ściany świątyni ożyły. Ogłoszono konkurs na polichromię. Pierwszy nie przyniósł arcydzieł. Kapituła zaprosiła więc trzech uznanych artystów: Józefa Bałłę z Wiednia, Tadeusza Popiela ze Lwowa i Józefa Mehoffera z Krakowa. Ten ostatni wydawał się oczywistym faworytem.
Młody geniusz wkracza do płockiej katedry
Mehoffer miał wtedy zaledwie trzydzieści kilka lat, ale już był gwiazdą. W 1895 roku wygrał międzynarodowy konkurs na witraże do katedry we Fryburgu w Szwajcarii. Spośród czterdziestu siedmiu projektów nadesłanych z całej Europy jego prace oceniono najwyżej. Międzynarodowe jury zachwyciło się intensywnością koloru, dynamicznym rysunkiem i niezwykłą zdolnością wzruszania widza. Artysta nie kopiował tradycji – tworzył własną, nowoczesną wizję.
W Płocku 1 grudnia 1901 roku sąd konkursowy zasiadł do oceny. Zgłosiły się tylko dwie prace. Projekt Mehoffera przyjęto z entuzjazmem. Artysta zrozumiał wnętrze katedry jak mało kto. Zamiast walczyć z architekturą, wszedł w jej rytm. Proponował malarską dekorację pełną soczystych barw, giętkiej secesyjnej stylizacji i bogatej ornamentyki. W prezbiterium Matka Boska w glorii, pochód czcicieli na tle różanego ogrodu, aniołowie zrywający się do lotu. W nawie – tryptyki scen biblijnych oplatające kościół poziomą linią. Reszta ścian tonęła w kwiatach, roślinach, ptakach i symbolach Apokalipsy – wszystko w nowoczesnej interpretacji renesansowych motywów, tak bliskich tradycjom płockiej katedry.
Projekt był jaskrawy, dynamiczny i jednocześnie subtelny. Biła z niego młoda siła talentu. Kapituła była zachwycona. Mehoffer poszedł dalej. Zaproponował także witraże – elementy, które miały stworzyć spójny nastrój wnętrza. Kapituła zgodziła się. Artysta otrzymał nawet zaliczkę i zabrał się do pracy.
Burza nad Wawelem – zwiastun katastrofy
W tym samym czasie Mehoffer pracował nad polichromią w katedrze wawelskiej – w kaplicy Szarańców i skarbcu. Jego styl był śmiały, ekspresyjny, pełen dynamiki. Nie wszystkim się to podobało. Hrabia Karol Lanckoroński, wpływowy mecenas sztuki, wystąpił publicznie z ostrą krytyką. Pytał, czy silna indywidualność artysty nie zdominuje dostojnego wnętrza, czy nie ucierpi pietyzm i szacunek dla tradycji. Mehoffer odpowiedział broszurą „Uwagi o sztuce”. Bronił prawa artysty do osobowości. Pisał z goryczą: czy do zabytkowych wnętrz należy dopuszczać tylko poślednie talenty, pozbawione indywidualności?
Burza przetoczyła się przez prasę krakowską. Głosy za i przeciw. A kapituła płocka, która wcześniej z entuzjazmem przyjęła projekt, zaczęła mieć wątpliwości. List biskupa Apolinarego Szembeka do kanonika Nowowiejskiego z 11 lutego 1902 roku jest dokumentem dramatycznym. Biskup, analizując fragmenty wawelskich prac Mehoffera, pisał z sarkazmem:
„...ta trójka w szynelach czy chałatach szpitalnych, środkowy odkrywający swe piersi — dlaczego, na co, i kto to taki? Wszystkie łby rozszczepane i płomienie z nich wyłażą... A ta panna smutna na dole? Po mieczu ognistym, skrzydłach, aureoli można by sądzić, że to św. Michał, ale czupryna babska i róg myśliwski na brzuchu... Jeżeli w taki sposób upstrzymy naszą katedrę, to zasłużymy, aby nas także na sklepieniu z rozłupanymi głowami uwieczniono!”
Nastrój zmienił się diametralnie. Z zachwytu nad projektem płockim kapituła przeszła do głębokiej nieufności.
Misja do Włoch i gorzka rozmowa w Krakowie
Kanonik Nowowiejski, wcześniej przychylny Mehofferowi, otrzymał zadanie. Razem z architektem Szyllerem wyruszył do Włoch – studiować „spokojne malowidła” w Ara Coeli, Apartamento Borgia, Santa Maria sopra Minerva. Instrukcje były jasne: uspokoić nerwy porwane szałem polichromii.
Po drodze zatrzymali się w Krakowie. Rozmowa z Mehofferem nie była łatwa. Artysta, dotknięty krytyką Lanckorońskiego i nagłą zmianą nastawienia kapituły, czuł się upokorzony. Czekał na gest zaufania. Gest nie nadszedł. Mehoffer nie podjął dalszej korespondencji. Kapituła również milczała.
Wkrótce polichromię i witraże powierzono młodemu, nieznanemu jeszcze Władysławowi Drapiewskiemu. Prace rozpoczął w 1904 roku. Ukończył je dopiero po pierwszej wojnie światowej – po powrocie z syberyjskiego zesłania. Mehoffer nigdy nie ozdobił płockiej katedry.
Dramat artysty i kapituły – tło epoki
Konflikt Mehoffera z kapitułą płocką nie był przypadkowy. Był odbiciem głębszych napięć przełomu wieków. Secesja przyniosła powiew wolności artystycznej, ale w sakralnych wnętrzach spotykała się z silnym konserwatyzmem. W Krakowie, Lwowie, Warszawie toczyły się podobne spory. Mehoffer reprezentował nowe pokolenie – ambitne, pewne siebie, wierzące, że sztuka ma prawo do indywidualności. Kapituła płocka, dbając o „godność i stan” tysiącletniej świątyni, widziała w jego projekcie zagrożenie dla tradycji.
Biskup Szembek w swoim liście nie był jedynie złośliwy. Wyrażał obawę, że katedra – „poważna matrona” – stanie się „starą kokietką urozowaną i wybieloną”. Dla duchownych z prowincji Królestwa Polskiego, gdzie każda manifestacja polskości była na wagę złota, ryzyko wydawało się zbyt duże.
Ciekawostki i kontekst epoki
Projekt polichromii Mehoffera przetrwał. Oryginał znajduje się w zbiorach syna artysty w Krakowie. Wielki karton jednego z aniołów ze sklepienia – w odcieniach czerwieni, złota i szafiru – przechowywany jest w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Anioł ten, z dłońmi złożonymi do modlitwy, stał się ikoną stylu Mehoffera. Reprodukcje boczników z Wieliczki spopularyzowały go w całej Polsce.
Wystawa monograficzna Mehoffera w Krakowie w 1964 roku przypomniała o niespełnionym projekcie płockim. Dziś, z perspektywy ponad stu dwudziestu lat, widzimy, jak wiele straciło Mazowsze. Gdyby polichromia powstała, katedra płocka byłaby dziś jednym z najpiękniejszych przykładów polskiej secesji sakralnej.
Warto dodać, że Mehoffer nie był jedynym artystą, który zderzył się z kapitułą. Podobne napięcia towarzyszyły wielu projektom na początku XX wieku. Secesja w sztuce kościelnej była rzadkością – dominował historyzm i akademizm. Mehoffer przyniósł powiew świeżości, ale zapłacił za to wysoką cenę.
Znaczenie historyczne
Spór Mehoffera z kapitułą płocką to nie tylko historia jednego niespełnionego projektu. To symboliczny moment w dziejach polskiej kultury na początku XX wieku. Pokazuje, jak tradycja i nowoczesność ścierały się nie tylko w wielkich centrach artystycznych, ale także na prowincji. Dla Płocka oznaczał utratę szansy na wyjątkowe wnętrze, które mogłoby stać się dumą miasta i regionu.
Dziś, gdy spacerujemy po płockim wzgórzu katedralnym, warto zatrzymać się i wyobrazić sobie te anioły o pawich skrzydłach, pochody świętych i morze koloru. Wizja, która prawie stała się rzeczywistością, przypomina, że największe dzieła sztuki często rodzą się w konflikcie marzenia z rzeczywistością. Mehoffer przegrał bitwę, ale wygrał wojnę – jego miejsce w historii polskiej sztuki jest niepodważalne. Kapituła płocka, chroniąc tradycję, zapłaciła cenę w postaci utraconych możliwości.
W 2026 roku, 125 lat po dramatycznym konkursie, wracamy do tej historii z nową perspektywą. Przypomina nam, że sztuka nie jest tylko ozdobą – jest polem walki idei, temperamentów i czasów. I że czasem największa wartość tkwi właśnie w tym, co nigdy nie zostało zrealizowane.
Mehoffer kontra kapituła. Sztuka kontra tradycja. W sercu Mazowsza rozegrał się jeden z najbardziej fascynujących dramatów artystycznych początku XX wieku – dramat, którego echo brzmi do dziś.