Wojna weszła do Płocka o świcie. Pierwszego września 1939 roku bomby spadły na Wyszogrodzką, Słoneczną, Błonie i Radziwie. Miasto, które przez całe dwudziestolecie żyło z obsługi rolniczego zaplecza, nie miało wielkich kominów ani hal zbrojeniowych. Miało trzy fabryczki maszyn i narzędzi rolniczych, kilka młynów, rzeźnię, dwie stocznie i tartaki. Spełniało rolę ośrodka usługowego dla swojego regionu. Ten charakter zachowało także pod okupacją. I właśnie dlatego okupant tak szybko zrozumiał, do czego może je użyć.
Płock nie został zburzony w wrześniu. Większe straty odniosło tylko Radziwie, gdzie spłonęła drewniana zabudowa Dobrzykowskiej. Przy rozwiniętym zapleczu rolniczym i zakładach przetwórstwa miasto w pierwszych miesiącach wojny stanowiło bazę żywieniową dla Warszawy i Łodzi. Potem przyszła inna decyzja. Ósmego października 1939 roku dekret kanclerza Rzeszy wciągnął Płock do prowincji Prus Wschodnich, do rejencji ciechanowskiej. Powiaty płocki, sierpecki, płoński, ciechanowski, nowodworski, pułtuski, ostrołęcki, mławski i przasnyski nazwano Südostpreussen, południowo-wschodnimi Prusami. Miasto przestało być polskim ośrodkiem powiatowym. Stało się przyczółkiem Rzeszy na północnym Mazowszu.
W tym nowym porządku warsztaty, które od pokoleń karmiły pola kieratami, młockarniami i sieczkarniami, miały karmić front. Z czterech płockich zakładów Niemcy złożyli jedno przedsiębiorstwo. Nazywało się Maschinen-Industrie Plock. Najpierw jeszcze toczyło koła do wozów i odlewało części do bron. Potem, po napaści na Związek Radziecki, piec odlewni zaczął dawać półfabrykat na trzysta trzydzieści granatów. Od 1943 roku aż do szesnastego stycznia 1945 ta liczba powtarzała się przy każdym spuście.
Osiemdziesiąt trzy lata później łatwo powiedzieć, że „przestawiono produkcję”. Trudniej wyobrazić sobie halę, w której wczorajszym językiem mówiono o wialniach, a dzisiejszym o moździerzach. Ta zmiana nie spadła z nieba. Była skutkiem zajęcia miasta, zaboru mienia, sprowadzenia dyrektorów, którzy przyjechali się wzbogacić, i pracy kilkuset Polaków, którzy w tych samych murach próbowali przeżyć i – gdy się dało – szkodzić.
Miasto bez wielkiego przemysłu, które nagle dostało komendę wojenną
Przed wrześniem 1939 roku Płock liczył około trzydziestu czterech tysięcy mieszkańców. Nie był Łodzią ani Warszawą. Nie miał kombinatu. Miał rzemiosło, handel, młyny i trzy zakłady, których historia sięgała jeszcze wieku dziewiętnastego. Najstarszy wywodził się z warsztatu Mojżesza Szyi Sarny, założonego w 1870 roku między Sienkiewiczem, Bielską i Królewiecką. Drugi, Maurycego Marguliesa, pracował od 1888 roku, a w schyłku dwudziestolecia mieścił się przy Tumskiej. Trzeci, zakład Anioła Urbańskiego, powstał później, przy Królewieckiej, i żył głównie z remontów. Do tego dochodził warsztat Stefana Suskiego przy Alei 18, dzisiejszej Jachowicza.
To nie była „wielka fabryka”. To były sąsiadujące ze sobą place, składy, odlewnia, stolarnia i mistrzowie, którzy umieli zrobić kierat, wóz i część żeliwną. Właśnie ta bliskość okazała się dla okupanta wygodna. Nie musiał budować nowego zakładu. Wystarczyło zarekwirować to, co już stało w śródmieściu, dołączyć pożydowskie składy tarcicy i ogród Ilińskich, zwozić maszyny z innych punktów miasta i nazwać całość niemieckim przedsiębiorstwem.
Zakłady Sarny i Marguliesa Niemcy zajęli około dziesiątego września 1939 roku, zanim jeszcze opadł kurz wrześniowych bombardowań. Warsztat Suskiego zarekwirowano w tym samym mniej więcej czasie, a maszyny przewieziono do nowego kombinatu. Zakład Urbańskiego wszedł do tej układanki najpóźniej, dwudziestego ósmego lutego 1940 roku. Tego dnia komisarz powierniczy przemysłu maszynowego w Płocku spisał konfiskatę firmy i posesji przy Królewieckiej. Na papierze powstało Maschinen-Industrie. W rzeczywistości powstał organizm złożony z trzech oddziałów, które zachowały pamięć dawnych właścicieli, ale straciły ich władzę.
Trzy oddziały, jeden szyld
Oddział pierwszy – dawna fabryka Sarny – Niemcy przeznaczyli wyłącznie na maszyny i narzędzia rolnicze. Szły stamtąd kieraty, młockarnie, sieczkarnie, wialnie i brony. Przy oddziale pracowała odlewnia, która dawała części żeliwne. Zatrudnienie wynosiło około dwustu pięćdziesięciu robotników. To był największy człon nowego przedsiębiorstwa i jedyny, który jeszcze przez jakiś czas wyglądał tak, jakby wojna nie zmieniła sensu pracy: pole potrzebuje młockarni, więc młockarnię się robi.
Oddział drugi – dawna fabryka Marguliesa – dostał inne zadanie. Miał produkować wozy rolnicze i wojskowe. Żeby zwiększyć moc przerobu drewna, Niemcy ściągnęli tu maszyny zarekwirowane w tartaku Kamińskiego. Pracowało około dwustu ludzi. Wozy nie były niewinnym sprzętem gospodarczym. Armia, która idzie na wschód i stoi na błocie, potrzebuje kół, skrzyń i sań. Płock, miasto nad Wisłą, miał drewno, kołodziejów i stolarnie. To wystarczyło, by z warsztatu od wozów gospodarskich zrobić zaplecze kolumny taborowej.
Oddział trzeci, najmniejszy, powstał z zakładu Urbańskiego. Zajmował się głównie remontami. Pracowało w nim około trzydziestu pięciu robotników. Kierownikiem został volksdeutsch Draheim. Były właściciel, Anioł Urbański, został zatrudniony w charakterze majstra. To jeden z najbardziej gorzkich szczegółów tej historii. Człowiek, którego halę zabrano dekretem, wracał do niej każdego dnia jako podwładny. Piętnastego stycznia 1941 roku wystawiono przepustkę na nazwisko Janiny Urbańskiej, uprawniającą do wejścia na teren zakładu. Papier był niemiecki. Twarz, która go okazywała przy bramie, była płocka.
Razem trzy oddziały dawały około pięciuset robotników. W skali Płocka było to już poważne skupisko. Miasto nie miało licznej klasy fabrycznej, ale miało ślusarzy, formierzy, stolarzy i odlewników, którzy od lat robili to samo. Okupant nie musiał ich uczyć zawodu. Musiał ich zmusić, żeby ten zawód służył komu innemu.
Dyrektorzy, którzy przyjechali się odżywić
Na czele Maschinen-Industrie stawali kolejno inżynier Kluge, Börstinghaus, Cuhls i inżynier Gruber. Wszyscy przyjechali z Rzeszy. Relacje pracowników malują ich podobnie: ludzie, którzy widzieli w Płocku okazję do odżywienia się i wzbogacenia. Rozwój zakładu interesował ich mniej niż zysk z mienia i z pracy Polaków. Inne sprawy traktowali marginesowo.
Mieli pomocników. Kipper, członek SA, był powszechnie nazywany psem Klugego. Jego atrybutem była dębowa pałka, którą bił robotników. Stąd drugie przezwisko: Holzhammer, drewniany młot. Alfred Gross, volksdeutsch z Meszewa koło Płocka, kierował sprawami technicznymi. Był fanatycznym hitlerowcem, członkiem NSDAP od 1937 roku. W 1944 zmobilizowano go i wysłano na front. Kruska, kierownik oddziału wozów, pochodził z Prus Wschodnich. Był alkoholikiem i przy każdej okazji dawał Polakom odczuć, że uważa ich za ludzi drugiej kategorii.
Nie wszyscy Niemcy w zakładzie zachowywali się tak samo. Draheim w wydziale remontowym wobec Polaków bywał poprawny i umiarkowany. To nie czyniło z niego sprzymierzeńca. Robiło z niego wyjątek, który załoga umiała odróżnić od Kippera.
Po Klugem, który wyjechał na „bardziej intratny obiekt”, przyszedł Börstinghaus, z zawodu handlowiec. Był pod silnym wpływem przyjaciółki, która praktycznie rządziła zakładem i wykorzystywała pracę Polaków do celów osobistych. Fabryka maszyn stała się wtedy nie tylko filią wojennej gospodarki Rzeszy, lecz także prywatnym łupem ludzi, którzy znaleźli się na prowincji z dala od berlińskiej kontroli.
Następny dyrektor, Cuhls, był spokrewniony z Erikiem Kochem, nadprezydentem i gauleiterem Ciechanowa. Koligacja otwierała drzwi. Przy akceptacji gauleitera Cuhls przyłączył do Maschinen-Industrie stocznię rzeczną – warsztaty Dominika, Winiarkiewicza i Małkiewicza. Marzył o wielkim przedsiębiorstwie pod nazwą Erich Koch Stiftung. Plan się rozsypał. Cuhls popadł w kłopoty finansowe, spowodował pożar w stoczni i wyjechał z Płocka. Stocznię odłączono. Fabryka zaczęła podupadać. Wtedy Niemcy powołali Grubera, Bawarczyka, który przynajmniej znał zawód.
Ta karuzela dyrektorów mówi o Maschinen-Industrie więcej niż tabliczka na bramie. Zakład nie był dla nich inwestycją w przyszłość miasta. Był kopalnią, z której wydobywa się, póki można. Kiedy obiekt przestawał być wygodny, szukano innego.
Po dwudziestym drugim czerwca piece miały służyć frontowi
Napaść Niemiec na Związek Radziecki zmieniła rachunek. Dotąd Maschinen-Industrie mogło jeszcze udawać, że jest fabryką rolniczą w niemieckim mieście wcielonym do Prus. Teraz front wschodni pożerał sprzęt, amunicję i tabor. W Płocku ograniczono liczbę wozów i maszyn rolniczych do niezbędnego minimum.
Oddział pierwszy, ten od kieratów i młockarni, przestawiono na granaty ręczne i elementy do łodzi desantowych. Oddział drugi, ten od wozów, całkowicie przeszedł na sanie wojskowe i przyczepy czołgowe opancerzane blachą. W oddziale trzecim polecono produkować generatory na gaz drzewny. Według relacji Anioła Urbańskiego miały służyć do odladzania samolotów.
Największe nadzieje Niemcy wiązali z odlewnią. Chcieli uruchomić w niej produkcję granatów. Kierownikiem odlewni był A. Andrzejewski, człowiek dobrze władający niemieckim. On pierwszy usłyszał o planach i w miarę skromnych możliwości odwlekał dzień przestawienia. Wynajdował trudności organizacyjne i produkcyjne, które rzekomo stały na przeszkodzie. To nie była heroiczna scena z afisza. To była praca na zwłokę, prowadzona językiem technologii: brak form, zły skład wsadu, niegotowe oprzyrządowanie, zbyt wąskie gardło pieca.
Nacisk rósł. Załoga, nie chcąc ściągnąć na siebie surowych represji, przystąpiła wreszcie do uruchomienia produkcji granatów moździerzowych. Prace zakończono w 1943 roku. Od tego roku aż do szesnastego stycznia 1945 w odlewni trwała produkcja. Jeden spust z pieca dawał półfabrykat na trzysta trzydzieści granatów.
Trzysta trzydzieści. Liczba jest sucha i przez to tym bardziej okrutna. Piec, który przez dziesięciolecia karmił pługi i koła, zaczął karmić moździerze. Formierze, którzy umieli odlać piastę i zębatkę, odlewali teraz korpus, który miał wybuchnąć gdzieś na wschodzie. W tym samym mieście, w którym jeszcze niedawno mówiono o żniwach, mówiono o normie amunicyjnej.
Nie znaczy to, że produkcja szła tak, jak chciał okupant. W relacjach z zakładu powraca ten sam trop: zły wytop, który nie wytrzymywał parametrów. Sprawcą miał być właśnie kierownik odlewni. Obok tego były inne, „małe” sabotaże. Uszkodzona sztanca i nożyce mechaniczne. Koła zębate do kieratów rozsadzone klinami. Złe trasowanie drewna na wozy i koła, które dawało dużo odpadów – a odpady szły potem na opał dla Polaków. Przedłużane przygotowania do produkcji generatorów. Zabierane pasy transmisyjne. Kraksy przy ładowaniu sań wojskowych.
To nie był jeden wielki wybuch. To była codzienność ludzi, którzy wiedzieli, że otwarty bunt kończy się łapanką, a źle ustawiona forma może wyglądać jak wypadek. W Maschinen-Industrie sabotaż miał często twarz technologii.
Autohof przy Tumskiej, czyli drugi zakład w tych samych murach
Niezależnie od Maschinen-Industrie Niemcy urządzili przy Tumskiej 2, w dawnej giserni Marguliesa i pomieszczeniach sąsiednich, przedsiębiorstwo naprawcze pojazdów. Nazywało się Autohof. Wyposażyli je w znaczną liczbę maszyn i urządzeń. Zatrudnienie wynosiło około dwustu osób. W warunkach płockich był to zakład duży. Miesięcznie wychodziło stamtąd osiem do dziesięciu kapitalnych remontów samochodów.
Warunki dla polskich robotników były okropne. Płace niskie, traktowanie złe, bicie częste i często bez powodu. Autohof nie produkował granatów. Produkował sprawność kolumny samochodowej. W gospodarce okupowanego miasta naprawiony samochód był równie ważny jak odlany korpus. Front potrzebował i amunicji, i kół.
Kiedy front niemiecki na wschodzie zaczął się załamywać, z zakładu zaczęto wysyłać ludzi do kopania okopów. Kobiety z administracji przesunięto do produkcji. W sierpniu 1944 prawie całą załogę wywieziono do Boryszewa pod Płockiem. W hali zostało siedmiu robotników, Anioł Urbański i Engelke. Engelke, Parteigenossin, w relacjach Urbańskiego jawi się jako osoba, która w każdym geście węszyła sabotaż i pilnowała dyscypliny z zawziętością funkcjonariuszki, nie majstra.
Przez około dziesięć dni pozostali w zakładzie robili trzonki do szpadli i doraźne zlecenia wojska. Potem załoga wróciła z okopów i dyscyplina pękła. Nie wszyscy przychodzili do pracy. To też jest portret końca okupacji: nie tylko rozkaz demontażu, ale najpierw rozluźnienie, które przychodzi, gdy widać, że Rzesza już nie jest wieczna.
Szesnastego stycznia 1945 roku Gruber, powołany już do Landschutzu, kazał zdejmować maszyny z fundamentów i wystawiać je na podwórze. W odlewni miały być zerwane formierki. Niemcy liczyli, że park maszynowy wyjdzie z miasta razem z nimi. Tego dnia produkcja granatów się urwała. Maszyny, wbrew zamiarowi okupanta, zostały na placu. To już osobna opowieść o ludziach, którzy celowo ociągali demontaż. Tu wystarczy powiedzieć: piec zamilkł nie dlatego, że wyczerpał się wsad. Zamilkł dlatego, że wojna, która go przestawiła, sama się w Płocku skończyła.
Miasto wokół bramy fabrycznej
Maschinen-Industrie nie wisiało w próżni. Działało w mieście, które okupant przebudowywał od fundamentów. Płock włączono do Rzeszy, nie do Generalnego Gubernatorstwa. To oznaczało inną politykę: nie tylko eksploatację, lecz germanizację przestrzeni. Volksdeutsche i były pastor Adolf Schendel zapowiadali, że z Płocka zrobi się miasto godne królów pruskich. W praktyce znaczyło to listy proskrypcyjne, łapanki, wysiedlenia i przejmowanie sklepów.
Już na przełomie 1939 i 1940 roku Niemcy brali w posiadanie większe sklepy żydowskie, składy węgla, placówki handlowe i przemysłowe. Od kwietnia 1941 przejmowali wszystkie sklepy polskie, potem handel, rzemiosło, ogrodnictwo i usługi. Lokale modernizowano i łączono w większe jednostki. Najstarszą w Polsce spółdzielnię spożywców „Zgoda” po likwidacji spółdzielczości przekazano niemieckiej spółce Thimmig und Vonau. Z komasacji prywatnych firm budowlanych powstały Gilwald, Grabowsky i Wittrock. Zamiast polskich banków stanęły dwa niemieckie.
W tle tej gospodarki toczyła się polityka krwi. W styczniu 1940 roku około stu pensjonariuszy Domu Starców i Zakładu św. Józefa wywieziono do lasu brwileńskiego i rozstrzelano. W lutym gestapo weszło do pałacu biskupiego. Arcybiskup Antoni Julian Nowowiejski i biskup Leon Wetmański trafili najpierw do Słupna, potem do Działdowa, gdzie w czerwcu 1941 ponieśli śmierć. W dniach od piątego do ósmego kwietnia 1940 roku największa łapanka zgarnęła ponad czterysta osób – nauczycieli, prawników, księży, urzędników, przedsiębiorców, działaczy. Większość zmarła w obozach. Osiemnastego września 1942 na placu w dzielnicy żydowskiej powieszono trzynastu uczestników ruchu oporu.
Wysiedlenia szły falami. Dwudziestego pierwszego listopada 1939 – około trzystu osób. Trzynastego grudnia 1940 – około tysiąca, głównie zamożniejszych rzemieślników i kupców. Siedemnastego lutego 1941 – największe w historii miasta: ponad pięć tysięcy mieszkańców. Część przez Działdowo szła do obozów, reszta wagonami do Generalnego Gubernatorstwa. Segregacja odbywała się na podwórzu Gimnazjum im. Reginy Żółkiewskiej, które zajął trzynasty batalion policji.
Ludność żydowską zmuszono do noszenia żółtych kół na plecach i lewej stronie piersi. Zamkniętego getta w Płocku nie było. Do końca 1940 Żydzi mieszkali w całym mieście, potem zgrupowano ich przy Sienkiewicza, Tumskiej, Grodzkiej i Bielskiej – a więc w tym samym kwartale, w którym stały hale maszyn. W marcu 1941 przez dwa dni i noce wywieziono ich w okolice Piotrkowa i Częstochowy. Do opróżnionych mieszkań wprowadzono Polaków. Część budynków wyburzono.
To wszystko działo się po sąsiedzku z odlewnią. Robotnik, który rano stawał przy formie, wracał wieczorem do miasta, z którego znikali sąsiedzi. Fabryka nie była azylem. Była jednym z nielicznych miejsc, gdzie Polak w wieku produkcyjnym mógł jeszcze dostać kartę pracy – i jednocześnie miejscem, z którego Arbeitsamt czerpał ludzi na wywóz w głąb Rzeszy.
Ciekawostki i kontekst
W Maschinen-Industrie widać jak w soczewce cały model gospodarki wcielonych ziem. Najpierw grabież gotowego warsztatu. Potem utrzymanie produkcji rolniczej, bo Rzesza też jeść musi. Następnie, gdy otwiera się front wschodni, gwałtowne przestawienie na amunicję, tabor i gaz drzewny. Na końcu próba wywiezienia maszyn, gdy front przychodzi z drugiej strony.
Mało znanym szczegółem jest rola stoczni. Cuhls nie zadowolił się trzema oddziałami w śródmieściu. Chciał dołożyć warsztaty rzeczne i ogłosić fundację imienia Kocha. Płock miał być nie tylko miastem młockarni, lecz ogniwem większego kombinatu nazwanego nazwiskiem gauleitera. Pożar w stoczni i kłopoty finansowe przekreśliły ten plan. Został ślad: nawet tu, nad Wisłą, ambicja okupanta wyprzedzała jego zdolność organizacyjną.
Inny szczegół dotyczy drewna. Oddział wozów nie wziął się z ideologii. Wziął się z tartaku Kamińskiego i ze składów tarcicy, które po żydowskich właścicielach leżały między zakładami. Wojna spięła w jedną sieć to, co przed 1939 było osobnymi firmami: metal, odlew, drewno, koło. Dlatego przestawienie na sanie i przyczepy czołgowe mogło nastąpić tak szybko. Park maszynowy już tu był. Zmieniło się tylko zlecenie.
Generator na gaz drzewny brzmi dziś jak osobliwość. W czwartym i piątym roku wojny był odpowiedzią na brak paliw. Relacja, że płockie urządzenia miały iść do odladzania samolotów, pokazuje, jak daleko od pola uprawnego zaszedł zakład, który jeszcze niedawno reklamował pługi i sieczkarnie. Z tej samej hali mogła wyjechać część do wialni i część do maszyny, która miała utrzymać skrzydło w powietrzu.
Autohof po wojnie nie zniknął wraz z tabliczką. Przez wiele miesięcy po styczniu 1945 remontował samochody dla Armii Czerwonej i potrzeb frontu, który toczył się już na zachód. To gorzka ciągłość: te same stanowiska, inny mundur po drugiej stronie bramy, wciąż ta sama umiejętność złożenia pojazdu.
Wreszcie liczba trzysta trzydzieści. Nie znamy dziennej liczby spustów ani tego, ile korpusów ostatecznie przyjęto jako zgodne z normą. Wiemy, że od 1943 do połowy stycznia 1945 piec pracował pod ten właśnie rozmiar. Wiemy też, że część odlewów celowo nie trzymała parametrów. Między tymi dwoma faktami mieści się cała etyka okupacyjnej hali: robić dość, żeby nie zginąć, i dość źle, żeby nie przyspieszyć cudzej wojny.
Znaczenie historyczne
Maschinen-Industrie było czymś więcej niż epizodem w dziejach jednej firmy. Okupant, łącząc prywatne zakłady Sarnów, Marguliesów, Urbańskiego i Suskiego oraz zwożąc maszyny z innych punktów miasta, stworzył w śródmieściu bazę techniczną zdolną i do wyrobu maszyn, i do ich remontu, i do odlewu amunicji, i do naprawy samochodów. Tego Płock przed wojną nie miał w takiej skali. Miał trzy fabryczki. Wyszedł z okupacji z jednym organizmem przemysłowym i z załogą, która umiała obsługiwać piec, tokarkę i skrzynię biegów.
Ta baza, ocalona w styczniu 1945, stała się punktem wyjścia Płockich Zakładów Maszynowych, a potem Fabryki Maszyn Żniwnych. Żniwiarki, a później kombajny, które przez dekady wychodziły z Płocka, nie narodziły się w próżni. Narodziły się z warsztatów, które Niemcy chcieli zamienić w filię frontu, i z ludzi, którzy w tych warsztatach zostali. Gdy w czerwcu 1945 ruszono znów wialnie, młockarnie, kieraty i sieczkarnie, wracano do języka, który zakład znał przed przestawieniem. Piec umiał znowu odlewać część do maszyny polowej, nie korpus granatu.
Dla historii miasta ma to podwójne znaczenie. Po pierwsze pokazuje, czym była aneksja do Rzeszy w codzienności gospodarczej. Płock nie był tylko miejscem łapanek i wysiedleń. Był też miejscem, w którym gospodarkę podporządkowano wojnie, a wojnę wpisano w plan germanizacji. Po drugie pokazuje granicę tej władzy. Dyrektorzy przyjeżdżali i wyjeżdżali. Koch miał dostać fundację swojego imienia. Formierki miały zostać zerwane z fundamentów. Nic z tego nie ułożyło się według rozkazu. Zostały hale, został park maszynowy, została pamięć, że z jednego pieca można było wyciągnąć trzysta trzydzieści granatów – i że ten sam piec, kilka miesięcy później, znów służył polu, nie frontowi.
W 2026 roku mija osiemdziesiąt pięć lat od chwili, gdy po napaści na Związek Radziecki płockie młockarnie dostały nowe zadanie, i osiemdziesiąt trzy lata od uruchomienia produkcji granatów moździerzowych. Te rocznice nie obchodzą się paradą. Obchodzą się pytaniem, które wciąż stoi przy Sienkiewicza, Bielskiej, Królewieckiej i Tumskiej: co zostaje z miasta, kiedy zabierają mu właścicieli, szkoły i sąsiadów, a zostawiają tylko warsztat i rozkaz. W Płocku zostało więcej, niż okupant zamierzał. Została umiejętność, która przeżyła i granat, i sanie, i generator. I została liczba, której nie da się już oderwać od tej historii. Trzysta trzydzieści z jednego pieca.