Warszawa skapitulowała. Przez dwa krwawe dni, 6 i 7 września 1831 roku, wojska Iwana Paskiewicza wdzierały się w bramy stolicy, a gdy ucichły działa, powstańcze wojsko nie złożyło broni. Odeszło na Pragę. Za armią ruszyły sejm i rząd. Za nimi — tłum uchodźców, którzy nie chcieli czekać na łaskę cara.

Z Pragi na ziemię województwa płockiego popłynęła rzeka ludzi. Ponad trzydzieści trzy tysiące żołnierzy i cywilny orszak, którego nikt już nie liczył dokładnie. Najpierw Zakroczym. Potem, gdy Rosjanie zaczęli się posuwać ku Modlinowi, jedyna droga wiodła w górę Wisły. 20 września sejm opuścił refektarz zakroczymskich kapucynów. 21 września, przed wieczorem, wjechał do Płocka.

Miasto liczyło wówczas około dziewięciu tysięcy mieszkańców. Klasycystyczny ratusz Jakuba Kubickiego, wzniesiony zaledwie kilka lat wcześniej na północno-zachodniej pierzei Starego Rynku, nie miał jeszcze wieżyczki, którą dodano mu później. Był gmach nowy, surowy, jeszcze bez pamiątkowych tablic. Przez pięć wrześniowych dni to właśnie on — i cukiernie, i bruk rynku, i kwatery po domach — miał stać się ostatnią siedzibą państwa, które formalnie wciąż istniało.

Maurycy Mochnacki, jeszcze w Zakroczymiu, napisał w „Gazecie Narodowej” zdanie, które miało pocieszyć tych, co właśnie stracili stolicę: „Gdzie przenocujemy, tam będzie stolica Polski!”. W Płocku te słowa przestały być metaforą. Stały się rozkładem dnia.

Miasto, które nie było przygotowane na stolicę

Płock września 1831 roku nie przypominał Warszawy sprzed szturmu. Był gubernialnym miastem nad skarpą, z katedrą na wzgórzu, z rynkiem, na którym handlowano i plotkowano, z wąskimi ulicami schodzącymi ku Wiśle. Nagle wcisnęła się w nie armia całego powstania. Oddziały stały w Słupnie, w Borowiczkach, po folwarkach i wsiach w promieniu kilku mil. W mieście kwaterowali posłowie, senatorowie, urzędnicy Rządu Narodowego, działacze Towarzystwa Patriotycznego, poeci, publicyści, oficerowie bez pułków i pułkownicy bez pewności, czy jutro ktoś jeszcze wyda rozkaz.

Bywalcy warszawskiej „Honoratki” zasiedli teraz w płockich cukierniach. Na ulicach słychać było spory, które w stolicy toczono szeptem albo wrzaskiem na wiecach. Klubiści, kaliszanie, posłowie z Litwy, Ukrainy, Podola i Wołynia — ci ostatni, przyjęci do sejmu już w czasie wojny, stanowili grupę najbardziej nieustępliwą — mieszali się z oficerami, którzy widzieli Wole i Olszynkę, i z tymi, którzy od kilku tygodni myśleli już tylko o tym, jak przejść granicę, zanim Paskiewicz zamknie korytarz.

Joachim Lelewel, historyk, poseł, niedawny członek Rządu Narodowego i prezes Towarzystwa Patriotycznego, nie tracił czasu na sentymenty. W Zakroczymiu zorganizował tajny komitet. W Płocku komitet ów rozdzielał tak zwane patenty zakroczymskie: dokumenty, które miały zapewnić polskim działaczom postępowym pomoc organizacji demokratycznych na zachodzie Europy. Był to już nie plan zwycięstwa, lecz plan ocalenia ludzi i ciągłości sprawy.

Obok niego krążył Mochnacki — „płomienny trybun rewolucji i ludu warszawskiego”, jak zapamiętano go w mieście, które znało go dotąd z prasy i z opowieści. Był tu także Józef Bohdan Zaleski, poseł z Ziem Wschodnich, poeta zwany później Słowikiem Ukrainy, współredaktor radykalnej „Nowej Polski”. Dwudziestego piątego września, jeszcze w Płocku, otrzyma krzyż Virtuti Militari za Dobrem, Stanisławów i Grochów. Na razie chodził po tym samym bruku co wszyscy, czekając, czy sejm odważy się powiedzieć „nie” generałom.

Słupno, godziny poranne

Dwudziestego trzeciego września, zanim Płock zdążył się obudzić na serio, we wsi Słupno zebrało się czterdziestu wyższych dowódców. Przewodniczył naczelny wódz, generał Maciej Rybiński. Na stole leżało powtórne ultimatum Paskiewicza: bezwarunkowa kapitulacja, zdanie się na łaskę cara. Układy zerwano wcześniej, bo strona polska odrzuciła już raz to samo żądanie. Teraz feldmarszałek ponawiał je, wiedząc, że Warszawa padła, a armia polska stoi ściśnięta nad Wisłą, z Prusami za plecami i z Rosjanami na piętach.

Dyskusja była burzliwa. Gdy przyszło do głosowania, za dalszym prowadzeniem wojny opowiedziało się tylko siedmiu generałów i jeden pułkownik. Wśród siódemki byli Józef Bem i Jan Nepomucen Umiński. Reszta — większość rady — głosowała za kapitulacją.

Wiadomość spadła na Płock jak drugi upadek Warszawy. Wzburzenie objęło sejm, rząd, kwatery wojskowe i ulicę. Dla jednych Słupno było gestem realizmu: nie ma już czym bić się o honor. Dla drugich było zdradą honoru, którego właśnie nie wolno było oddać, skoro oddano już stolicę.

Bonawentura Niemojowski, prezes Rządu Narodowego, kaliszanin, człowiek, który po 15 sierpnia i po 8 września dźwigał resztki władzy cywilnej, napisał do sejmu pismo z prośbą o dymisję. Uzasadnienie było gorzkie i precyzyjne. Nie godził się z uchwałą rady wojennej. Zarazem przyznawał, że „nie ma sposobu ratowania honoru wojska”.

Sala na pierwszym piętrze

O godzinie jedenastej przed południem w sali na pierwszym piętrze ratusza zebrały się Izby połączone. Z pięćdziesięciu czterech senatorów stawiło się dwóch. Ze stu pięćdziesięciu posłów i deputowanych — czterdziestu jeden. Do ważności obrad potrzeba było trzydziestu trzech osób. Komplet ledwo zebrano.

Po kapitulacji Warszawy wielu posłów i senatorów rozjechało się w różne strony. Najliczniej odeszli konserwatyści. W przerzedzonej izbie wzrósł więc udział kaliszan, radykałów i posłów wschodnich. Ton nadawali ci, którzy jeszcze wierzyli, że państwo powstańcze nie kończy się wraz z utratą stolicy.

Obradom przewodniczył prezydujący w senacie wojewoda Antoni Ostrowski. Obok niego siedział brat, Władysław Ostrowski, marszałek sejmu — ten sam, który wraz z Antonim należał do inicjatorów detronizacji Mikołaja I jako króla Polski. W sali byli Lelewel, Zaleski, poeta Kantorbery Tymowski, literaci Ksawery Godebski i Eugeniusz Breza, pisarz i wydawca Aleksander Jełowicki, prawnik Jan Olrych Szaniecki, margrabia Aleksander Wielopolski, publicysta Walenty Zwierkowski.

Z dziesięciu przedstawicieli województwa płockiego przyszło trzech: poseł ostrołęcki Stanisław Barzykowski, poseł przasnyski Wincenty Chełmicki i deputowany z samego Płocka, Ignacy Dembowski. Barzykowski nie był tu gościem z zewnątrz. Noc 29 listopada 1830 roku zastała go właśnie w Płocku. Potem, już jako minister i poseł, bił się w szeregach 11. pułku piechoty województwa płockiego pod Wawrem, Grochowem i Iganiami. Srebrny krzyż Virtuti Militari nosił nie z nadania salonowego.

Sejm przyjął dymisję Niemojowskiego. Wezwano Bema i Umińskiego. Obaj mówili jednym głosem: większość wyższych dowódców nie chce walczyć dalej. Tych należy zostawić na prawym brzegu Wisły. Reszta wojska, pod nowym wodzem, nie przerywając działań, powinna szybko pomaszerować w Krakowskie.

Plan był śmiały i logiczny. Most, który saperzy zbudowali w pobliżu Płocka, już służył. Generał Henryk Dembiński przeszedł nim ze swoim korpusem na lewy brzeg i działał po tamtej stronie rzeki. Gdyby główna armia poszła jego śladem, powstanie mogło szukać powietrza na południu, w stronę zasobów Kieleckiego i Kaliskiego, zamiast dać się zamknąć między Wisłą a kordonem pruskim.

Sejm postanowił połączyć w jednym ręku funkcję naczelnego wodza i prezesa rządu. Sytuacja była zbyt groźna, by dzielić władzę. Kandydatów zostało dwóch: Bem i Umiński. Dembińskiego nie było w sali — był za rzeką.

„Dajcie nam wodza”

Na rynku, pod oknami pierwszego piętra, stał tłum. Wojskowi i cywile. Oficerowie z różnych jednostek wołali ku sali sejmowej: „Dajcie nam wodza, co by nas do boju prowadził!”

W sali wybrano Umińskiego. Bema, mimo talentu artylerzysty i sławy spod Igań, Ostrołęki i obrony Warszawy, pominięto z powodu jego związków z obozem księcia Adama Czartoryskiego. Wybór miał logikę polityczną i brakowało mu logiki wojennej. Umiński był dowódcą raczej przeciętnym i nie miał w wojsku tej popularności, jakiej wymagała godzina, w której żołnierz przestaje słuchać pieczęci, a zaczyna słuchać głosu z własnego pułku.

Gdy Umiński wszedł na salę, sejm powstał. Bracia Ostrowscy przekazali mu władzę „w tak czułych wyrazach, że się posłowie popłakali”. Generał przyjął tylko buławę naczelną. Prezydentury rządu nie wziął. Sejm oddał ją z powrotem Niemojowskiemu.

Uczczony owacją oficerów na rynku, nowy wódz pojechał do wojska, które stało między Słupnem a Borowiczkami. Część jazdy powitała go entuzjazmem. Piechota — inaczej. Oficerowie wyłonili pięćdziesięcioosobową delegację i oświadczyli wysłannikom sejmu, że Umińskiego za wodza nie uznają. Wśród szeregowych puszczono wieść, że wybrały go tylko „krzykacze — klubiści”.

Umiński zrozumiał, że jego nominacja może skończyć się rozlewem krwi we własnym obozie. Późnym wieczorem 23 września złożył władzę na ręce Niemojowskiego. Tego samego dnia, w ratuszu, marszałek Władysław Ostrowski zamknął obrady tradycyjną formułą: „Tymczasem sesja solwuje się”.

Sesja nie miała już dalszego ciągu. 23 września 1831 roku sejm polski w dobie zaborów obradował po raz ostatni.

Noc, która nie przyniosła wodza

Niemojowski natychmiast odesłał pismo do Rybińskiego. Przywracał mu naczelne dowództwo. Wieść rozeszła się po mieście. Na ulicach i placach zbierały się grupy, które głośno dawały wyraz niezadowoleniu. Nachodzono Dembińskiego, który zdążył już wrócić zza Wisły, i błagano, by sam ogłosił się wodzem. Oświadczył, że tego nie uczyni, chyba że Rybiński złoży władzę dobrowolnie.

Pojawiły się pogłoski, że klubiści chcą wywołać w Płocku rozruchy. Rybiński wysłał do miasta pułk piechoty pod pułkownikiem Feliksem Breańskim. Do gwałtowniejszych wystąpień nie doszło. Został niesmak, zmęczenie i świadomość, że cywilna władza powstańcza potrafi jeszcze mówić, ale coraz słabiej potrafi rozkazywać armii.

Dembiński, Bem, Umiński, Rybiński — cztery nazwiska, cztery koncepcje ostatniej kampanii. Jeden chciał iść na południe. Drugi umiał bić się armatami do końca. Trzeci przyjął buławę na kilka godzin. Czwarty, popierany przez większość generałów, ciągnął wojsko ku granicy, licząc, że honor żołnierza da się jeszcze odróżnić od kapitulacji politycznej.

Odejście stolicy

25 września sejm i rząd opuściły Płock. Ubezpieczały je cztery szwadrony jazdy. Droga wiodła przez Sierpc, Rypin i Osiek, ku kordonowi pruskiemu. Granicę władze cywilne przekroczyły 26 września.

Zanim to nastąpiło, Niemojowski wydał odezwę. Zastrzegał, że gdyby naczelny wódz podpisał kapitulację, nie będzie ona miała aprobaty cywilnych władz państwowych. To nie był gest pusty. 28 września w Szpetalu Górnym koło Włocławka rada wojenna rozpatrywała kolejne, jeszcze brutalniejsze ultimatum Paskiewicza. Tym razem za bezwarunkową kapitulacją opowiedziało się tylko pięciu uczestników narady. Ultimatum odrzucono. Wojsko pociągnęło ku granicy i przeszło ją 5 października.

Płock przestał być stolicą tak samo nagle, jak nią został. Zostały po tym ślady w pamiętnikach, w diariuszu sejmowym i w pamięci miasta, które przez pięć dni gościło cały aparat państwa powstańczego: izby, rząd, sztaby, poetów, historyków i żołnierzy, którzy jeszcze wczoraj bronili Warszawy.

Ciekawostki i kontekst

Wśród tych, którzy 23 września siedzieli w płockiej sali, byli ludzie, których biografie rozjadą się potem po całej Europie i — w jednym wypadku — po Bliskim Wschodzie.

Józef Bem, odrzucony przez sejm jako kandydat na wodza, stanie się później „ojczulkiem” powstańczej armii węgierskiej, obrońcą rewolucyjnego Wiednia, a w końcu oficerem armii tureckiej. Umrze w Aleppo. W XX wieku jego prochy wrócą do Tarnowa. W Płocku był jednym z nielicznych generałów, którzy rankiem w Słupnie powiedzieli: walczyć dalej.

Jan Nepomucen Umiński nosił za sobą Kościuszkę, wojny napoleońskie i pruski wyrok twierdzy, z której zbiegł do Królestwa w 1831 roku. Buławę trzymał krócej niż trwa jeden marsz z ratusza do Słupna. Po powstaniu Prusacy skazali zaocznie na śmierć szereg oficerów — obywateli pruskich. Nazwiska, z Umińskim na czele, przybito do szubienicy na poznańskim placu. Polacy ozdabiali ją kwiatami.

Antoni Ostrowski, który przewodniczył obradom, był ziemianinem o liberalnej wyobraźni gospodarczej. Założył Tomaszów Mazowiecki i Kompanię Fabryczno-Handlową Tomaszowską. W powstaniu dowodził Gwardią Narodową. Na emigracji odciął się od obozu arystokratycznego w Paryżu i dążył do wznowienia sejmu „solwowanego w Płocku”.

Lelewel wyjdzie z Płocka ku granicy i dalej, do Brukseli i Paryża. Będzie usiłował spiąć rozbitą emigrację. Zostawi po sobie nie tylko politykę. Zajmował się Mazowszem i Płockiem wcześniej, nim tu przyjechał z resztką izb: pisał o księgach ustaw polskich i mazowieckich, o skarbie wykopanym pod Płockiem w Trzebuniu, o romańskich drzwiach katedry płockiej. W 1831 roku nie przyjechał jednak jako antykwariusz. Przyjechał jako poseł państwa, które właśnie traciło grunt pod nogami.

Bohdan Zaleski po latach zostanie zapamiętany jako współtwórca ukraińskiej szkoły poetów. We wrześniu 1831 był przede wszystkim posłem wschodnim i żołnierzem. Płock dał mu Virtuti Militari w momencie, gdy państwo, które ten krzyż nadawało, pakowało już pieczęcie do kufra.

Na emigracji próbowano uznać Płock za początek, nie za koniec. W Paryżu posłowie i senatorowie z trudem zebrali komplet trzydziestu trzech osób, wymagany do ważności obrad. Reprezentowali wszystkie województwa powstańczego sejmu z wyjątkiem augustowskiego. Województwo płockie mieli Barzykowski i Chełmicki. Aleksander Jełowicki zanotował argument zwolenników wznowienia: „jesteśmy kontynuacją sejmu w Płocku zalimitowanego”. Przeciwnicy odpowiadali, że rząd francuski na taki sejm się nie zgodzi. Lelewel odparł: „Jak nas rozpędzą, to pójdziemy gdzie indziej, a jak nas z Europy wyłonią, to na okręcie będziemy protestować!” Zebrania z lat 1832–1835 nie zyskały jednak urzędowego charakteru. Zablokowała je konserwatywna mniejszość.

W Płocku została inna pamiątka, bardziej lokalna. Ratusz, który w 1831 roku był jeszcze młody, z czasem obrosły tablice. Miasto uznało salę na piętrze za Salę Sejmową. Dla płocczan pięć wrześniowych dni przestały być epizodem przemarszu armii. Stały się argumentem, że historia Polski zawracała tu nie tylko w średniowieczu, przy katedrze i przy książętach mazowieckich, ale także w dziewiętnastym wieku, gdy państwo powstańcze szukało ostatniego adresu.

Znaczenie historyczne

Płock nie wygrał powstania. Nie mógł. Ale we wrześniu 1831 roku zrobił coś, czego nie zrobiło już żadne inne miasto Królestwa: przyjął sejm i rząd po utracie Warszawy i pozwolił im jeszcze raz przemówić jako władza, nie jako komitet uchodźców.

To rozróżnienie miało wagę. Gdyby izby milczały po Słupnie, kapitulacja generałów stałaby się jedynym głosem Polski. Sejm, choć przerzedzony, choć obradujący w obcym ratuszu, choć bez wojska, które byłoby mu posłuszne do końca, powiedział coś innego. Odrzucił logikę bezwarunkowego poddania. Spróbował zmienić wodza. Zostawił zastrzeżenie, że podpis generała nie jest podpisem państwa. To zastrzeżenie wróciło jak echo w Szpetalu, gdy rada wojenna drugi raz odrzuciła ultimatum.

Dla Płocka te pięć dni znaczyły jeszcze coś prostszego i bardziej trwałego. Małe miasto nad Wisłą, które w Kongresówce było siedzibą województwa, a nie centrum wielkiej polityki, nagle poczuło ciężar stolicy. Na rynku słychać było nie jarmark, lecz żądanie wodza. W cukierniach nie plotkowano o gubernatorze, lecz o tym, czy iść za Bemem, czy za Umińskim, czy już tylko pakować rodziny na drogę do Prus.

Zdanie Mochnackiego — „Gdzie przenocujemy, tam będzie stolica Polski” — bywa czytane jako pocieszenie. W Płocku okazało się też definicją. Stolica powstańcza nie była już gmachem, fortifikacją ani tradycją. Była miejscem, w którym jeszcze zbiera się sejm, jeszcze pieczętuje się pisma rządu i jeszcze ktoś ośmiela się płakać, gdy bracia Ostrowscy przekazują władzę człowiekowi, od którego oczekują cudu.

Cud nie nastąpił. Nastąpiła emigracja, Wielka Emigracja, spory Hotelu Lambert i Towarzystwa Demokratycznego, książki pisane w Paryżu i Brukseli, wyroki śmierci wydawane zaocznie, szubienice, które ozdabiano kwiatami. Ale linia, którą ciągnie się od Nocy Listopadowej do październikowego przejścia granicy, przechodzi przez płocki bruk. Bez tych pięciu dni sejm powstańczy kończyłby się w Zakroczymiu albo w chaosie Pragi. Z nimi kończy się w Płocku — i to właśnie Płock zostaje w pamięci jako ostatni adres Królestwa, które nie chciało umrzeć w Warszawie.

Minęło sto dziewięćdziesiąt pięć lat. Ratusz stoi. Rynek jest ten sam, choć inny. Formuła „tymczasem sesja solwuje się” brzmi dziś jak zdanie z innego języka. A jednak pytanie, które 23 września 1831 roku krzyczano pod oknami, nie zdezaktualizowało się całkiem: kto ma prowadzić, gdy państwo traci stolicę, a wojsko — pewność. Płock odpowiedział wtedy nie zwycięstwem, lecz gościną. Przez pięć dni dał Polsce dach. Tego dachu nie da się już zdjąć z historii miasta.