Nominacja wyglądała jak awans. 21 lutego 1802 roku Ernst Theodor Amadeus Hoffmann, dotychczas asesor w Poznaniu, został radcą regencji i sędzią w Płocku. Papier był uprzejmy. Intencja – nie.
Kilka tygodni wcześniej, w karnawale, rysunki asesora obiegły salony. Na kartkach poznawalni byli pruscy dygnitarze i oficerowie. Śledztwo wśród sędziów umorzono, ale wojsko nie darowało. Zamiast Berlina, o którym marzył, dostał miasto nad Wisłą, liczące wówczas około dwóch i pół tysiąca mieszkańców, stolicę nowej pruskiej prowincji, którą urzędnicy Rzeszy nazywali Südpreußen albo Neuostpreußen, a on sam – jednym słowem: Exil.
Dwieście dwadzieścia pięć lat później, w rocznicę tej nominacji, warto odczytać płockie lata Hoffmanna nie jako przypis do biografii geniusza, tylko jako rozdział, bez którego nie byłoby ani sonat pisanych przy rynku, ani późniejszego lęku przed lalką, która udaje człowieka.
Karnawał, który skończył się Wisłą
W Poznaniu Hoffmann dopiero zaczynał układać sobie życie podwójne. Za dnia urzędnik. Po godzinach rysownik, kompozytor, bywalec redut. 26 lipca 1802 roku, już po wyroku przeniesienia, ożenił się w poznańskim kościele Bożego Ciała z Marią Teklą Michaliną Rohrer, z domu Trzcińską, córką pisarza magistrackiego. Nazywał ją Mischą, Misią, „bardzo kochaną żoneczką”. To ona pojechała z nim do Płocka w sierpniu.
Miasto, które zastali, nie było jeszcze gubernialnym Płockiem Królestwa Kongresowego. Od trzeciego rozbioru leżało w zaborze pruskim. Na Wzgórzu Tumskim stała katedra. Na rynku – zajezdne domy, z których Oberża Berlińska, Hotel de Berlin, trzymała pierwszeństwo, jak notował później Wincenty Hipolit Gawarecki. Tam Hoffmannowie wynajęli mieszkanie. Pamięć miasta związała ten adres z kamienicą na Starym Rynku, którą dziś oprowadza się jako Dom Darmstadt.
Hoffmann nie udawał zachwytu. Płock wydał mu się żywcem pogrzebany. Pisał o błocie, o prowincji odciętej od sal koncertowych i bibliotek, o sobie tonącym obok „obdartych wieśniaków” – tak siebie samego narysował w jednej z autokarykatur zesłania. 25 stycznia 1803 roku zwierzał się przyjacielowi Theodorowi Gottliebowi Hipplowi, że musiałby tu zdesperować, gdyby nie żona, która osładza mu gorycze, jakimi nie przestają go napawać.
Gorycz była konkretna. Pensja spóźniała się albo nie przychodziła. Małżonkowie żyli z pomocy krewnych. On pracował „jak koń juczny”, jak sam się porównał jesienią 1803 roku. Prezydent rejencji von Bayer, człowiek surowy, wystawił mu jednak świadectwo urzędnika wykształconego, użytecznego i prowadzącego przyzwoity żywot. Zesłanie nie roz verdziło sędziego. Rozdarło artystę.
Fortepian w oknie i organy u norbertanek
Płock nie miał konserwatorium. Miał uszy.
Wieczorami Hoffmann siadał do fortepianu w mieszkaniu przy rynku i nie zamykał okien. Z bruku zbierały się grupki. Słyszano sonaty, pieśni i tenor, który później biografowie nazwali głębokim i ładnym. To nie był koncert w dzisiejszym sensie. To była prowincja, która pierwszy raz od dawna dostawała muzykę nie z jarmarcznej kapeli i nie z chorału, tylko z rąk człowieka, który w Królewcu uczył się u organisty Christiana Podbielskiego – Polaka, zapamiętanego potem jako pierwowzór mądrego mistrza Abrahama w „Kocie Mruczysławie”.
W okazałym klasztorze norbertanek grywał na organach podczas nabożeństw. Dla kościoła płockiego pisał msze i nieszpory. W mieszkaniu ćwiczył technikę kompozytorską, z miejscowymi amatorami składał kwartety smyczkowe, kopiował malowidła z waz etruskich ze zbioru Hamiltona, malował portrety i – rzecz niebezpiecznie zgodna z jego poznańską przeszłością – rysował karykatury „płockiej publiczności”.
W dzienniku, który zaczął prowadzić 1 października 1803 roku, zapisał decyzję, od której zależy reszta tej biografii. Pytał siebie, czy urodził się malarzem, czy muzykiem. Malarstwo odsunął, bo namiętność do farb mogłaby strawć go od środka jak ogień grecki. Muzykę wybrał na towarzyszkę i pocieszycielkę „cierńistego, kamienistego szlaku”. W Płocku Hoffmann przestał być urzędnikiem, który po godzinach coś skrobie. Został kompozytorem, który urzęduje, żeby mieć za co żyć.
Nad sonatami pracował uparcie. Sonata As-dur, którą tu składał, miała przeleżeć w rękopisie sto dwadzieścia lat. Sonata A-dur, jedyne większe dzieło wydane za jego życia, ukazała się dopiero w 1805 roku w warszawskiej antologii Józefa Elsnera „Wybór pięknych Dzieł Muzycznych i Pieśni Polskich”. Płock dał warsztat. Warszawa dała druk. Między jednym a drugim leżały dwa lata okna wychodzącego na rynek.
W lutym i marcu 1804 roku, już w przededniu wyjazdu, notował plany śpiewogier: „Renegat”, „Faustyna”. Mszę na wielką orkiestrę zaczął nad Wisłą, a dokończył w Warszawie. Nie był jeszcze autorem „Ondyny”. Był człowiekiem, który w zesłaniu uczył się słuchać samego siebie.
List mnicha, automat i pierwsze „nie” romantyzmu
Literatura przyszła do Płocka ciszej niż muzyka, ale przyszła.
W 1803 roku dostał numer pisma „Der Freimütige”. Wydrukowano tam po raz pierwszy jego utwór: „Pismo zakonnika z klasztoru do przyjaciela w stolicy”. To jeszcze nie „Piaskun” i nie „Kota Mruczysława”. To próba głosu. W tym samym piśmie ogłoszono konkurs na sztukę. Hoffmann posłał komedię „Der Preis” – „Nagroda” – o konkursie na napisanie sztuki. Spośród czternastu prac żadna nie dostała stu fryderyków d’or. Jego wyróżniono. W prowincjonalnym Płocku było to jedno z nielicznych światłych zdarzeń roku, w którym umierali mu bliscy: stryj w Berlinie, ciotka Zofia, dawna ukochana Dora Hatt w Królewcu.
2 października 1803 roku, w dzienniku prowadzonym już nad Wisłą, pojawia się myśl, której światowa sława Hoffmanna nie da się oddzielić od Płocka. Zapisuje marzenie o zbudowaniu ludzkiego automatu. Później, w opowiadaniu „Automaty” i w „Piaskunie”, obróci ten pomysł przeciwko sobie. Lalka Olimpia, doktor Coppelius, okulary, które każą kochać mechanizm zamiast człowieka – to literatura Bambergu i Berlina. Ziarno leży w płockim notesie.
Dlatego trzeba ostrożnie słuchać ładnej legendy, że Léo Delibes, komponując w 1870 roku balet „Coppélia”, po prostu „przeniósł” akcję na Wzgórze Tumskie. Oryginalne libretto Charles’a Nuittera i Arthura Saint-Léona umieszcza historię w małym nadgranicznym miasteczku galicyjskim. Źródłem jest hoffmannowski „Piaskun”, nie przewodnik po Płocku. Co innego zrobiły późniejsze polskie inscenizacje: świadomie wstawiły Coppeliusa między katedrę a skarpę, bo wiedziały, że autor lalki mieszkał tu dwa lata i że automat przyśnił mu się właśnie tutaj. Fedorowiczowska pamięć miasta, która widzi Tumskie już w antrakcie baletu, nie jest więc fałszem libretta. Jest wiernością biografii.
10 grudnia 1803 roku pisał z Płocka do Hippla, że chwyci za laskę pielgrzyma i powędruje do Italii. Włochy zostały marzeniem. Zostawiły jednak w nim to, co romantyzm zrobi z prowincji: nie pocztówkę, tylko ciśnienie. Miasto małe, urząd duszny, rzeka wielka, żona przy stole, szydełkująca czapeczkę, i mężczyzna, który nocą przestaje być radcą.
W Płocku pojawiają się też pierwsze „przeczucia śmierci” i motyw sobowtóra. Dzień należy do akt i pieczęci. Noc – do pięciolinii i tuszu. Ta szczelina, której Prusacy nie planowali, gdy karali karykaturzystę, stanie się później metodą całego romantyzmu europejskiego.
Klimat, którego nie było w urzędzie
Czy Płock „sprzyjał” Hoffmannowi, jak chcą lokalne opracowania? Tak i nie.
Nie sprzyjał jako stolica kultury. Nie było tu premier operowych, które w 1778 roku święciła Warszawa. Nie było jeszcze Teatru Miejskiego – ten otworzą płocczanie dopiero w 1812 roku, w dawnym kościele św. Trójcy, po tym jak Prusacy zamienili świątynię na magazyn, a po ich odejściu budynek został pusty. Hoffmann tego teatru nie zobaczy. Nie usłyszy też „Wolnego Strzelca” Webera, którego przejezdna trupa da w Płocku w 1825 roku, rok przed Warszawą.
Sprzyjał inaczej. Dawał ciszę, która boli, i publiczność, która słucha spod okna. Dawał kościół, w którym wolno było usiąść do organów. Dawał rzekę i wzgórze, których nie da się pomylić z żadną inną prowincją. Dawał żonę Polkę i miasto, które nie było Berlinem, więc nie wymagało, by artysta od razu był kimś.
W liście z 25 stycznia 1803 roku słychać obie te prawdy naraz. Zesłanie jest do zniesienia tylko dlatego, że ktoś szydełkuje obok. Romantyzm Hoffmanna nie urodził się z krajobrazu. Urodził się z tarcia: urząd kontra fortepian, niemczyzna akt kontra polska mowa żony, chęć ucieczki do Italii kontra codzienny trakt przez Tumskie.
Wiosną 1804 roku Hippel wyjednał przeniesienie. Nie do Berlina, o którym Hoffmann szeptał od miesięcy. Do Warszawy, wówczas „stolicy Prus Południowych”. Zabrał Misię i małą Matyldę Gottwald, siostrzenicę żony, którą małżonkowie przyjęli pod dach po tym, jak ojciec dziewczynki, przyjaciel z poznańskich lat, oskarżony o nieuczciwość, zniknął. Płock został za plecami. Nie wyszedł z biografii.
Warszawa, Ondyna i cień zamku Konrada
W Warszawie Hoffmann wszedł w towarzystwo, którego Płock nie mógł mu dać. Józef Elsner. Julius Eduard Hitzig. Towarzystwo Muzyczne, którego został drugim przewodniczącym. Msza d-moll, symfonia Es-dur, śpiewogry. 3 sierpnia 1806 roku w Warszawie wykonano jego symfonię na urodziny Fryderyka Wilhelma III.
Spotkał też Zachariasza Wernera, poetę, który urzędował w Płocku wcześniej, w latach 1794–1796, i który Płock polubił. Akcję dramatu „Das Kreuz an der Ostsee” – „Krzyż nad Bałtykiem”, znanego też jako „Noc poślubna” – Werner położył na zamku Konrada Mazowieckiego i na wiślanej wyspie pod miastem. Hoffmann napisał do tej sztuki muzykę. Zanim jeszcze świat usłyszał „Ondynę”, Płock wrócił do niego jako libretto: zamek, rzeka, oblężenie z XIII wieku, pogańscy Prusowie pod skarpą. Historia zatoczyła łuk, którego on sam nie projektował. Karny radca dostał od kolegi po piórze miasto, które uważał za grób, i zamienił je w partyturę.
„Ondyna”, wystawiona w 1816 roku, zostanie nazwana pierwszą operą romantyczną. „Piaskun” da Coppeliusa Offenbachowi i Delibesowi. „Dziadek do orzechów” – Czajkowskiemu. Nic z tego nie powstało przy płockim rynku. Wszystko jednak nosi temperaturę tamtych nocy: lalka piękniejsza od człowieka, muzyka silniejsza od urzędu, sobowtór, którego nie da się zesłać dalej niż do własnego mieszkania.
Gdy w 1807 roku, po wkroczeniu Napoleona, Hoffmann musiał opuścić Warszawę, pisał o Polsce jak o latach szczęśliwych. Zdanie to bywa cytowane zbyt gładko. Szczęście zaczęło się dopiero po Płocku. Płock był postem. Warszawa była karnawałem, którego poznański karnawał mu odmówił.
Ciekawostki i kontekst
Hoffmann nie był pierwszym Niemcem, którego Płock zapamiętał z katedry i z rynku. Był pierwszym, którego Płock zapamiętał jako kogoś, kto z rynku zrobił Europę.
Dom, w którym mieszkał, zmienił właścicieli. Marianna i Piotr Jędrzejewiczowie sprzedali Hotel Berliński Stanisławowi Wolskiemu. Potem kamienica przechodziła z rąk do rąk, aż pamięć o lokatorze wróciła tablicą i nazwą. Nie każdy przyjezdny radca dostaje adres w przewodniku. Ten dostał, bo płocczanie usłyszeli go, zanim usłyszał go świat.
W Płocku, według części biografów, miał urodzić się syn Wilhelm i umrzeć jako niemowlę. Inni milczą. W listach pewniejsza jest inna scena: żona szydełkuje czapeczkę dla dziecka. Nawet jeśli metryka nie rozstrzyga, zdanie zostaje. Exil nie był bezdomny. Był ciasny.
Nauczyciel z Królewca, Podbielski, i żona z Poznania, Trzcińska, spinają płocki rozdział klamrą polskości, której sam Hoffmann nie afiszował. Nie został polskim kompozytorem. Został niemieckim romantykiem, który dwa lata oddychał polskim miastem i polskim domem. Elsner wydrukuje mu sonatę. Werner pożyczy mu zamek Konrada. Delibes, ożeniony z Polką, wstawi do „Coppélii” mazura. Żadnego z tych gestów nie zaplanowano w 1802 roku. Wszystkie są logiczne, gdy zna się adres na Starym Rynku.
W „Nowej Resursie” pił zbyt dużo „wina biskupiego”. Hitzig, przyjaciel i pierwszy biograf, nie ukrywał tych nocy. Płock nie uświęca Hoffmanna. Pokazuje go całego: sędziego, którego chwalił von Bayer, i bywalca, którego niszczyła szczelina między dniem a nocą.
Gdy w 1973 roku Igor Bełza mówił o Hoffmannie w Towarzystwie Naukowym Płockim, oprowadzano go po tym samym rynku i po tych samych murach. Zesłanie zdążyło stać się zabytkiem. To najdłuższy żart, jaki miasto zrobiło urzędnikowi, który nie chciał tu być.
Znaczenie historyczne
Płockie dwa lata Hoffmanna zmieniają trzy opowieści naraz.
Pierwsza dotyczy samego miasta. W podręcznikach romantyzmu Płock bywa nieobecny albo bywa anegdotą. Tymczasem to tutaj zapadła decyzja „muzyka, nie malarstwo”, tutaj ukazał się pierwszy drukowany tekst, tutaj zaczyna się dziennik, tutaj śni się automat. Bez tego rozdziału biografia skacze z poznańskiej reduty prosto do warszawskiego salonu i gubi miejsce, w którym artysta został zmuszony wybrać siebie.
Druga dotyczy muzyki. Hoffmann-pisarz zasłonił Hoffmanna-kompozytora. Płock przywraca proporcje. Msze i nieszpory dla tutejszego kościoła, organy u norbertanek, sonaty składane przy otwartym oknie, kwartety z amatorami – to nie „przygotowanie do literatury”. To praktyka człowieka, który później napisze, że muzyka jest najromantyczniejszą ze sztuk, bo jej temat to nieskończoność. Zanim to powiedział, ćwiczył to nad Wisłą.
Trzecia dotyczy Polski pod zaborem. Karykatura, za którą go zesłano, była buntem przeciwko pruskiej pysze w Poznaniu. Płock był karą. Z kary wyszedł język, którym Europa opowie lęk nowoczesności: że człowiek pokocha maszynę, że urząd pożre twarz, że sobowtór mieszka w tym samym ciele co radca. Nie trzeba robić z Hoffmanna polskiego patrioty. Wystarczy powiedzieć, że polskie miasto, polska żona i polski nauczyciel organów były warunkami, w których ten język się hartował.
21 lutego 2027 roku minie dwieście dwadzieścia pięć lat od nominacji, która miała go ukarać. Nominacja spełniła zadanie odwrotnie. Zamiast uciszyć rysownika, dała Europie kompozytora i narratora nocy. Płock, który był Exil, został pierwszym rozdziałem romantyzmu napisanym poza stolicami.
On chciał Italii. Dostał Tumskie. Okazało się, że to wystarczy.