Trzy ruble zostawiało się u księgarza, zanim wzięło się tom. Nie za książkę. Za prawo, żeby ją na miesiąc wynieść. Do tego dochodził abonament, od trzydziestu do osiemdziesięciu kopiejek, i katalog, za który też trzeba było zapłacić. W gubernialnym Płocku drugiej połowy XIX wieku czytanie na kredyt zaufania nie istniało. Istniał zastaw.

Miasto liczyło wtedy około dwudziestu tysięcy stałych mieszkańców. Darmowej czytelni nie miało. Warszawa miała bezpłatne sale Towarzystwa Dobroczynności. Prowincji władze carskie takiej sali nie dały. Kto chciał powieść, szedł na Grodzką, na Tumską albo na Stary Rynek, do człowieka, który sprzedawał i pożyczał. W latach 1864–1892 w całym Królestwie poza stolicą działało osiemdziesiąt sześć wypożyczalni, sześćdziesiąt osiem przy księgarniach. Płock nie wymyślił innej drogi. Wymyślił cenę.

Lada, przy której płaciło się dwa razy

Wypożyczanie przy księgarni nie było płockim wynalazkiem. Zaczęło się jeszcze w oświeceniu. Księgarze ogłaszali zbiory po francusku jako cabinet de lecture, po niemiecku jako Leihbibliothek. Gdy przyszedł popyt na książkę polską, francuską nazwę przełożono na „czytelnię”. Brzmiało godniej niż „wypożyczalnia”. Rachunek zostawał ten sam. Tom wychodził z lokalu, więc właściciel chciał gwarancji, że wróci.

Kaucja wynosiła najczęściej trzy ruble, rzadziej dwa. Abonament miesięczny wahał się od trzydziestu do osiemdziesięciu kopiejek za trzy albo cztery książki naraz. U Mejera Bukiego, który w lutym 1885 roku otworzył wypożyczalnię na Starym Rynku, sześć tomów kosztowało siedemdziesiąt pięć kopiejek, osiem tomów dziewięćdziesiąt, dziesięć tomów rubla. Kto chciał wiedzieć, co wolno wziąć, kupował najpierw spis. Katalog był osobną pozycją w wydatkach, nie uprzejmością firmy.

Trzy ruble w latach osiemdziesiątych nie były drobną monetą dla czeladnika ani dla wdowy po oficjaliście. To była suma odkładana na chorobę, na składkę, na buty przed zimą. Zostawiona u księgarza, leżała tam tak długo, jak długo człowiek chciał być abonentem. Dało się ją odzyskać. Trzeba było jednak ją mieć. Osiemdziesiąt kopiejek miesięcznie wyglądało skromniej, dopóki nie położyło się ich obok czynszu za izbę i obok ceny chleba. Rok tańszego abonamentu, przy trzydziestu kopiejkach, dawał trzy ruble sześćdziesiąt. Rok droższego zbliżał się do dziesięciu. Do tego kaucja, która przez ten czas nie pracowała w domu. Czytanie było usługą dla ludzi z szufladą.

Buki obiecywał w ogłoszeniu arcydzieła „treści poważnej i beletrystycznej oraz wydania najnowsze”, uzupełniane wszelkimi nowościami. Nowość też miała cenę. Kto brał dziesięć tomów naraz, płacił rubla miesięcznie i zostawiał trzy. W domu urzędnika albo w mieszkaniu kupca taki wydatek mieścił się między prenumeratą pisma a korepetycjami syna. W izbie rzemieślnika przy którejś z bocznych ulic mieścił się rzadko.

Kto zostawiał trzy ruble

Ksiąg abonamentowych nie znamy. Zostaje przypuszczenie, oparte na cenie i na tym, do kogo nawoływała miejscowa prasa. Najpewniej byli to urzędnicy gubernialni, młodzież szkolna, warstwa kupiecka i okoliczna szlachta. Niezamożne mieszczaństwo i rzemieślnicy stanowili mniejszość. „Korespondent Płocki” nie wołałby o czytelnię bezpłatną, gdyby płatna sięgała tych, którzy książki potrzebowali najbardziej.

Urzędnik miał pensję, adres i nawyk załatwiania sprawy przy ladzie. Dla niego trzy ruble były kaucją, nie majątkiem. Syn z gimnazjum przychodził po powieść, często na nazwisko ojca. Kupiec, który i tak bywał u Kempnera albo u Bukiego po kajet, nuty i papier listowy, dopisywał abonament do rachunku sklepu. Szlachcic z powiatu mógł w ogóle nie wchodzić do lokalu. Właściciele oferowali wysyłkę na prowincję, na koszt czytelnika. Dwór za Wkrą, plebania pod Sierpcem, dom rządcy na Zawkrzu dostawały te same tomy, które schodziły z Grodzkiej. Płocka wypożyczalnia była biblioteką powiatu, ale biblioteką dla tych, których stać było na przesyłkę i na zastaw.

Rzemieślnik wypadał z tego kręgu nie tylko przez cenę. Wypadał przez księgozbiór. Na półkach prawie nie było książek pisanych dla odbiorcy ludowego. Wyjątek stanowiły nieliczne pozycje Jana Kantego Gregorowicza. Reszta to powieść, romans, dramat, trochę historii, pod koniec wieku trochę Spencera i Darwina. Osiemdziesiąt procent zbioru Kempnera w latach sześćdziesiątych zajmowały powieści i romanse. Literatura drugo- i trzeciorzędna przeważała, bo schodziła. Czeladnik, nawet gdyby uzbierał kaucję, nie znajdował tam swojej półki. Znajdował Kraszewskiego, Dumasa i Paula de Kocka. To był gust abonenta, nie gust ulicy.

Młodzież stanowiła wyjątek wewnątrz reguły. Wypożyczalnia Bukiego od lutego 1885 roku cieszyła się wzięciem zwłaszcza wśród młodych. Uczeń nie zawsze płacił z własnej kieszeni. Płacił dom, który już miał trzy ruble i który uważał powieść za rzecz stosowną, byle z katalogu, nie z broszury. Gimnazjum samo książki polskiej do przyjemności nie dawało. Dawał ją księgarz, na abonament rodziców. Dlatego „młodzież płocka” w ogłoszeniach i w plotce o wypożyczalni to nie cała młodzież miasta. To ta, której ojcowie bywali na Grodzkiej.

Sześć lad, jedna cena

Między powstaniem a końcem wieku firma się zmieniała, cennik nie. W 1863 roku Bolesław Stablewski otworzył księgarnię na Starym Rynku. Chciał szerzyć kult książki na prowincji. Po powstaniu nie utrzymał handlu i zbankrutował. Zostało puste miejsce. Od 1857 roku współzawodniczył z nim Chaim Rafał Kempner. Pozwolenie na wypożyczalnię dostał w 1858 roku. Syn Ludwik przeniósł firmę w 1883 roku do nowo postawionego domu przy Grodzkiej 14. Tam dotrwała do 1914. W 1878 roku Ludwik założył „wypożyczalnię niemiecką”. „Korespondent Płocki” naliczył w niej dwa tysiące osiemset tomów „dzieł wyborowych”. Niemiecki abonament był osobną usługą dla tych, którzy niemiecki czytali. Nie był usługą tańszą dla tych, którzy po polsku czytali z trudem.

Izydor Wasserman od 1872 do 1887 roku prowadził przy Grodzkiej czytelnię polską i francuską. Francuski w kręgu urzędników i zamożniejszego mieszczaństwa był językiem salonu. Kto go znał, miał u Wassermana, a później u Bukiego, drugą półkę. Katalog francuski Bukiego z 1893 roku liczył sześćset osiem pozycji. Bouvier, Zola, Dumas, Maupassant, Molier. To nie była oferta dla czeladnika. To była oferta dla domu, w którym córka brała lekcje francuskiego, a ojciec zostawiał trzy ruble bez namysłu.

Buki na Starym Rynku wziął młodzież. Adolf Motyl, wcześniej zarządzający księgarnią Wassermana, założył własną w 1886 roku i nie utrzymał jej długo. Przy Tumskiej od 1874 do 1887 roku sklep prowadził Michał Szwarc. Po nim lokal przejął Wacław Bajer. Była to pierwsza od czasów Stablewskiego polska księgarnia w Płocku w drugiej połowie stulecia. W 1888 roku założono przy niej piątą czytelnię. W 1896 roku otworzył się Mieczysław Gutkowski. Sześć firm, wszystkie wypożyczały. W handlu książką największą orientację wykazywali Żydzi. Mieli kapitał obrotowy i drogę do warszawskich drukarni. Cena kaucji od tego nie malała. Polski szyld Bajera nie oznaczał polskiej zniżki.

Gutkowski w 1897 roku nie ogłaszał całego zbioru. Ogłaszał nowości, dwieście czternaście tytułów, z pustymi numerami aż do trzysta dziewięćdziesiątej czwartej pozycji, żeby wpisywać to, co dopiero nadejdzie. W zachowanym egzemplarzu dopisano książki do numeru dwieście trzydzieści trzy. Na tej liście są Rodziewiczówna, Junosza, Gawalewicz, jeden Żeromski, jeden Berent. Nowość była towarem dla abonenta, który już miał kartę. Nie była zaproszeniem dla tych, którzy przy ladzie nigdy nie stali.

Co dało się wynieść za osiemdziesiąt kopiejek

Za miesięczną opłatę nie brało się kanonu szkolnego. Brało się to, co schodziło. Kraszewski bił wszystkich i bił coraz mocniej: pięćdziesiąt dwa utwory u Kempnera w 1864 roku, sto osiem u Bukiego w 1893. Korzeniowski, Syrokomla, Tripplin, potem Orzeszkowa, Sienkiewicz, Jeż, Rodziewiczówna. Z obcych Dumas ojciec, Paul de Kock, Walter Scott, Eugène Sue, później Verne, Jókai, Zola. Mickiewicz figurował skromnie, bo jedna pozycja przy jego nazwisku oznaczała osiem tomów Pism. Słowacki i Krasiński weszli późno i cienko. Poezji było najmniej. Powieści najwięcej.

Dla abonenta miało to sens praktyczny. Powieść starczała na kilka wieczorów. Dramat na jeden. Rozprawa historyczna wymagała cierpliwości, której miesięczny obieg nie lubił. Kempner trzymał obok romansów Czarnowskiego, Dziekońskiego, Gołębiowskiego. Buki w 1893 roku miał już Bartoszewicza, Świętochowskiego, Darwina, Ochorowicza, Spencera, Brandesa, Taine’a, opisy podróży Amicisa. Największą część literatura niebeletrystyczna zajmowała właśnie u niego, u schyłku wieku. I tam jednak przeważała beletrystyka. Katalog kompletowano z myślą o zysku. Różnice między spisem z 1864 a spisem z 1893 roku pokazują, że abonent zmieniał gust. Nie pokazują, że do lady doszedł nowy stan.

Dziecko miało osobną półkę, cienką. Książki dla dzieci i młodzieży pojawiają się w zbiorach, zwłaszcza tam, gdzie francuski i polski stały obok siebie. Nie pojawia się prawie nic dla czytelnika, który dopiero składał litery. Gregorowicz zostaje wyjątkiem, o którym warto pamiętać właśnie dlatego, że jest wyjątkiem. Wypożyczalnia nie uczyła czytać. Zakładała, że czytanie już jest w domu.

Zasięg poza rogatki nie zmieniał tej reguły. Wysyłka na koszt czytelnika poszerzała mapę, nie poszerzała stanu. Szlachcic z powiatu był tym samym abonentem co urzędnik z Tumskiej, tylko z dopłatą za furę albo pocztę. Wieś czeladna i zaścianek bez gotówki zostawały poza spisem. Płock czytał za powiat. Powiatu nie czytał.

Lata, w których gazeta prosiła o darmową półkę

„Korespondent Płocki” wracał do sprawy, bo widział jej granicę. Płatna wypożyczalnia kształtowała gust tych, którzy już gust mieli. Nie sięgała izby, w której książka była wydatkiem nie do obrony. Wezwanie do czytelni bezpłatnej nie było frazesem filantropów. Było rozpoznaniem ceny. Trzy ruble kaucji i osiemdziesiąt kopiejek miesięcznie odcinały miasto na dwie publiczności: tę, która Kraszewskiego znała z własnego stołu, i tę, która znała go z tytułu w cudzym oknie.

Darmowa czytelnia powstała w Płocku dopiero w 1908 roku. Między powstaniem styczniowym a tamtą datą minęło prawie pół wieku. Przez ten czas bramą do powieści był księgarz. Stablewski próbował kultu książki i zbankrutował. Kempner, Wasserman, Buki, Bajer i Gutkowski utrzymali usługę, bo była usługą, nie darem. W 1888 roku urzędnik do specjalnych poruczeń obszedł lokale, a Sąd Pokoju skazał Bukiego i Motyla na dziesięć rubli za wypożyczanie bez aktualnego zezwolenia. Kempner miał papiery. Dziesięć rubli to więcej niż roczny tańszy abonament. Kontrola pilnowała stempla. Nie pilnowała, żeby stempel objął ubogich. Objął tych, którzy i tak płacili.

W Warszawie lat osiemdziesiątych wypożyczalnie zwiększały dział naukowy, bo stolica skupiała inteligencję i ludzi kształcących się. Płock tę tendencję usłyszał, nie powtórzył w tej samej skali. Darwin na półce Bukiego jest echem domu, który już miał abonament, nie zapowiedzią czytelni dla wszystkich. Miasto bez uniwersytetu miało gimnazjum, seminarium, urzędy i kilka salonów. Tyle publiczności, ile mieściło się w cenniku.

Ciekawostki i kontekst

Katalog płaciło się osobno, i to mówi o stosunku firmy do czytelnika więcej niż niejeden szyld. Spis nie był szybką kartką na drzwiach. Był drukiem. Kempner odbijał swoje w Warszawie, u Lewentala w 1864 roku i u Ungera w 1875. Wasserman u Korzeniowskiego. Buki w 1885 roku w Drukarni Rządu Gubernialnego w Płocku, w 1893 u Pajewskiego w Warszawie. Bajer w 1888 roku u Ferdynanda Pauli, na miejscu. Abonent kupował więc nie tylko dostęp do tomów. Kupował wiedzę o tym, co firma w ogóle ma. Kto katalogu nie kupił, wybierał w ciemno albo nie wybierał wcale.

Niemieckie dwa tysiące osiemset tomów u Kempnera w 1878 roku pokazuje jeszcze jedną publiczność wewnątrz publiczności. Płock pamiętał pruską kamerę i żył z rosyjskim garnizonem. Część domów czytała po niemiecku z nawyku, nie z przymusu. Dla nich „dzieła wyborowe” były osobnym abonamentem. Polski czytelnik, który niemieckiego nie miał, tej półki nie ruszał. Francuski u Wassermana i Bukiego działał tak samo. Trzy języki, trzy progi, jedna kaucja. Żaden próg nie był ludowy.

Warto policzyć grzywnę z 1888 roku tym samym cennikiem. Dziesięć rubli to tysiąc kopiejek. Przy trzydziestu kopiejkach miesięcznie starczyłoby na ponad dwa i pół roku wypożyczeń. Sąd wycenił brak zezwolenia wyżej niż kilka lat czytania skromnego abonenta. Księgarz mógł ten koszt wpisać w handel. Czytelnik, który wahał się przy trzech rublach, nie miał podobnej swobody. Represja i cennik spotykały się w tym samym okienku. Jedno i drugie zakładało, że książka jest rzeczą płatną i dozowaną.

Gutkowski, rezygnując w spisie nowości z renomowanych klasyków, też adresował ofertę do ludzi już wprowadzonych. Kto nie znał Kraszewskiego, nie przyszedł po Żeromskiego. Kto znał, mógł w 1897 roku wziąć jedną pozycję Berenta i jedną Żeromskiego jako nowość, nie jako wstęp. Wypożyczalnia końca wieku była klubem. Wstępem była kaucja.

Osobny próg stanowiła sama oprawa. Tom do wypożyczenia musiał przeżyć kilka rąk, więc nie był broszurą z kramu. Był książką, którą oprawiano z myślą o obiegu, nie o półce domowej na zawsze. Kto kupował, płacił raz i zostawiał tom u siebie. Kto pożyczał, płacił co miesiąc i oddawał. Dla domu, który chciał przeczytać dużo, a kupić mało, abonament był oszczędnością. Dla domu, który chciał przeczytać cokolwiek, bywał progiem nie do przejścia. Różnica między kupnem a pożyczeniem nie była więc różnicą między bogatym a biednym w prostym sensie. Była różnicą między tym, kogo stać na zastaw i na regularność, a tym, kogo nie stać na ani jedno, ani drugie. Szlachcic z powiatu pożyczał, bo opłacało mu się nie trzymać całej powieści Kraszewskiego w szafie. Czeladnik nie pożyczał, bo nie miał z czego zostawić trzech rubli, nawet gdyby powieść oddał w sobotę.

Sobota zresztą wraca w tym handlu częściej, niż katalog przyznaje. Właściciele byli w większości Żydami. Kempner, Wasserman, Buki, Motyl, Szwarc. Bajer i Gutkowski, a wcześniej Stablewski, stanowili polski wyjątek, nie regułę. Szabat zamykał niejedną ladę w dniu, w którym chrześcijański uczeń miał wolne od gimnazjum. Abonament i tak dało się ułożyć w tygodniu. Kaucja nie pytała o kalendarz. Płaciło się ją w rublach, nie w wyznaniu. I tu granica społeczna jest czystsza niż granica etniczna. Żydowski księgarz obsługiwał polskiego urzędnika, polskiego ucznia i żydowskiego kupca tym samym cennikiem. Nie obsługiwał, albo obsługiwał rzadko, chrześcijańskiego rzemieślnika i żydowskiego krawca z bocznej ulicy, jeśli tamten nie miał zastawu. Stempel z 1888 roku też nie pytał o sobotę. Pytał o papier. Cena pytała o szufladę.

Znaczenie historyczne

Przez drugą połowę XIX wieku płoccy księgarze ułożyli jedyną regularną mapę tego, co miasto mogło przeczytać. Ułożyli ją dla tych, których było stać. Nie jest to zarzut wobec lady. Jest to granica usługi. Bez kaucji, bez abonamentu i bez katalogu powieść nie wychodziła na ulicę. „Korespondent” mógł nawoływać. Czytelnia bezpłatna przyszła dopiero w 1908 roku. Do tego czasu Kraszewski, Dumas i Sienkiewicz krążyli po domach urzędników, kupców, uczniów i szlachty z powiatu. Rzemieślnik i uboższe mieszczaństwo zostawali przy gazecie, jeśli w ogóle przy słowie drukowanym.

Dla historii Płocka ta cena jest równie ważna jak tytuł na półce. Sto osiem utworów Kraszewskiego u Bukiego mówi, co czytała publiczność, która weszła. Trzy ruble kaucji mówią, kto nie wszedł. Między jednym a drugim mieści się gubernialne miasto po powstaniu: piśmienne w urzędzie, głodne powieści w salonie, odcięte od własnej ulicy cennikiem, który wyglądał niewinnie, dopóki nie przeliczyło się go na miesiąc i na zastaw.