W sierpniu 1878 roku „Korespondent Płocki” zrobił rzecz, której gubernialne miasto potrzebowało bardziej niż kolejnego opisu jarmarku albo listy przyjezdnych w hotelu Warszawskim. Redakcja spojrzała przez Wisłę, w dół rzeki, i uznała, że dym nad lasami gostynińskimi należy do Płocka tak samo, jak dzwony katedry.

„Papiernia w Soczewce, jakkolwiek do guberni warszawskiej należąca, ale położona tak blisko Płocka, że dym z jej komina się wznoszący dostrzegamy z łatwością z wirydarza Tumskiego — należy niewątpliwie do tych zakładów fabrycznych, których rozwój jako miejscowości, żywo nas obchodzić powinien”. Zdanie to nie było ozdobnikiem. Było wyznaniem zależności. W mieście, które miało destylarnie liczące po kilku ludzi, cegielnie i jedną większą tytoniarnię, komin nad Skrwą znaczył coś, czego nie dawał żaden warsztat przy Grodzkiej ani Bielskiej: stałą pensję, zimowy zarobek i pewność, że po drugiej stronie rzeki czeka praca.

Wystawa powszechna w Paryżu akurat wtedy wystawiała papier z Soczewki obok wyrobów stolic. Ceny, pisał „Korespondent”, wytrzymywały porównanie z taniością zagraniczną. Zakład dawał utrzymanie czterystu osiemdziesięciu robotnikom i wyrabiał około dziewięciu tysięcy centnarów papieru rocznie, wartego trzysta sześćdziesiąt tysięcy rubli srebrem. Była to wówczas największa papiernia w kraju. A jednak dla płocczan ważniejsze od medalu było coś prostszego. Dopóki komin dymił, w kamienicach na górnym tarasie i w domach na Radziwiu starczyło na chleb.

Dziewięć wiorst od katedry

Osada leżała blisko i daleko zarazem. Słownik geograficzny Królestwa Polskiego liczył od Płocka dziewięć wiorst. Późniejsze opisy mówiły o ośmiu kilometrach w dół Wisły, po lewej stronie, wśród sosnowych lasów gminy Duninów, naprzeciw Brwilna. Administracyjnie Soczewka wpisana była w gubernię warszawską i powiat gostyniński. Gospodarczo ciążyła ku miastu, z którego widać było jej dym.

Nazwy miejsc splatały się jak odnogi rzeki. Soczewka, Socha, Moździerz, Sapa — dawne młyny u ujścia Skrwy Lewej, zwanej też Osetnicą, jeszcze w XVI wieku należały do płockich norbertanek. Wiek XIX zastał tu niewielką osadę i siłę spadku wody. To wystarczyło, by pojawił się papiernik.

W 1823 roku Jan Rasch, właściciel papierni w Boczkach nad Mrogą, założył w Soczewce czerpalnię. W latach 1822–1828, za zgodą Komisji Województwa Mazowieckiego, stał się posiadaczem wieczystym nie tylko tej osady, lecz także Sochy i Moździerza. Przypuszczalnie w 1825 roku zaczęto czerpać papier również w Sosze. Trzy lata później Rasch przejął w Moździerzu młyn wodny i tartak. Z kadzi wychodził papier do pisania i arkusze wielkiego formatu, na mapy i plany.

Powstanie czerpalni nie było kaprysem jednego rzemieślnika. Władze Królestwa Polskiego chciały uprzemysłowić cały obwód gostyniński, z powiatami gostynińskim i orłowskim. Nad Skrwą znalazł się człowiek, który umiał zrobić papier, i rzeka, która umiała kręcić kołem. Tyle że rzemiosło papiernicze pożerało kapitał szybciej, niż kadź nadążała go oddawać.

Od kadzi do maszyny

Papier z Soczewki szedł na rynek krajowy przez warszawską hurtownię Dal Trozzo. Właściciel składu pożyczał Raschowi pieniądze i coraz ciaśniej oplatał zakład długiem. Wobec niewypłacalności dłużnika w 1836 roku przejął papiernię. Sześć lat później, w 1842 roku, pojawił się ktoś, kto myślał już nie o kadzi, lecz o maszynie.

Jan Epstein był warszawskim bankierem. Zajmował się komisową sprzedażą wyrobów papierni w Jeziornie pod Warszawą, więc znał i papier, i rachunek, który za nim stał. Za pieniądze Banku Polskiego kupił zakłady w Soczewce, Moździerzu i Sosze od Dal Trozzo za dwadzieścia dwa tysiące pięćset rubli srebrnych, a do tego młyn w osadzie Sapa od Bansemera. Na całość majątku założył wspólną księgę wieczystą pod nazwą „Osada fabryczna Soczewka”. Obszar liczył dwieście pięćdziesiąt trzy morgi i dwieście siedemdziesiąt prętów miary nowopolskiej.

Bank Polski nie żałował kredytu. Na zakup i rozbudowę dał Epsteinowi dziewięćdziesiąt tysięcy rubli srebrem. W 1844 roku nowy właściciel uruchomił wyrób papieru na maszynie papierniczej. Czerpalnia skończyła się owego roku. Zaczęła się papiernia.

Bank, który finansował transakcję, zastrzegł monopol produkcji najwyższego gatunku papieru maszynowego, tak zwanego „fin”, dla Jeziorny. Zezwolił nawet, by przy uruchomieniu maszyny w Soczewce pomógł Gabriel Rauchte. Ostrożność nie pomogła. Wyroby znad Skrwy w niedługim czasie zaczęły odgrywać poważną rolę na rynku krajowym, a Epstein mniej już interesował się komisową sprzedażą papieru z Jeziorny, lokując przede wszystkim to, co wychodziło z jego własnych walców. W 1845 roku sumy uzyskane ze sprzedaży papieru Fabryki Bankowej w Jeziornie spadły niemal o połowę w porównaniu z rokiem 1840.

Konkurencja obu zakładów miała trwać bez mała sto lat. Zaczęła się od kredytu i zastrzeżenia monopolu. Skończyła się wywiezieniem maszyn. Na razie jednak, w latach czterdziestych XIX wieku, to Soczewka rosła szybciej.

Jezioro, które kręciło turbiny

Kolejny kredyt, w 1848 roku, opiewał na czterysta pięćdziesiąt tysięcy rubli. Epstein przeznaczył go głównie na budowę stukomorgowego sztucznego jeziora. Wody Skrwy miały poruszać turbiny. Fabrykę rozstawiono początkowo na przestrzeni trzech wiorst, wykorzystując cztery spadki rzeki. Potem spadki połączono w jednym miejscu, by woda pracowała mocniej i ciszej zarazem.

Protokół oszacowania z 12 stycznia 1848 roku, według kalendarza juliańskiego 24 stycznia, wycenił zabudowania, maszyny i narzędzia na sto siedemdziesiąt sześć tysięcy pięćset dwadzieścia dwa ruble srebrne i trzydzieści dziewięć kopiejek. Cztery lata później Bank Polski dołożył sto dwadzieścia tysięcy rubli na nowe urządzenia. Wśród zakupów znalazła się druga maszyna papiernicza z fabryki Donkina w Londynie. W szacunku z 1854 roku kosztowała dziewięć tysięcy trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć rubli i sześćdziesiąt kopiejek.

Niewielka szmaciarnia stała się fabryką. W 1853 roku wyrabiała papier za sto tysięcy rubli i zatrudniała stale trzystu robotników. Zimą liczba rąk rosła nawet do pięciuset. Zbieranie szmat, bez którego nie było masy, dawało zajęcie dalszym setkom ludzi w okolicy i w mieście.

Najdokładniejszy opis zakładu z końca lat pięćdziesiątych zostawiło sprawozdanie z wystawy robót rękodzielniczych i płodów rolniczych, która odbyła się w Warszawie w 1857 roku. Moc zainstalowanych maszyn parowych wynosiła sto trzydzieści koni mechanicznych. Para obracała trzy turbiny systemu Janvala z fabryki Andre Koechlin et Comp. W ruchu były dwie machiny do papieru ciągłego: jedna od Chappella z Paryża, druga od Donkina z Londynu. Dziewiętnaście holendrów mieliło szmaty i rafinowało masę, trzy służyły do bielenia, jeden wielki — do prania szmat. Dwie walcownie glansowały papier. Była blichtarnia gazowa o dziewięciu piecach, laboratorium wody chlorowej i warsztaty do robót głównych i pomocniczych.

W 1855 roku fabryka wyprodukowała milion sześćdziesiąt osiem tysięcy pięćset dziewięćdziesiąt siedem funtów papieru, około czterystu dwudziestu ton, o wartości stu siedemdziesięciu czterech tysięcy siedmiuset czterdziestu czterech rubli i siedemdziesięciu trzech kopiejek. Na ogólnorosyjskiej wystawie w Moskwie uzyskała prawo znaczenia wyrobów godłem państwowym. Herb państwa pojawił się potem na papierze z Soczewki jeszcze wielokrotnie: w Petersburgu w 1861 i 1870 roku, w Moskwie w 1865 i 1882, w Warszawie w 1885 — tam wielkim medalem złotym. Medale srebrne i medale zasługi przywożono z Londynu, Paryża, Wiednia i Filadelfii.

Dla robotnika z Płocka herb na arkuszu znaczył mniej niż pensja. Dla sprzedaży znaczył wszystko. W walce z Jeziorną i z papierniami Cesarstwa znak państwowy otwierał składy od Wilna po Odessę.

Miasto bez wielkiej fabryki

Płock drugiej połowy XIX wieku był stolicą guberni i miastem, które rosło ludnością szybciej niż kominami. W 1860 roku liczył około trzynastu tysięcy mieszkańców, dwadzieścia lat później przekroczył dwadzieścia tysięcy. Przemysł wewnątrz murów pozostawał drobny. Destylarnie, octownie, cegielnie, olejarnia, piec wapienny, fabryka świec i mydła, krochmalnia, tytoniarnia przerabiająca rosyjski surowiec. W największym z tych zakładów pracowało kilkudziesięciu ludzi. W całym mieście liczba robotników przemysłowych długo nie przekraczała kilkuset, rozproszonych po warsztatach, które trudno było nazwać fabryką.

Soczewka była inna. W latach pięćdziesiątych dawała pracę czterystu stałym robotnikom i dwustu zbieraczom szmat. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zatrudnienie wahało się od trzystu sześćdziesięciu do pięciuset pięćdziesięciu osób, a u progu nowego stulecia przekroczyło sześćset. Znaczny procent tych rąk należał do mieszkańców Płocka. Dojeżdżali z miasta i z wiosek po obu brzegach: z Brwilna, Mościsk, Popłacina, Emilianowa, Gęstewki. Droga była krótka i ciężka zarazem. Zimą lód na Wiśle bywał drogą, wiosną — przeszkodą.

Każde zahamowanie produkcji przyjmowano więc w Płocku nie jak wiadomość gospodarczą z sąsiedniej guberni, lecz jak groźbę utraty chleba. W roku powstania styczniowego w Soczewce pracowało dwustu siedemdziesięciu robotników, a wartość wyrobu spadła do dwudziestu czterech tysięcy rubli. Fabryka dała wtedy zaledwie trzydzieści osiem tysięcy ryz i ról papieru. Wojna partyzancka i stan wojenny nie potrzebowały arkuszy kancelaryjnych. Potrzebowały ciszy w osadzie, która karmiła rodziny po obu stronach rzeki.

Sześć lat później, w 1869 roku, wartość produkcji wzrosła do dwustu trzydziestu czterech tysięcy rubli. Jeziorna w tym samym czasie wyrabiała papier za sto tysięcy. Soczewka nie tylko dogoniła konkurentkę. Przez chwilę ją przegoniła.

Co wychodziło z walców

W drugiej połowie stulecia zakład nastawił się na papiery lepsze i średnie. Z maszyn schodził papier listowy i welinowy, rejestracyjny i kancelaryjny, rysunkowy, litograficzny, bibuła, okładkowy, albumowy, kopertowy. Wyrabiano brystol biały i kolorowy, bibułki do ksiąg kopiowych i do papierosów, papiery wekslowe i dokumentowe, papier na kaucje i obligacje ze znakami wodnymi prawdziwymi oraz wytłaczanymi. Pod koniec XIX wieku pojawił się też papier fotograficzny.

Filia w Sosze brała na siebie gorsze gatunki, tekturę i papę dachową. Zatrudnienie nie przekraczało tam dwudziestu osób, a wartość produkcji wahała się od pięćdziesięciu do stu tysięcy rubli. Główny ciężar osady spoczywał na Soczewce.

Surowcem pozostawały szmaty. Roczne zapotrzebowanie sięgało dwóch do trzech milionów funtów, od ośmiuset dwudziestu do tysiąca dwustu trzydziestu ton. Skupywano je w Królestwie i w zachodnich guberniach Cesarstwa, sprowadzano Wisłą. W dziale handlowym „Korespondenta Płockiego” w latach 1878–1888 regularnie pojawiały się notatki o statkach ze szmatami. Gdy w początkach lat siedemdziesiątych szmat zabrakło, zaczęto wozić je z Niemiec. Masę drzewną brano z okolic Częstochowy, szlachetną celulozę z fabryk rosyjskich i niemieckich. Kwas siarkowy jechał z Warszawy, wapno chlorowane z Anglii, sól żrąca z Moskwy, kalafonia z Ameryki, farby z Niemiec i z kraju. Niektóre składniki szły aż z Kaukazu.

Szmaty sortowano ręcznie, czyszczono mechanicznie, krajano i gotowano w kotłach pod ciśnieniem trzech atmosfer. Półmasę wyciskano i bielono chlorem, potem mielono w rafineriach, dodając klej i farby. Rozcieńczona wodą masa wchodziła na maszyny. Z nich schodził papier w rolach niegładzonych. Gładzenie i krajanie na kartony kończyły robotę.

W 1872 roku zakład poruszały trzy turbiny o sile stu szesnastu koni mechanicznych i dwie maszyny parowe o sile dziewięćdziesięciu koni. Dziesięć lat później turbiny miały już dwieście dwadzieścia osiem koni, a trzy maszyny parowe — sto sześćdziesiąt. Para gotowała szmaty, suszyła papier, przyrządzała klej i farby, ogrzewała halę. W 1882 roku produkcja toczyła się w dwudziestu dziewięciu budynkach murowanych i trzynastu drewnianych. Wszystkie były ubezpieczone od ognia: w towarzystwie gubernialnym, warszawskim i moskiewskim. Ogień przy szmatach, chlorze i kotłach parowych nie był wyobrażeniem. Był codziennym sąsiadem.

Tabela, która pachnie szmatą

Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte zapisały się w papierach fabrycznych słupkiem, który dla rodzin z Płocka był ważniejszy od herbów na wystawach. W 1874 roku pracowało trzysta sześćdziesiąt osób, a wartość produkcji wynosiła trzysta siedem tysięcy rubli. W 1878 — czterysta osiemdziesiąt ludzi i trzysta sześćdziesiąt tysięcy rubli. W 1880 — czterysta sześćdziesiąt sześć robotników i czterysta dwadzieścia jeden tysięcy. W 1888 — pięćset pięćdziesiąt osób, trzy miliony funtów papieru i ponad pięćset dwadzieścia dziewięć tysięcy rubli. W 1895 roku zakład zatrudniał już sześćset rąk i wyrabiał papier za sześćset czterdzieści tysięcy. Na przełomie stuleci wartość produkcji doszła do siedmiuset, a w roku operacyjnym 1901/1902 — do siedmiuset osiemdziesięciu dwóch tysięcy rubli.

Zahamowania też miały twarz. W latach 1876–1877 podrożał surowiec i nastał zastój w Królestwie. Fabryka ograniczyła wyrób, bo bała się, że papier zostanie w magazynie. W 1877 roku z walców zeszło o dwieście tysięcy funtów mniej niż rok wcześniej, a mimo to wartość sprzedaży wzrosła: sprzedawano zapasy. W 1887 roku kryzys znów zepsuł zbyt. Każde takie wahnięcie wracało do Płocka w postaci krótszego tygodnia, cieńszej pensji i rozmów na schodach kamienicy.

Przez pięćdziesiąt lat, od 1843 do 1893 roku, Soczewka wyprodukowała dwa miliony pięćdziesiąt tysięcy czterysta dziesięć pudów papieru, ponad trzydzieści trzy i pół tysiąca ton, wartego piętnaście milionów osiemset sześćdziesiąt pięć tysięcy siedemset sześćdziesiąt rubli. Robotnikom wypłacono w tym czasie dwa miliony sto osiemnaście tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt rubli. Te dwa miliony rubli pensji są właściwą miarą tego, czym osada była dla miasta za rzeką.

Wisła zamiast szyn

Komin było widać z wirydarza. Towaru nie dało się jednak odesłać dzwonem katedry. Do najbliższej stacji drogi żelaznej w Kutnie było pięćdziesiąt kilometrów. Prawie wszystkie surowce szły latem Wisłą. Poza sezonem żeglugi zwożono je furmankami z Kutna. W 1879 roku drogą żelazną warszawsko-bydgoską dostarczono sto piętnaście ton szmat i wywieziono poważną część gotowego papieru. Reszta życia osady toczyła się w rytmie zamarzania i puszczania rzeki.

W 1888 roku papiernia miała do 15 kwietnia dostarczyć papier na Encyklopedię Rolniczą. Dyrektor zarządzający zawiadomił redakcję, że wysyłka się opóźni. Nie było kolei, a Wisła trzymała lód. Zdanie to, zapisane w aktach zakładu, mówi więcej o geografii płockiego przemysłu niż niejedna mapa. Miasto widziało dym. Cesarstwo czekało na arkusz. Pomiędzy jednym a drugim leżała zamarznięta rzeka.

Linię Płock–Radziwie–Kutno oddano dopiero w 1923 roku. Do tego czasu administrację ratowała stacja telegraficzna, założona w Soczewce pod koniec XIX wieku. Depesza biegła szybko. Bela papieru — nie.

Zbyt urządzono podwójnie: skład fabryczny na miejscu i własny kantor w Warszawie. W 1893 roku sieć sprzedaży wyglądała jak mapa ambicji Cesarstwa. W Warszawie zostawiono papieru za sto dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, w Moskwie za osiemdziesiąt, w Odessie i Wilnie po czterdzieści jeden, w samej Soczewce za trzydzieści siedem, w Petersburgu za trzydzieści trzy, w Rostowie nad Donem za dwadzieścia dziewięć, w Kijowie za dwadzieścia sześć, w Łodzi za dwadzieścia pięć. Tiflis i Ryga wzięły po dwanaście tysięcy, Charków osiem, Baku cztery. Mniejsze partie szły do Brześcia Litewskiego, Mińska, Smoleńska, Kiszyniowa, Jelizawetpola, Jekaterynosławia, Woroneża, Saratowa, Rewla, Orenburga i Batum.

Płocczanin, który rano szedł nad Skrwę sortować szmaty albo stać przy holendrze, uczestniczył więc w handlu, o jakim gubernialne miasto mogło tylko czytać. Jego pensja brała się z zamówienia złożonego w Odessie albo w Tiflisie. Jego obawa o pracę — z zamarzniętej Wisły i z kaprysu kursu na szmaty.

Rodzina, akcje i pierwszy pęknięty komin

W grudniu 1884 roku Jan Epstein sprzedał „Osadę Fabryczną Soczewka” Towarzystwu Papierni Soczewka za czterysta trzydzieści dziewięć tysięcy rubli. Założycielami spółki byli on sam, synowie Juliusz, Stanisław i Jakub, córki Zofia Boree i Wiktoryna Konte z mężami zamieszkałymi w Brukseli i Paryżu, a także synowe Waleria i Maria. Przedsięwzięcie pozostało rodzinne. Zarząd urzędował w Warszawie przy ulicy Granicznej 15. W Soczewce mieszkał i rządził dyrektor zarządzający: najpierw Stanisław Epstein, potem jego syn Gustaw.

Kapitał zakładowy w 1894 roku wynosił sześćset tysięcy rubli, w 1904 — milion. Maszyny wyceniono najpierw na trzysta pięćdziesiąt osiem tysięcy, dekadę później na czterysta osiemnaście. Czysty zysk w 1885 roku sięgnął pięćdziesięciu sześciu tysięcy rubli. Potem przyszedł kryzys lat 1900–1903, a za nim rewolucyjne lata 1905–1907. W 1906 roku liczba robotników spadła do dwustu osiemdziesięciu. W 1907 wydatki przewyższyły dochody o sto osiemnaście tysięcy rubli. Towarzystwo tonęło w długach wobec Warszawskiego Banku Handlowego.

8 listopada 1912 roku, według kalendarza juliańskiego 21 listopada, papiernię wystawiono na licytację przy Sądzie Okręgowym w Warszawie. 23 stycznia 1913 roku kupił ją Bank Handlowy za ponad dwieście tysięcy rubli. Rok później zakład nabył Piotr Kasztelan, właściciel papierni na Ukrainie, za sto pięćdziesiąt tysięcy. Wojna zamknęła hale na długie miesiące. Brakowało szmat, brakowało odbiorców. W niepodległej Polsce produkcja wróciła i nawet rosła: z sześciuset dziesięciu ton w 1921 roku do trzech tysięcy dwustu pięćdziesięciu w 1928. Potem przyszła licytacja w Sądzie Okręgowym w Płocku, 18 kwietnia 1932 roku, i decyzja, której dym z wirydarza już nie przeżył.

Mirkowska Fabryka Papieru w Jeziornie, działając w kartelu Centropapier, przejęła Soczewkę po to, by ją unieruchomić i zabrać kontyngent produkcji. Maszyny zdemontowano i wywieziono pod Warszawę. Budynki i system wody oddano powolnej dewastacji. Zostało jezioro. Została pamięć pensji. Zostało zdanie z „Korespondenta”, które w 2026 roku czyta się jak epitafium i jak akt własności zarazem.

Ciekawostki i kontekst

Wirydarz Tumski, z którego w 1878 roku widać było komin, nie był punktem turystycznym. Był zapleczem katedry, miejscem codziennego ruchu kanoników, służby i przechodniów z górnego miasta. Redaktor „Korespondenta” wybrał właśnie ten dziedziniec, nie wieżę i nie brzeg Wisły, bo chciał powiedzieć: to widać stąd, z samego środka płockiego sacrum i płockiej codzienności. Fabryka należąca administracyjnie do innej guberni wchodziła w pole widzenia miasta, które uważało się za stolicę okolicy.

Osada sama miała urząd gminy, pocztę i stację telegraficzną, a ziemia pod fabryką była rządowa — część dóbr Górki, wydzielonych z Brwilna — oddana właścicielom w długoletnią dzierżawę. Epsteinowie nie kupili krajobrazu na własność wieczystą w całości. Kupili prawo, by woda, szmata i maszyna pracowały na tym prawie.

Wystawy, na których papier z Soczewki dostawał herb państwa, były czymś więcej niż gabinetem pochwał. W gospodarce Cesarstwa prawo znakowania godłem otwierało urzędy, banki i składy, które inaczej brałyby papier z fabryk bliższych Petersburgowi albo Moskwie. Arkusz ze znakiem wodnym i z herbem jechał dalej niż bela bez niego. Dlatego medale z Filadelfii i Paryża wracały nad Skrwę jako argument handlowy, a nie tylko jako duma prowincji.

W samym procesie produkcji zostawał ślad epoki, którego dziś nie widać przy jeziorze. Dwieście osób zbierających szmaty znaczyło, że papier zaczynał się nie przy maszynie Donkina, lecz w komorach mieszczańskich kamienic, w żydowskich składach starzyzny, na targu i na barce. Płock dostarczał nie tylko rąk do holendrów. Dostarczał gałganów. Miasto, które samo pisało mało i drukowało niewiele, oddawało swoje zużyte płótno, by wróciło jako welin, weksel albo bibułka papierosowa.

W 1893 roku, po pół wieku maszynowej pracy, zakład mógł już pokazać mapę punktów sprzedaży rozciągniętą od Wisły po Kaukaz. Ta mapa jest cichym komentarzem do płockiej izolacji. Kolej przyszła późno, most bywał rozbierany albo nieistniejący, zimą rzeka stawała. A mimo to bela z Soczewki trafiała do Baku. Przemysł nad Skrwą wyprzedził infrastrukturę, która miała go obsłużyć.

Znaczenie historyczne

Dla historii Płocka papiernia w Soczewce była czymś, czego miasto przez dziesięciolecia nie potrafiło zbudować u siebie: wielkim zakładem, który zatrudniał setki ludzi i płacił regularnie. Nie leżała w granicach guberni płockiej, nie figurowała w spisie miejscowych kominów, a mimo to kształtowała budżety domowe na Tumskiej, na Grodzkiej i na lewym brzegu. Gdy w 1878 roku gazeta pisała, że rozwój osady „żywo nas obchodzić powinien”, nie uprawiała stylistyki. Opisywała fakt ekonomiczny.

Dla historii polskiego papiernictwa Soczewka jest brakującym drugim biegunem Jeziorny. To tutaj, w 1844 roku, maszyna złamała monopol wyobraźni, który Bank Polski chciał zachować dla fabryki pod Warszawą. To tutaj, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, wyrób maszynowy okazał się na tyle silny, by na wystawach Cesarstwa dostać herb, a w 1869 roku przegonić Jeziornę wartością produkcji. Stuletnia wojna obu papierni, zakończona w 1932 roku wywiezieniem urządzeń, zaczęła się od tego, że bankier z Warszawy uwierzył w spadki Skrwy mocniej niż w zastrzeżony gatunek „fin”.

Dla historii społecznej Mazowsza osada przy ujściu rzeki pokazuje, jak wcześnie pojawiła się tu klasa ludzi zależnych od komina, a nie od folwarku. Zanim Płock wykształcił własne większe fabryki maszyn rolniczych, jego mieszkańcy uczyli się przemysłowego czasu pracy nad Skrwą: sortowania, bielenia, zmiany przy kotle, strachu przed przestojem. Dwa miliony rubli pensji wypłaconych w półwieczu 1843–1893 to nie przypis do historii techniki. To suma, która pozwoliła urodzić się, wyżywić i wyuczyć kilku pokoleniom płocczan.

Dziś z wirydarza Tumskiego nie widać dymu. Jezioro, wykopane po to, by kręcić turbiny, zostało najtrwalszym budynkiem papierni. Komin zniknął, hale rozebrano albo oddano ruinie, maszyny Donkina i Chappella dawno pracowały już gdzie indziej. Zostało zdanie gazety z 1878 roku i pamięć, że Płock przez całe dziesięciolecia miał swoją wielką fabrykę tam, gdzie kończy się widok z katedry, a zaczyna się las i woda. Dym, który „żywo obchodził” miasto, był najprostszym sygnałem, jaki przemysł może dać sąsiadom: jeszcze pracujemy, jeszcze jest chleb.