16 grudnia 1899 roku przyjechał z Ostrołęki człowiek, który miał zostać w Płocku na czterdzieści lat. Nazywał się Szymon Tadeusz Chrostowski. Otworzył praktykę dentystyczną i nie ograniczył się do niej. Został prezesem ochotniczej straży, radnym, członkiem komisji w ratuszu, lekarzem szkolnym i kierownikiem gabinetu w Kasie Chorych. Mówił miastu, że zęby trzeba myć. 9 kwietnia 1940 roku gestapo zabrało go w transporcie inteligencji. 4 lutego 1941 roku zamordowano go w Dachau.
Został w pamięci Płocka jako lekarz i patriota. Został także w jednej gazetowej uwadze z 1907 roku, która do dziś brzmi jak wyrok na całą epokę: znaczny procent uczennic pensji miał po dwa rzędy zębów, mleczne i stałe, a rodzice z inteligencji nie troszczyli się o to wcale.
Przyjazd z Ostrołęki
Urodził się w 1868 roku. Gdy wjeżdżał do Płocka, miał trzydzieści jeden lat. Miasto było już inne niż to, które piętnaście lat wcześniej witało pierwszego dentystę. Gabinetów przybyło, prasa zagęściła się, a Towarzystwo Lekarskie zdążyło oswoić myśl, że higiena jamy ustnej nie jest fanaberią Warszawy. Wciąż jednak brakowało ludzi, którzy traktowaliby zęby jak sprawę publiczną, nie tylko prywatny ból.
Chrostowski otworzył praktykę i od razu wszedł w życie miasta. Zapamiętano go jako urodzonego społecznika. To określenie w Płocku przełomu wieków miało konkretny ciężar. Społecznik nie ograniczał się do składki i odczytu raz do roku. Zasiadał w komisjach, chodził na posiedzenia, brał funkcje, których nikt nie chciał, i wracał wieczorem do gabinetu, żeby jeszcze dogiąć protezę.
Płock potrzebował takich ludzi. Był stolicą guberni, potem — po 1918 roku — powiatowym miastem odrodzonego państwa, zawsze za małym na liczbę zadań i zawsze za dużym, by zostawić je samopaśnym urzędnikom. Straż ogniowa, szkoła, kasa chorych, ratusz: wszędzie brakowało rąk. Chrostowski dawał je wszystkie.
Dwa rzędy zębów na pensji
24 lutego 1907 roku wygłosił dla mieszkańców odczyt „Pielęgnowanie zębów i choroby jamy ustnej”. Nie był to wykład dla kolegów po fachu. Był pogadanką dla miasta.
Dzień wcześniej sekcja higieny wychowawczej — a Chrostowski był już jej członkiem — odezwała się przez „Echa Płockie”. Prosiła społeczeństwo, by zachęciło szerszy ogół do bywania na pogadankach. Cel był prosty: pouczyć ludność o podstawowych zasadach higieny jamy ustnej. I zaraz padał argument, od którego trudno było się wykręcić.
Jak bardzo są one potrzebne, świadczyło zbadanie przez specjalistę zębów uczennic jednej z tutejszych pensji. Okazało się, że znaczny procent dziewcząt ma po dwa rzędy zębów: mleczne i stałe. Rodzice należeli przecież do inteligencji. Nie troszczyli się o to wcale.
To zdanie jest ostrzejsze niż wszystkie późniejsze statystyki rekrutów. Pensja to nie wieś z Polesia, gdzie kowal wyrywał ząb obcęgami. Pensja to domy, w których czytano gazety, posyłano córki do szkół i uważano się za warstwę, która wie lepiej. A w ustach córek sterczały dwa pokolenia zębów, bo nikt nie zdjął mleczaków, gdy wyrzynały się stałe. Szczęka rosła krzywo. Ząb stały wypychany przez mleczny szedł w bok. Rodzice tego nie widzieli albo nie chcieli widzieć.
Wizyta Chrostowskiego na pensji nie była kaprysem. Wypływała z tego, co oglądał w gabinecie. Młodzi pacjenci przychodzili z zaniedbaniem, którego nie dało się zrzucić na biedę. Bieda tłumaczy brak szczoteczki. Nie tłumaczy dwóch rzędów zębów u dziewczyny z domu, który stać było na pensję.
Dlatego odczyt nie mógł być grzeczny. Musiał powiedzieć na głos to, czego salon nie mówił: inteligencja też nie myje zębów dzieciom.
Gabinet w Jagielle i godziny, które nie kończyły się ze zmrokiem
Niepokój o młodzież nie wygasł po jednej pogadance. Chrostowski podjął wieloletnią pracę w gabinecie dentystycznym Gimnazjum Władysława Jagiełły. Był tam jeszcze przed 1924 rokiem. Szkoła, która wyprowadzała płockich chłopców w świat urzędów, wojska i uniwersytetów, dostała lekarza, który patrzył im w usta, zanim zdążyli zostać panami.
To była praca niewdzięczna i precyzyjna. Uczeń nie przychodził sam z siebie. Przyprowadzał go regulamin, ból albo nauczyciel. W gabinecie szkolnym nie robiło się koron ze złota dla salonów. Robiło się to, czego salon nie chciał widzieć: usuwało się zęby, które psuły zgryz, czyściło się to, co rodzice odkładali „na wakacje”, uczyło się, że szczoteczka nie jest przedmiotem luksusu.
Jednocześnie Chrostowski prowadził praktykę prywatną. Późnymi godzinami wykonywał prace protetyczne. Obraz jest prosty i ciężki. Dzień należał do szkoły, kasy i miasta. Noc — do pracowni, w której powstawały protezy. Lekarz o niespożytej sile i energii: tak zapamiętano ten rytm. Nie był to komplement salonowy. Był opisem człowieka, który nie umiał zostawić niedokończonej szczęki na jutro.
Do 1939 roku zajmował kierownicze stanowisko w Ubezpieczalni Społecznej, dawnej Kasie Chorych. Tam dentystyka przestawała być usługą dla tych, których było stać na ogłoszenie w gazecie. Stawała się świadczeniem. Kto kierował takim gabinetem, decydował, czy robotnik i urzędnik dostaną plombę, czy tylko ekstrakcję. Chrostowski znał obie strony miasta: pensję, na której córki miały dwa rzędy zębów, i kasę, do której schodzili ludzie po całym dniu pracy.
Prezes straży, radny, człowiek ratusza
Ochotnicza Straż Pożarna w Płocku istniała od 1874 roku. Była jedną z tych instytucji, które w zaborze rosyjskim uczyły Polaków działać razem, zanim wolno im było rządzić. Prezesura w straży nie była funkcją honorową. Znaczyła dyżury, zbiórki, pieniądze na sprzęt, powagę wśród druhów i odpowiedzialność, gdy nad miastem stawał dym.
Chrostowski został prezesem. Został też radnym miasta i członkiem wielu komisji mających siedzibę w ratuszu. Ten zestaw funkcji układa się w portret, którego Płock międzywojenny potrzebował bardziej niż kolejnego specjalisty z ładną tabliczką. Potrzebował człowieka, który wie, jak wygląda szkoła od środka, jak pachnie gabinet kasy chorych i jak gaszono pożar na przedmieściu.
W ratuszu komisje nie były teatrem. Dzieliły pieniądze, etaty, lokale. Dentysta, który zasiadał przy stole z prezydentem i ławnikami, wnosił do tych sporów coś, czego nie miał urzędnik: wiedzę o ciałach mieszkańców. Widział, co dzieje się w ustach dziecka z pensji i rekruta z kasy. Widział, że miasto może brukować ulice i wciąż hodować próchnicę.
W Kasie Chorych, a potem w Ubezpieczalni, ta wiedza nabierała wagi administracyjnej. Gabinet ubezpieczeniowy nie przyjmował po znajomości. Przyjmował według list i godzin. Kto stał na jego czele, musiał godzić kolejkę z sumieniem: zdążyć przed ropniem, nie odesłać dziecka, nie zużyć materiału, którego nie starczało. Chrostowski robił to do września 1939. Wojna zastała go na stanowisku, którego nie dało się pełnić anonimowo.
Nie zachowały się stenogramy jego wystąpień. Został rytm życia: gabinet, szkoła, straż, ratusz, znowu gabinet, późny wieczór nad protezą. Przez czterdzieści lat ten rytm był tak oczywisty, że miasto uznało go za część krajobrazu. Krajobraz, jak wiadomo, zauważa się dopiero wtedy, gdy go zabraknie.
9 kwietnia 1940
Płock od września 1939 roku leżał w Rejencji Ciechanowskiej, wcielony do Rzeszy. Niemcy nie traktowali go jak Generalnego Gubernatorstwa. Traktowali jak ziemię, którą trzeba oczyścić z polskiej warstwy kierowniczej. Jesienią i zimą 1939 roku w lasach łąckich i brwileńskich ginęli nauczyciele, działacze, urzędnicy. W lutym 1940 wywieziono z Płocka arcybiskupa Antoniego Juliana Nowowiejskiego i biskupa Leona Wetmańskiego.
Wiosną przyszła kolejna fala. Policja bezpieczeństwa przeprowadziła aresztowania od 4 do 9 kwietnia. Z Płocka i powiatu zabrano około dwóch tysięcy osób: nauczycieli, urzędników, księży, rolników. Osadzano ich w więzieniu karnym, potem pędzono do obozu w Działdowie, dawnych polskich koszarach, które Niemcy zamienili w Lager Soldau. Stamtąd drogi rozchodziły się do Dachau, Mauthausen i Gusen.
9 kwietnia 1940 roku w grupie czterystu osób gestapo aresztowało Szymona Tadeusza Chrostowskiego. Miał siedemdziesiąt dwa lata. Był „czterdziestoletnim praktykiem” miasta — nie czterdziestolatkiem, lecz człowiekiem czterdziestu lat pracy. Zabrano też Marię Śmigielską-Chrostowską, jego synową, lekarkę dentystkę, która rok wcześniej otworzyła gabinet przy Sienkiewicza i zorganizowała pracownię u Szarych Urszulanek.
Aresztowania inteligencji nie były ślepym łapaniem z ulicy. Niemcy wiedzieli, kogo biorą. Prezesa straży. Radnego. Kierownika gabinetu ubezpieczalni. Lekarza szkolnego. Człowieka, który od 1907 roku uczył Płock myć zęby i od jeszcze dłużej zszywał miasto funkcjami, których nie da się pełnić w ukryciu. Lekarze w pierwszych dniach wojny opatrzyli rannych żołnierzy. To też zapamiętano.
Z Działdowa Chrostowskiego wywieziono do Dachau. Synowa poszła inną drogą: z Działdowa do Ravensbrück. Po trzech miesiącach, dzięki staraniom doktor Stefanii Kamińskiej, wróciła do Płocka w sierpniu 1940 roku i stanęła przy fotelu w klinice doktora Przetaka. Teść już nie wrócił.
Dachau, 4 lutego 1941
Dachau było jednym z najstarszych obozów Rzeszy i jednym z tych, do których w 1940 roku spływała polska inteligencja z ziem wcielonych. Ginęli tam księża, nauczyciele, urzędnicy, lekarze. Ginęli na plantacji ziół, w komandach, w rewirze, od chorób, od bicia, od rozmyślnego mordu.
4 lutego 1941 roku Szymon Tadeusz Chrostowski został zamordowany. Miał siedemdziesiąt trzy lata. Od przyjazdu z Ostrołęki minęło czterdzieści jeden lat i kilka tygodni. Od odczytu o pielęgnowaniu zębów — niemal trzydzieści cztery.
Nie znamy ostatniego dnia. Znamy tylko datę i miejsce. Obóz nie wystawiał rodzinie protokołu z godziną i przyczyną, którą można by uczciwie odczytać. W płockiej pamięci zapisano śmierć słowami, których nie trzeba upiększać: zginął z rąk niemieckich oprawców, pozostawiając wspomnienie szlachetnego, zacnego człowieka — lekarza i patrioty.
Między kwietniem a lutym minęło dziesięć miesięcy. Dla siedemdziesięciolatka, wyrwanego z fotela i ratusza, każdy z tych miesięcy był osobną karą. Dachau roku 1940 i początku 1941 nie było jeszcze fabryką śmierci w sensie Birkenau. Było obozem, w którym śmierć przychodziła codziennie, po trochu i nagle, i w którym polska inteligencja z ziem wcielonych miała zniknąć tak, by w miastach takich jak Płock nie zostało komu uczyć, leczyć i gasić.
W tym samym czasie z rąk niemieckich zginęła też lekarz stomatolog Janina Dzięgielewska. Gabinety, które przed wojną mnożyły się przy Kolegialnej, Grodzkiej i Sienkiewicza, w okupowanym Płocku skurczyły się do dwóch miejsc, w których Polakom wolno było leczyć zęby pod niemiecką kontrolą. Jeden z nich prowadził Dymitr Kolimeczkow. Drugi, później, doktor Frankowska. Reszta lekarzy została wysiedlona, aresztowana albo zamilkła.
Chrostowskiego nie było wśród nich. Był już w spisie umarłych Dachau.
Ciekawostki i kontekst
Rok 1907, w którym Chrostowski mówił o zębach, był w Płocku rokiem zwykłym i niepokojnym zarazem. Królestwo żyło jeszcze pod rosyjską administracją. Szkoły były terenem rusyfikacji i cichego oporu. Higiena wychowawcza brzmiała jak temat neutralny, więc można było o niej mówić publicznie. W praktyce była recenzją domów, które uważały się za światłe.
Dwa rzędy zębów to nie metafora. To obraz kliniczny: ząb mleczny nie wypadł, ząb stały wyrżnął się obok albo za nim, powstaje szczęka dziecka z dobrego domu. Dziś ortodonta prostuje to aparatami. W 1907 roku w Płocku aparat był rzadkością, a wiedza rodziców — jeszcze większą. Odczyt Chrostowskiego był więc nie tylko lekcją szczoteczki. Był lekcją wstydliwą.
Gimnazjum Jagiełły, w którym pracował, było szkołą o piastowskim imieniu w mieście, które dopiero co wyszło z guberni. Gabinet dentystyczny wewnątrz takiej szkoły oznaczał, że państwo — najpierw jeszcze rozbiorowe, potem już polskie — zaczyna uważać uzębienie ucznia za część wychowania. Chrostowski wszedł w ten proces wcześniej, niż ministerstwo zdążyło go w 1929 roku uczynić obowiązkowym.
Straż ogniowa i rada miasta dopełniają portretu człowieka stanów pośrednich. Nie był biskupem ani prezydentem. Był tym, bez kogo biskup i prezydent nie mają kim gasić pożaru i komu powierzyć komisję. Tacy ludzie ginęli w akcji przeciw inteligencji w pierwszej kolejności, bo okupant rozumiał ich wagę lepiej niż niejedno polskie ministerstwo.
Synowa, Maria Śmigielska-Chrostowska, dyplom lekarki dentystki otrzymała w grudniu 1935 roku, pracowała w klinice chirurgii profesora Meissnera w Warszawie, zorganizowała gabinet u Szarych Urszulanek przy Dobrej i etat w Banku Polskim. Aresztowana razem z teściem, ocalała. Wracała do fotela, przy którym nie było już człowieka, który przez czterdzieści lat uczył to miasto, że ząb boli wszystkich — także panienki z pensji.
Znaczenie historyczne
Historia Szymona Tadeusza Chrostowskiego jest historią polskiej prowincji, która w jednym człowieku zebrała szkołę, straż, ratusz i gabinet, a potem straciła go w jednym kwietniowym dniu.
Po pierwsze, pokazuje, jak późno i jak krucho zakorzeniała się w Płocku myśl, że zęby dziecka są sprawą publiczną. Odczyt z 1907 roku i gabinet w Jagielle były próbą przeniesienia dentystyki z rynku ogłoszeń do wychowania. Źródłem tej próby nie był dekret. Był lekarz, który wszedł na pensję, policzył mleczaki i nie umiał milczeć.
Po drugie, przypomina, czym była inteligencja miejska Rzeczypospolitej. Nie tylko literatami i profesorami. Także dentystą, który wieczorem giął klamry protezy, a w dzień podpisywał protokół komisji. To właśnie tę warstwę Niemcy w Rejencji Ciechanowskiej uznali za przeszkodę. Aresztowania z 4–9 kwietnia 1940 roku nie były epizodem wojennym. Były metodą. Z Płocka i powiatu zabrano około dwóch tysięcy osób. Chrostowski szedł w tej liczbie jako prezes, radny i lekarz. Dlatego jego śmierć w Dachau 4 lutego 1941 roku nie jest tylko biografią jednego medyka. Jest datą, w której miasto straciło człowieka-instytucję.
Po trzecie, zostawia pytanie, które w 2026 roku — osiemdziesiąt pięć lat po śmierci, osiemdziesiąt sześć po aresztowaniu — wciąż należy do Płocka. Ile funkcji może unieść jeden obywatel, zanim miasto uzna, że „jakoś to będzie”? Chrostowski unosił ich za wielu. Gdy gestapo zamknęło drzwi, okazało się, że za każdą z tych funkcji stała nie komisja, tylko on.
Zostały dwa rzędy zębów na pensji i data w kalendarzu Dachau. Między nimi — czterdzieści lat praktyki, której Płock nie zdążył uznać za skończoną.