W nocy z dziewiątego na dziesiątego marca 1526 roku w warszawskim zamku książęcym zamarł oddech ostatniego Piasta, który jeszcze rządził Mazowszem. Janusz III miał około dwudziestu czterech lat. Nie zostawił syna, nie zostawił żony, nie zostawił nawet jasnego rozkazu, co ma się stać z księstwem, które od trzech stuleci trzymało się na uboczu Korony, zawsze blisko niej, nigdy do końca w niej.
Wieść o tej śmierci pobiegła Wisłą szybciej niż posłańcy. W Płocku, który od trzydziestu jeden lat był już ziemią koronną, usłyszano ją jak echo własnej historii. Tutaj linia książęca urwała się w 1495 roku. Teraz urywała się reszta. To, co w podręcznikach zmieści się w jednym zdaniu o wygaśnięciu męskiego pnia Piastów mazowieckich, w ówczesnej Warszawie, Ciechanowie, Czersku i na płockim rynku brzmiało jak początek dramatu. Mówiono o truciźnie. Mówiono o zbrodni. Mówiono też, że Korona tylko na to czekała.
Pięćset lat później można spokojnie wyliczyć daty, sejmiki i przywileje. Trudniej oddać atmosferę tamtej wiosny: miasto, w którym trumna ostatniego księcia stała miesiącami, szlachtę, która jednego dnia przysięgała wierność siostrze zmarłego, a kilka miesięcy później królowi, i tłum, który żądał krwi, zanim ktokolwiek zdążył otworzyć ciało.
Księstwo, które zostało samo
Na początku XVI wieku z wielkiego, pociętego na skrawki Mazowsza została już tylko dzielnica warszawska. Resztę Korona zabierała kolejnymi aktami, zawsze wtedy, gdy w którejś linii gasło męskie potomstwo. W 1462 roku, po niemal jednoczesnej śmierci dwóch nastoletnich książąt rawskich — Jan Długosz nie wahał się napisać, że zostali otruci — ziemia rawska i sochaczewska weszły do Królestwa. W 1495 roku, po bezpotomnym zgonie czterdziestoletniego księcia płockiego, to samo stało się z Płockiem. Stolica nad Wisłą, która jeszcze niedawno była dworem własnych Piastów, obudziła się w województwie.
Warszawa trwała. Pod nazwą Księstwa Mazowieckiego rządziła tu jeszcze jedna gałąź rodu: synowie Konrada III Rudego i Anny Radziwiłłówny, Stanisław i Janusz. Matka, kobieta twardej ręki i radziwiłłowskiego instynktu, przez lata prowadziła regencję. Wymogła na królu Aleksandrze i sejmie prawo, by bracia mogli dziedziczyć po sobie nawzajem. Okupiła to zrzeczeniem się królewskich długów wobec dworu mazowieckiego i wpłatą setek tysięcy florenów do skarbu. Kupowała czas.
Czas skończył się szybko. Anna zmarła w 1522 roku. Stanisław — dwudziestoczteroletni, silny, przeznaczony nawet w projektach matrymonialnych na męża królewny Jadwigi — odszedł 8 sierpnia 1524. Janusz został sam. Zakazał w księstwie luteranizmu pod karą śmierci i konfiskaty. Zdążył jeszcze poczuć, że berło jest naprawdę jego. Dwa lata później berło leżało obok pustego łoża.
Dla Korony ta resztka Mazowsza nie była już peryferią. Po unii z Litwą i po odzyskaniu Pomorza Gdańskiego środek ciężkości Rzeczypospolitej przesunął się na północ. Księstwo leżało na drodze do Bałtyku, na styku z Prusami Albrechta Hohenzollerna, na szlaku, którym szły towary, wieści i wojska. Marszałek Piotr Kmita ujął to bez ogródek: księstwo mazowieckie niemałe jest i nie do pogardzenia, a w burzliwych czasach może królowi dodać korzyści i powagi. Słowa te nie były komplementem. Były rachunkiem.
Noc, po której nie było następcy
Janusz nie umarł w jednej chwili, jak od pchnięcia sztyletem. Choroba ciągnęła się tygodniami. Na początku marca 1526 roku, już słaby, zebrał możnych i oświadczył, że wszelkie dobra ma dziedziczyć siostra Anna. Skarbiec był pusty, więc gest miał więcej wagi symbolicznej niż materialnej. Czwarta marca — jeszcze dyktował zapis dla medyka, doktora Baltazara, sto sześćdziesiąt kop groszy za służbę. Umysł jasny, ciało gasnące. W nocy z dziewiątego na dziesiątego marca oddech ustał.
Pogrzebu nie było. Zgodnie z ceremoniałem dynastycznym czekano na następcę, który przejmie władzę i dopiero wtedy zamknie trumnę. Następcy nie było. Trumnę ustawiono w kolegiacie świętego Jana. Mówiono później, że przysypano ciało wapnem, bo miesiące stało w kościele, a wiosna w Warszawie nie oszczędza zmarłych. Siostra tłumaczyła, że nie ma za co pochować brata. To zdanie, prawdziwe czy nie, obiegło Mazowsze szybciej niż jakiekolwiek uniwersały.
W tym zawieszeniu, między śmiercią a pogrzebem, między księciem a królem, rodziła się plotka, która miała przetrwać pięć wieków.
Beatum scelus, czyli zbrodnia, która komuś wychodziła na dobre
Opinia mazowiecka nazwała okoliczności obu zgonów zbrodnią. Ze stanowiska polskiej racji stanu bywała to zbrodnia błogosławiona — beatum scelus. Ktoś musiał zyskać. Pytanie brzmiało: kto.
Najgłośniej padło nazwisko Katarzyny Radziejowskiej, wojewodzianki płockiej. Dama dworu księżnej matki, kobieta, której przypisywano miłość do obu braci i ambicję zostania księżną. Wersja krążyła w szczegółach, które dziś czyta się jak kartki z romansu z trucizną w tle: zawiedziona w uczuciu, odepchnięta od tytułu, miała najpierw usunąć matkę książąt, potem Stanisława, na końcu Janusza. W wątku o śmierci starszego brata pojawiał się dwór w Błoniu, starosta Piotr Jordanowski, zaufany Mrokowski i kapłon, do którego ktoś dodał to, czego nie powinno być w potrawie. W wątku o Januszu — obietnica Błonia, której książę nie dotrzymał, i kolejna dawka.
Na liście osób zamieszanych znalazł się też dostawca leków na dwór książęcy, Włoch Jan Alantsee, człowiek zaufany królowej Bony, syn aptekarza Kazimierza Jagiellończyka. To nazwisko Płocczanie zapamiętali na długo, bo po latach, gdy wrzawa ucichła, ten sam aptekarz wrócił nad Wisłę i zasiadł nawet w fotelu burmistrza Płocka. Wtedy jednak, w 1526 roku, musiał uchodzić z kraju pod ochroną listu żelaznego wystawionego przez Zygmunta Starego. Tłum nie czekał na edykt.
Bo tłum dostał swoją porcję sprawiedliwości. Śmierć Janusza przypłaciło życiem kilkunastu przypadkowych ludzi, straconych publicznie, by rozładować napięcie i zaspokoić żądzę imienia sprawcy. Jordanowskiego — jeśli wierzyć relacjom — torturowano i ścięto jeszcze za życia księcia, na zamku w Ciechanowie. Innych prowadzono na szafot, gdy ciało Janusza wciąż czekało na pogrzeb. Regularne dochodzenie, oparte na zeznaniach świadków i na sekcji przeprowadzonej przez lekarza królewskiego, miało przyjść dopiero dwa lata później. Wiosna 1526 roku rządziła się innym prawem: prawem pogłoski.
Nie wszyscy wierzyli w truciznę. Marcin Bielski, który znał dwór i obyczaj obu braci, kładł ich zgony na karb hulaszczego życia i opilstwa. Inni wracali do Długosza i do dziedzicznej w tej linii gruźlicy. Kłopot w tym, że na nagrobku w kolegiacie świętego Jana bracia leżą jako młodzieńcy o atletycznej budowie, w zbrojach, obejmujący się we śnie. Taka płyta niełatwo godzi się z obrazem suchotników. Jeszcze inny szczegół psuje czystą wersję o nagłym ukąszeniu trucizny: obaj książęta chorowali tygodniami, a nawet miesiącami. Ostra dawka arszeniku zwykle nie daje tak długiego wstępu.
Zasada „uczynił ten, komu się opłaca” prowadziła podejrzliwość ku Wawelowi. Królowa Bona, niepopularna wśród szlachty, obca, ambitna, miała własne plany dynastyczne. Mazowsze jako dziedziczne księstwo dla małego Zygmunta Augusta wyglądało w tej logice jak motyw. Okolicznością, którą ówcześni chętnie podnosili, był wpis w Metryce Koronnej: lekarz, aptekarz i kuchmistrz zmarłych książąt zostali hojnie wynagrodzeni, inni dworzanie — pominięci. Alibi bywało równie dwuznaczne. Pertraktacje o rękę królewny Jadwigi z posłem księcia mantuańskiego przerwano, bo dziewczynę przyrzeczono Januszowi. Po co truć kandydata na zięcia, skoro sam król wiązał z nim córkę?
Pięćset lat nie rozstrzygnęło tej kłótni. Rozstrzygnęło tylko tyle, że państwo nie mogło czekać, aż plotka ostygnie.
Król na Pomorzu, Warszawa w wrzeniu
Wiadomość o śmierci Janusza zastała Zygmunta Starego na Pomorzu. Uśmierzał tam zamieszki reformacyjne w miastach pruskich i zacieśniał ich związek z Koroną. Z Mazowsza szły wieści niepokojące. Wrzenie mogło przerodzić się w zbrojne wystąpienie. Niekoniecznie w obronie praw księżniczki Anny — praw, które kolejne postanowienia z lat 1462–1523 stanowczo wyłączały z dziedziczenia lenna w linii żeńskiej — ile w obronie samej odrębności księstwa.
Opowiadano, że w obawie przed wojną tłumy z rodzinami i dobytkiem szukają schronienia w sąsiednich województwach. Separatyści, podtrzymywani przez Annę, szukali oparcia u Albrechta pruskiego. Hohenzollern snuł plan małżeństwa między księżniczką a swoim bratem Wilhelmem. Na horyzoncie majaczyli też Habsburgowie z pretensjami, które nie miały podstaw, ale mogły umiędzynarodowić sprawę. W takiej chwili akt zjednoczenia wymagał ostrożności. Siła bez rozwagi mogła zamienić inkorporację w wojnę domową na przedpolu Prus.
Pod koniec kwietnia 1526 roku zebrał się w Warszawie sejm mazowiecki: rada książęca i posłowie ziemscy. Idea odrębności była droga przede wszystkim dygnitarzom. Utrata księstwa oznaczała dla nich utratę władzy, dostojeństw i dochodów. Szlachta zagrodowa, najuboższa, na zrównaniu z koroną mogła tylko zyskać. Właściwymi rzecznikami autonomii byli więc przedstawiciele kilkunastu możniejszych rodów: wojewoda mazowiecki Feliks Brzeski z Prawdziców, kasztelanowie Wawrzyniec Prażmowski, Jan Łoski, Aleksy Łubecki, Jan Kryski, Jan Oborski, Michał Zaliwski, a obok nich dostojnicy kościelni — Mikołaj Żukowski, kanclerz księstwa, Wojciech Popielski, Paweł z Trąbek.
Król nie przysłał byle kogo. Posłami zostali Wawrzyniec Międzyleski, biskup kamieniecki, Mazowszanin z pochodzenia, dyplomata zahartowany na arenie międzynarodowej i człowiek bliski Bonie, oraz kasztelan biechowski Mikołaj Russocki. Mieli złożyć kondolencje Annie, załatwić sprawę pogrzebu i — to było sedno — wyjaśnić stanowisko króla. Zygmunt nie chce niczyjej krzywdy. Gotów jest zagwarantować księżniczce i szlachcie poszanowanie praw. Z objęcia księstwa jednak nie rezygnuje, bo należy mu się ono z obowiązujących umów.
Strona mazowiecka odpowiedziała twardo. Opowiedziała się za Anną, podtrzymała jej prawa dziedziczenia i zagroziła rozlewem krwi. Termin pogrzebu wyznaczony przez króla poczytano za ingerencję w sprawy wewnętrzne i uchylono pod pretekstem błahych przeszkód. W trakcie rozmów zakwestionowano nawet sam fakt zależności lennej księstwa od Korony. Żeby obalić tę wątpliwość, nadworny historiograf Bernard Wapowski przygotował elaborat, wywodzący nierozerwalny związek Mazowsza z Koroną od czasów pierwszych, jeszcze legendarnych Piastów. Papier miał zamknąć to, czego nie zamykała jeszcze przysięga.
Wrzesień, w którym księstwo zmieniło pana
Oficjalne pertraktacje utknęły. Posłowie królewscy nie wyjechali jednak z Warszawy. Pracowali ciszej: rozmowy ze szlachtą, kontakty z Anną, grunt pod przyjazd monarchy. Zygmunt, idąc z Prus Królewskich z pocztem znamienitszych dygnitarzy, musiał spędzić blisko dwa tygodnie w Sochaczewie, tuż przed granicą księstwa, i czekać na relacje komisarzy. Gdy 25 sierpnia wjechał do Warszawy, oporu już nie było.
Pierwsze tygodnie zeszły na tym, czego wiosną nie dało się zrobić: na pogrzebie Janusza i na uzgodnieniu ceny spokoju. Między dziesiątym a dwudziestym września król załatwił sprawy, które przesądziły los reszty Mazowsza. Dziesiątego września wyznaczył Annie sute zaopatrzenie do chwili zamążpójścia: starostwa w Liwie, Latowiczu i Garwolinie, Goszczyn z Bądkowem, Osiecko z kluczami, Piaseczno. Trzynastego września odebrał od szlachty mazowieckiej przysięgę wierności i sam zobowiązał się zatwierdzić jej prawa na najbliższym sejmie. W kilka dni później przyrzekł posag drugiej siostrze, Zofii, żonie palatyna węgierskiego Stefana Batorego — stryja późniejszego króla Polski — której roszczenia podnosił niedawno poległy pod Mohaczem Ludwik Jagiellończyk. Dwudziestego września ustanowił urząd, jakiego nie było w innych ziemiach Korony: tymczasowego namiestnika, wicesgerenta. Miał nim być każdorazowy wojewoda mazowiecki. Pierwszym został Feliks Brzeski, dotychczasowy rzecznik odrębności.
To była polityka precyzyjna jak cięcie chirurga. Księżniczka dostała włości na otarcie łez. Szlachta dostała pozór, że księstwo jeszcze istnieje, skoro ma własnego namiestnika. Najwyższy dygnitarz mazowiecki dostał kluczową funkcję z rąk króla. Zygmunt nie rozstrzygał od razu ustroju nowej ziemi. Zostawił załogi w większych miastach, wpisał księstwo mazowieckie do tytulatury i już 23 września wrócił do Krakowa. Pierwszy etap batalii trwał od marca do września. Zakończył się, zanim Warszawa zdążyła przywyknąć do myśli, że nie ma już własnego księcia.
Dalsze trzy lata to już inna wojna: sejmowa, podatkowa, o to, czy Mazowsze będzie osobnym księstwem pod berłem królewicza, czy zwykłym województwem. Szlachta koronna, wroga dynastycznym planom Bony, na sejmie krakowskim na początku 1527 roku nie zgodziła się oddać tytułu książęcego małemu Zygmuntowi Augustowi. Król obiecał wcielić Mazowsze do Korony, ale nie zrobił tego od razu. Argument był zgrabny: osobne księstwo dla syna godziłoby w zasadę nierozdzielności z Koroną.
Ostateczna ugoda zapadła 11 lutego 1529 roku na sejmie mazowieckim. Księstwo wcielono do Korony na prawach województwa, szlachtę zrównano w prawach i obowiązkach z koronną. Zygmunt zatwierdził to przywilejem piotrkowskim 27 grudnia 1529 roku. Zniósł ciężary, daniny i świadczenia, które Mazowszanie winni byli książętom. Potwierdził ich dawne wolności. Jedyne, co szlachcie udało się uratować na następne półwiecze, to odrębność prawno-sądowa, spisana w 1540 roku w osobnym kodeksie. Płock, od 1495 roku już koronny, patrzył na ten finał z pozycji starszego brata, który tę drogę przeszedł pokolenie wcześniej.
Kości, które nic nie powiedziały
Dziewiątego lutego 1528 roku, gdy wrzenie jeszcze nie wygasło, król wydał edykt. Książęta — ogłaszał — nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Wszechmogącego z tego świata zeszli. Sekcja zwłok Janusza, zeznania, komisja. Oficjalnie sprawa była zamknięta. Pogłoska nie uznała edyktu. Katarzyna Radziejowska wyszła z oskarżeń obronną ręką i poślubiła później Konrada Oborskiego, człowieka z poczesnej rodziny mazowieckiej. Włoski aptekarz wrócił, gdy ucichło. Bona została Bona.
W 1953 roku, przy odbudowie katedry świętego Jana w Warszawie, pod posadzką prezbiterium natrafiono na zamurowane szczątki obu braci. Kryptę otwarto przy instalacji ogrzewania. Trumny, skrawki jedwabiu i wełny, pętelki, guziki, fragment paska. W trumnie Janusza — złoty damski pierścionek. Szczątki przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej. Spodziewano się, że nowoczesne metody rozświetlą to, czego nie rozstrzygnął XVI wiek. Arszeniku w kościach nie znaleziono. To nie zamykało drogi innym truciznom, zwłaszcza roślinnym, wolniej działającym. Zamykało natomiast najprostszą legendę o klasycznej dawce.
Badania potwierdziły za to to, co głosił nagrobek: Janusz był potężniej zbudowany od brata. Współcześni zapamiętali jego podwójną kość krzyżową; antropologowie XX wieku uznali ją za znak identyfikujący. Płyta z czerwonego marmuru, fundowana przez siostrę Annę, przypisywana Włochowi Bernardinowi Zanobiemu de Gianotis, pokazuje braci w zbrojach, z hełmami u stóp, trzymających wspólnie proporzec. Napis, którego fragmenty zebrano po zniszczeniach 1944 roku, mówi wprost: ostatnia latorośl męska książąt mazowieckich, przez sześćset lat panujących szczęśliwie; po ich śmierci dziedzictwo i panowanie nad całym Mazowszem przeszło do królów Polski.
Kamień kłamie mniej niż plotka. I mniej niż milczenie.
Ciekawostki i kontekst
W Płocku ta historia miała własne, miejscowe dno. Wojewodzianka, której imię wracało w każdej wersji spisku, wywodziła się z płockiego świata urzędów i ambicji. Aptekarz, którego oskarżano o sporządzenie mikstury, wrócił potem do tego samego miasta i został jego burmistrzem — awans tak ostentacyjny, że sam w sobie podsycał podejrzenia tych, którzy nie wierzyli edyktowi z 1528 roku. Płock był już wtedy miastem koronnym, z własnym województwem, własną pamięcią o księciu, który umarł w 1495 roku, i z własnym doświadczeniem tego, co znaczy „wejść do Korony”. Gdy Warszawa w 1526 roku uczyła się życia bez dworu Piastów, Płock uczył się tego od pokolenia.
Sama logika przyłączania ziem mazowieckich była starsza od Janusza. Prawo lenne mówiło jasno: bezpotomny zgon wasala zwraca ziemię suzerenowi. Korona stosowała tę zasadę metodycznie przez sześćdziesiąt lat. Rawa, Sochaczew, Gostynin, Płock, na końcu Warszawa. Każdy zgon młodzieńca w czerwonym płaszczu był jednocześnie aktem ustrojowym. Dlatego tak łatwo było uwierzyć, że ktoś te zgony przyspiesza. Łatwiej niż uwierzyć w gruźlicę, alkohol i przypadek, które w jednej linii, w dwóch kolejnych latach, zabierają dwóch braci w tym samym wieku.
W tle pracowała wielka polityka Europy środkowej. Albrecht Hohenzollern nie porzucił myśli o Annie. Stronnictwo propruskie w senacie, z Krzysztofem Szydłowieckim na czele, próbowało otworzyć tę furtkę. Izba poselska ucięła sprawę posagiem w wysokości dziesięciu tysięcy złotych — kwotą skromną, jak na księżniczkę, i wystarczającą, by małżeństwo z Wilhelmem się rozchwiało. Habsburgowie poszli dalej w fantazji: gotowi byli oddać Bonie zwolnienie Bari z zależności od cesarza w zamian za Mazowsze. Propozycja była tak nieprawdopodobna, że sama jej obecność mówi, jak wysoką cenę przypisywano tej ziemi w 1529 roku.
I jeszcze jeden szczegół, który umyka w suchych streszczeniach. Król, obejmując księstwo, nie zniósł od razu sejmu mazowieckiego. Ograniczył go do inicjatywy wnioskodawczej wobec sejmu walnego i do roli najwyższej instancji sądowej, od której i tak przysługiwała apelacja. Mazowszanie próbowali zachować choćby wewnętrzne ustawodawstwo. Rozbili się o podatki i o udział w obronie kraju. Autonomia, której nie dało się obronić mieczem w sierpniu 1526, nie dała się też obronić przy głosowaniu o składkach. To była cichsza śmierć księstwa niż ta marcowa noc — i równie ostateczna.
Znaczenie historyczne
Śmierć Janusza III zamknęła nie tylko ród. Zamknęła osobny byt państwowy, który przez trzy stulecia po rozbiciu dzielnicowym utrzymywał na Mazowszu własny dwór, własne prawo, własne urzędy i własną dumę. Dla Płocka ten finał miał smak dokończenia. Miasto, które w 1495 roku straciło książąt i dostało wojewodę, w 1526 i 1529 roku zobaczyło, że reszta dzielnicy idzie tą samą drogą. Mazowsze, pocięte wcześniej na rawskie, płockie i warszawskie kawałki, złożyło się w Koronie w trzy województwa. Mapa, którą znamy z późniejszych stuleci, zaczyna się właśnie tam.
Dla Polski Jagiellonów inkorporacja była czymś więcej niż przyrostem mil kwadratowych. Dawała zwartość pasowi między Litwą a Bałtykiem, obcinała Hohenzollernom i Habsburgom pretekst do gry o środkowe Mazowsze, wciągała liczną szlachtę zagrodową w orbitę prawa koronnego. Szlachta mazowiecka, tak niedawno skarżąca się królowi na fiskalny ucisk własnych Piastów, w chwili próby stanęła przy Annie. Potem, gdy król zapłacił włościami, urzędem wicesgerenta i potwierdzeniem przywilejów, stanęła przy nim. To nie była zdrada. To była cena, jaką płaci się za wejście do większego państwa bez przegranej bitwy.
Została zagadka dwóch młodych śmierci. Został nagrobek, na którym bracia wciąż trzymają jeden proporzec. Został Płock, który tę historię pamięta podwójnie: jako miasto, które straciło książąt wcześniej, i jako miasto, z którego wyszły nazwiska uwikłane w legendę o truciźnie. Pięćset lat po nocy z dziewiątego na dziesiątego marca 1526 roku wciąż nie wiemy, co naprawdę zabrało ostatniego Piasta mazowieckiego. Wiemy natomiast, co zabrało jego księstwo. Zabrało je prawo lenni, pusta kołyska i król, który potrafił poczekać w Sochaczewie, aż Warszawa sama otworzy bramę.