W styczniu 1945 roku Płock drżał od odgłosów zbliżającej się ofensywy. Na ulicach słychać było dudnienie sowieckich czołgów, a w powietrzu unosił się zapach spalenizny i strachu. W tym chaosie, w dawnej drukarni Braci Detrychów przy ulicy Tumskiej, nadal pracowała rotacyjna maszyna sprowadzona z Niepokalanowa. Kierownik drukarni Gustaw Boetscher, ważny funkcjonariusz NSDAP, uparcie powtarzał swoim podwładnym: „bis letzte Stunde muss sein”. Do ostatniej godziny.
To nie była zwykła gazeta. „Südostpreussische Tageszeitung” – wcześniej „Plocker Tageblatt” – była głosem niemieckiej machiny propagandowej na Mazowszu. Drukowana dla napływowych Reichsdeutschów i przesiedleńców z wschodu, miała utwierdzać ich w przekonaniu, że Płock – czyli Schröttersburg – to już na zawsze niemiecka ziemia. Ale w styczniu 1945 roku rzeczywistość pisała zupełnie inny scenariusz.
Codzienność okupacyjnego miasta pod koniec wojny
Płock w ostatnich tygodniach okupacji przypominał oblężoną twierdzę, z której obrona dawno już się załamała. Niemieccy osadnicy, którzy jeszcze niedawno czuli się tu jak panowie, teraz pakowali walizki w pośpiechu. W restauracji „Preussenhof” przy Tumskiej działał punkt zbiórki darów dla Volkssturmu – stare mundury, koce, buty. Akcja „Volksopfer” miała podnieść morale, ale zamiast tego tylko pogłębiała panikę. Tymczasem w drukarni polscy pracownicy – drukarze i introligatorzy z przedwojennych płockich zakładów – mechanicznie wykonywali swoje obowiązki. Wiedzieli, że koniec jest bliski.
W numerze z 8 stycznia 1945 roku prawie nie ma już lokalnych wiadomości. Brak korespondencji z Płońska, Sierpca czy samego Płocka. Redakcja straciła kontakt z terenowymi korespondentami. Zamiast tego – wielkie, czarne nagłówki o „nowej bitwie w dolinie Wisły” i zapewnienia, że niemiecka obrona jest przygotowana. Korespondent wojenny H. K. Laboeck próbował minimalizować rozmiar sowieckiej ofensywy, ale prawda przebijała się przez kolejne komunikaty OKW.
Ostatni piątek – 19 stycznia 1945
Piątek 19 stycznia zaczął się jak każdy inny dzień okupacji. Redaktor naczelny (w zastępstwie) Lotte Fritsch i kierownik administracyjny Ed. Rubel siedzieli w redakcji. Boetscher strofował redaktora Bruno Tchierschkego: „Musi pan siedzieć w redakcji, bis letzte Stunde!”. Gazetę drukowano w nakładzie zaledwie około dwóch tysięcy egzemplarzy – na czterech stronach. Na pierwszej stronie wielki tytuł: „Zmagania w wielkiej dolinie Wisły. Warszawa opuszczona, Częstochowa, Tomaszów w rękach wroga”.
Komunikat Oberkommando der Wehrmacht z 18 stycznia pogłębiał ponure nastroje. Czołówki pancerne Sowietów podchodziły pod Kraków, Tomaszów, Ciechanów. Na ostatniej stronie – charakterystyczne ogłoszenie burmistrza: wszyscy posiadacze wozów konnych mają stawić się z pojazdami do przeglądu przed ratuszem. Czy to był tylko przegląd? Czy przygotowanie do ewakuacji?
Ostatni numer zszedł z maszyny w czwartek wieczorem, 18 stycznia, tuż przed północą. Rotacyjna pracowała 30 minut. O 00:30 pracownicy przygotowywali paczki do ekspedycji na pocztę. Wtedy do drukarni wszedł major Wehrmachtu. Czystą polszczyzną zapytał o kierownika. Gdy dowiedział się, że gazeta jest gotowa do wysyłki, żachnął się: „To już niepotrzebne. Front jest pod Płockiem. Na poczcie nikt jej nie przyjmie”.
Miał rację. Numer z 19 stycznia nigdy nie trafił do niemieckich czytelników. Zamiast tego powiększył zbiory makulatury, po której kilka dni później deptali wolni mieszkańcy Płocka.
Ciekawostki i kontekst epoki
Historia gazety to nie tylko ostatnie numery. Od stycznia 1941 roku, gdy ukazał się pierwszy „Plocker Tageblatt”, redaktorem był dr Wolfgang Krüger. Po zmianie tytułu w czerwcu 1941 (związanej z zarządzeniem o germanizacji nazw – Płock stał się Schröttersburgiem) redakcją kierował m.in. G. Tschierschke. Nakład w szczytowym okresie sięgał 5-8 tysięcy egzemplarzy. Drukowano ją na sprowadzonej z Niepokalanowa małej maszynie rotacyjnej, bo stare płockie maszyny były zbyt wolne.
Personel drukarni to niemal wyłącznie Polacy – doświadczeni drukarze z międzywojennych zakładów. Tylko zecerzy-Niemcy składali zarządzenia represyjne i obwieszczenia o egzekucjach. To oni mieli dostęp do najczarniejszych tajemnic okupacyjnego terroru.
W 1945 roku gazeta straciła kontakt z rzeczywistością. Zamiast lokalnych relacji – suche komunikaty OKW i apele gauleitera Ericha Kocha o ofiarność. Propaganda, która jeszcze rok wcześniej budowała mit „niemieckich ziem odzyskanych”, teraz walczyła o przetrwanie do ostatniej minuty.
Znaczenie historyczne
Historia ostatniej gazety hitlerowskiej w Płocku to symbol końca okupacji na Mazowszu. 19 stycznia 1945 roku, gdy numer schodził z prasy, w oficynie przy Sienkiewicza 28 Niemcy dokonywali ostatniej masakry – rozstrzelali i spalili 79 Polaków. Dwa dni później, 21 stycznia, Armia Czerwona wyzwoliła miasto. Gazetę, która miała utrwalić niemiecką obecność na „Prusach Południowo-Wschodnich”, pochłonęła historia. Jej losy pokazują, jak propaganda potrafiła trwać w oderwaniu od rzeczywistości – aż do samego końca.
Dla mieszkańców Płocka była to gazeta wroga, narzędzie terroru i germanizacji. Dziś przypomina, że nawet w obliczu klęski okupant nie rezygnował z kontroli nad narracją. „Bis letzte Stunde” – te słowa Boetschera stały się epitafium dla całego hitlerowskiego projektu na Mazowszu.