Styczeń 1945 roku. Nad Płockiem unosi się zapach spalenizny i nadziei. Huk dział od strony Warszawy nie milknie już od kilku dni. Niemcy pakują ostatnie manatki, cywilni okupanci oblegają dworzec, a na szosach wiją się długie kolumny wycofujących się taborów Wehrmachtu. Polacy, skuleni w piwnicach i na strychach, nasłuchują ukrytych radioodbiorników. Każde słowo o wyzwoleniu Lublina, Chełma czy Manifestcie Lipcowym brzmi jak obietnica, że to już naprawdę koniec.
W tym gorączkowym, nerwowym oczekiwaniu miasto żyje na krawędzi. Jeszcze wczoraj gestapo trzymało żelazną rękę, dziś już czuje się jego panikę. A potem przychodzi 21 stycznia – dzień, w którym Płock budzi się jako wolne miasto. Od pierwszych salw radzieckiej artylerii po czerwone i biało-czerwone flagi na ratuszu mija zaledwie kilka godzin. Godzina wolności. Godzina, na którą mieszkańcy czekali pięć długich lat.
To nie była cicha, spokojna chwila. To był wybuch radości pomieszanej z łzami, ulgi i niedowierzania. Oto jak wyglądał ostatni dzień okupacji i pierwszy dzień wolności w stolicy Mazowsza północnego.
Agonia okupanta – styczeń 1945
Już od początku roku Niemcy śledzili front wschodni z rosnącym niepokojem. Ci przezorniejsi jeszcze w grudniu 1944 wysyłali rodziny do Rzeszy, przewidując, że „Południowo-Wschodnie Prusy” – jak okupant nazywał północne Mazowsze – nie będą bezpieczne długo. Polacy z zapartym tchem łapali w eterze wiadomości o ofensywie. Wracały do domów setki mężczyzn i kobiet zapędzonych jesienią do kopania okopów i umocnień wokół miasta. Uciekali ryzykując życiem, byle tylko być w Płocku, gdy nadejdzie wyzwolenie.
15 stycznia huk dział od Warszawy oznajmił, że front ożył na dobre. 16 stycznia Niemcy już wiedzieli – linia obrony przerwana w wielu miejscach. Na szosach prowadzących do Płocka zrobiło się tłoczno od zmęczonych, zakurzonych żołnierzy Wehrmachtu. Cywilni Niemcy w popłochu opuszczali miasto. Kasy kolejowe oblegane, furmanki wyładowane po brzegi.
17 stycznia wieść o wyzwoleniu Warszawy rozeszła się po Płocku lotem błyskawicy. Ludzie wychodzili na ulice ostrożnie, ale w oczach błyszczała radość. „To już koniec” – szeptano. Gestapo jednak wciąż patrolowało ulice. Jeszcze nie odpuszczali.
18 i 19 stycznia nad Mazowszem pojawiły się radzieckie samoloty. Bombardowały cofające się oddziały niemieckie. W Mławie, Przasnyszu, Działdowie spadały bomby. Płonęły budynki. W Płocku też słychać było warkot silników i eksplozje. Właśnie wtedy do miasta dotarł konwój około 80 polskich więźniów przywiezionych z Mławy. Szli przez centrum, gdy nad głowami rozległy się samoloty. W chaosie bombardowania gestapowcy urządzili w oficynie przy ulicy Sienkiewicza 28 jedną z ostatnich, najokrutniejszych masakr w mieście.
20 stycznia terror osiągnął apogeum. Ewakuowano płockie więzienie. Część więźniów zwolniono, ale około trzystu wywieziono do lasu brwileńskiego i tam zamordowano, zakopując we wspólnej mogile. Niemcy wysadzili most drogowo-kolejowy na Wiśle, podpalili stację kolejową i magazyny w Radziwiu. Krążyły plotki, że przed odejściem chcą zniszczyć całe miasto. Polacy ukrywali się w domach, modląc się, by przeżyć ostatnie godziny.
A jednak wieczorem 20 stycznia w Płocku pojawiły się pierwsze radzieckie czołgi. Walk w samym mieście nie było – jedynie drobne potyczki na obrzeżach. Miasto wstrzymało oddech.
21 stycznia – świt wolności
O świcie 21 stycznia od strony Krakówki i Ciechomic podchodziły pierwsze oddziały Armii Czerwonej. Szli pojedynczymi grupami, śpiewając. Mieszkańcy przedmieścia witali ich radośnie mimo mrozu i zamarzniętej Wisły. O godzinie siódmej rano żołnierze radzieccy stanęli już przed płockim ratuszem.
Wtedy wybuchła euforia.
Na ulicach pojawiły się flagi – czerwone i biało-czerwone. Ludzie padali sobie w objęcia, płakali, śmiali się przez łzy. „Wolni jesteśmy!” – krzyczano. Po pięciu latach terroru, głodu, łapanek i strachu miasto odetchnęło pełną piersią. Kobiety wychodziły z domów z chlebem i czymkolwiek, co udało się zachować. Mężczyźni ściskali żołnierzy, dzieci biegały po ulicach z flagami w rękach.
W tym samym czasie radziecki lejtnant Grumann wraz z księdzem Sewerynem Wyczałkowskim i kilkoma świadkami spisywali protokół w spalonej oficynie przy Sienkiewicza. Tam, gdzie zaledwie dwa dni wcześniej gestapowcy dokonali bestialskiego mordu, teraz dokumentowano zbrodnię. Jeden z ocalałych – Jan Stasiarczyk – złożył podpis pod protokołem. Miasto zaczynało nową kartę, ale pamięć o ostatnich ofiarach była żywa od pierwszego dnia wolności.
Tajna Rada Narodowa – ci, którzy przygotowali wolność
Płock nie czekał na wyzwolenie z założonymi rękami. Już w czerwcu 1944 roku powstała konspiracyjna Miejska Rada Narodowa. To ona miała przejąć władzę w dniu wolności. W jej skład wchodzili odważni mężczyźni i kobiety z PPR, RPPS i Armii Ludowej:
Franciszek Kozłowski – przewodniczący, oficer Miejskiej Komendy Armii Ludowej;
Zygmunt Rogowski – zastępca, który niestety nie doczekał wolności – aresztowany w ostatnich dniach i zamordowany w lesie brwileńskim;
Stanisław Lewandowski – sekretarz, zamordowany przez gestapo we wrześniu 1944;
Stefan Gumiński, Mieczysław Galbfach, Franciszek Grzymała, Władysław Frączak, Stanisław Koperkiewicz, Stanisława Churska, Jan Słoniewicz, Franciszek Woźnicki…
Niektórzy z nich zginęli zaledwie kilka dni lub tygodni przed 21 stycznia. Ironia losu – przygotowywali miasto na wolność, a sami polegli w ostatniej chwili. Ich nazwiska stały się symbolem poświęcenia. Ci, którzy przeżyli – Kozłowski, Gumiński i inni – natychmiast włączyli się w organizację nowej władzy.
Po południu 21 stycznia na ulicach manifestacyjnie zebrała się ludność przed domem kaźni przy Sienkiewicza. Oficer radziecki lejtnant Grumann przemawiał do tłumu. Ludzie słuchali w skupieniu. To nie był koniec historii – to był dopiero początek.
Ciekawostki i kontekst epoki
W pierwszych godzinach wolności Płock wyglądał jak miasto po ciężkim bombardowaniu, choć szkody wojenne były stosunkowo niewielkie – zniszczono około 40 procent szyb i kilka budynków. Największe straty przyszły później – z rąk szabrowników, którzy w pierwszych tygodniach ogołacali opuszczone mieszkania i sklepy.
Konspiracyjna Miejska Rada Narodowa działała w całkowitej tajemnicy. Jej członkowie ryzykowali życiem codziennie. Gdy 21 stycznia przyszła wolność, rada natychmiast przekształciła się w zalążek oficjalnej władzy. Franciszek Kozłowski, Stefan Pernej i Kazimierz Churski utworzyli prezydium.
Warto wspomnieć, że w Radziwiu płonęły niemieckie magazyny ukryte w parafialnym kościele. Niemcy w panice niszczyli wszystko, co mogłoby się przydać zwycięzcom. A mieszkańcy Płocka… po prostu wyszli na ulice. Bez rozkazu. Z czystej, spontanicznej radości.
Znaczenie historyczne
21 stycznia 1945 roku to nie tylko data wyzwolenia Płocka. To symbol końca niemieckiej okupacji na północnym Mazowszu i początek nowej, trudnej drogi. Miasto, które przez pięć lat znosiło terror, głód i wywózki, w jednej chwili odzyskało godność. Radość tamtego dnia była autentyczna i głęboka – nawet jeśli wkrótce przyszły nowe wyzwania: odbudowa, aprowizacja, walka z chaosem i szabrownictwem.
Dla historii Polski wydarzenie to pokazuje, jak wielką rolę w wyzwoleniu odegrała postawa zwykłych ludzi – tych, którzy słuchali radia, ukrywali partyzantów, kopali schrony we wsiach i po prostu czekali na moment, gdy będą mogli wyjść na ulicę z flagą. Dla Płocka zaś 21 stycznia pozostaje dniem, który na zawsze zmienił jego losy – z miasta okupowanego na miasto odbudowujące się i patrzące w przyszłość.
Do dziś, gdy spacerujemy płockim Starym Miastem, warto zatrzymać się na chwilę przed ratuszem i wyobrazić sobie tamten mroźny poranek, śpiew żołnierzy, łzy na twarzach i flagi powiewające nad Wisłą. Bo wolność nigdy nie przychodzi sama. Zawsze ktoś za nią płaci najwyższą cenę – a my, potomni, mamy obowiązek o tym pamiętać.