Sierpień 1733 roku przyszedł na Mazowsze upalny i niespokojny. W Pułtusku, w murach kolegiaty św. Mateusza, zebrało się duchowieństwo diecezji płockiej. Był to ostatni synod przed rozbiorami, a przewodniczył mu człowiek, który w hierarchii biskupiej Polski był wtedy o ponad dwadzieścia lat młodszy od pozostałych. Andrzej Stanisław Kostka Załuski miał trzydzieści osiem lat. Sakrę przyjął dziewięć lat wcześniej, w lutym 1724, w klasztorze jasnogórskim. Wszedł na stolicę płocką z dyspensą papieską, bo prawo wymagało trzydziestu lat, a on miał dwadzieścia osiem.
Nie był typowym rządcą diecezji saskiej Polski. Studiował w Gdańsku u Pawła Patera, potem w rzymskiej Sapienzy, gdzie w 1717 roku zdobył doktorat obojga praw. Z bratem Józefem Andrzejem podróżował po Niemczech, Holandii, Francji i Włoszech. Znał dwory, biblioteki, dyskusje, które na Zachodzie zaczynały już podważać stare pewności. Kiedy wracał na Mazowsze, zabierał ze sobą nie tylko książki, lecz i przekonanie, że użyteczność społeczna powinna być miarą działań, także kościelnych.
Lasy, jarmarki i pierwsze ostrzeżenie
Już w czerwcu 1725 roku, niecałe dwa lata po objęciu diecezji, Załuski musiał reagować na coś, co działo się w lasach sitnowskich, w parafii Sitno w dekanacie radzymińskim. Ludzie z okolicznych wsi i miasteczek zaczęli się tam gromadzić. Ktoś postawił krzyże. Ktoś uznał, że miejsce jest cudowne. Przyjeżdżali z nadzieją na znak. W ślad za nimi szły jarmarki, uczty, pijatyki. Biskup widział w tym nie pobożność, lecz ciemnotę, która rodziła zło.
W liście datowanym 20 czerwca 1725 roku nakazał, by w święto św. Jana Chrzciciela, 24 czerwca, ogłoszono z ambon, że nikt nie powinien przybywać do lasów sitnowskich na święto św. Piotra i Pawła. Zakaz podparto groźbą ekskomuniki. Proboszczowie mieli wysłać ludzi, którzy potajemnie zapiszą nazwiska nieposłusznych. Załuski nie negował możliwości cudu. Twierdził tylko, że to miejsce nie zostało zbadane ani zatwierdzone przez władzę duchowną i że budzi podejrzenie zabobonu. To było pierwsze, ostre wystąpienie. Synod osiem lat później miał pójść dalej.
Sędziowie, którzy nie umieli czytać
W statutach synodalnych, wydanych później drukiem w Warszawie w 1735 roku, artykuł czwarty nosił tytuł „De sagis et maleficiis”. Załuski dobrze wiedział, że wiara w czary nie kończy się na wsi. Przenikała do sądów. Sędziowie świeccy, często ludzie prości i niepiśmienni, brali na siebie sprawy, których nie rozumieli. Wystarczyło podejrzenie. Wystarczyła przysięga jednego chłopa. Czasem próba wody. Potem ręce wiązano za plecami, oczy zasłaniano, wsadzano do beczki. Trzy dni mąk. Kat ciągnął trzy razy dziennie. Po każdym przypaleniu ogniem z powrotem do beczki, bez odpoczynku. Na końcu stos.
Statuty opisywały to wprost, bez owijania w bawełnę. „Magistratus Saeculares in oppidis, homines plerumque rudes et illiterati” – urzędnicy świeccy w miastach, ludzie przeważnie prości i niepiśmienni – uzurpowali sobie władzę sądzenia czarownic. Opierali się na „meris suspicionibus”, na samych podejrzeniach, na przysiędze „simplicis rustici”, prostego chłopa, albo na niedozwolonej próbie wody. Potem „in dolia ligatis post tergum manibus et oculis” – do beczek, z rękami związanymi za plecami i zasłoniętymi oczami. Trzy dni tortur, trzy ciągi dziennie, przypalanie ogniem, z powrotem do beczki. I wreszcie „crudeliter comburi” – okrutne spalenie.
Załuski nie pisał o wyjątkach. Pisał o tym, co widział i o czym słyszał na Mazowszu. W 1725 roku, jeszcze przed synodem, sam rozpatrywał sprawę Marianny Milewskiej z parafii Różan. Sąd świecki skazał ją za rzekome kontakty z „siłami nieczystymi” przez dwanaście lat. Biskup, który często zasiadał w konsystorzu, orzekł, że dowodów nie ma i że nie może być skazana. To nie była teoria. To była praktyka.
Reskrypt króla i sankcje
Synod powołał się na starsze prawo. Na konstytucję Zygmunta I z 1543 roku, na dekrety z 1672 i 1673 roku. Sprawy o czary miały najpierw trafiać do sądu kościelnego. Dopiero po jego rozpatrzeniu sąd świecki mógł działać. Ale Załuski miał coś mocniejszego. Reskrypt Augusta II z 25 kwietnia 1727 roku, wydany specjalnie dla diecezji płockiej. Król zakazywał sądom świeckim brania na wokandę spraw o czary bez uprzedniego badania przez sąd duchowny.
Sankcje były konkretne. Dla sądów miejskich – tysiąc złotych węgierskich grzywny. Dla sądów wiejskich – kara śmierci. Biskup adresował to wprost do sędziów świeckich. Nie prosił. Przypominał prawo i dodawał, że mało światli urzędnicy nie powinni rozstrzygać takich spraw. Jeśli ktoś próbował, dziekani i proboszczowie mieli to piętnować.
Załuski nie zatrzymywał się na zakazie. Żądał, by każdą sprawę badali teologowie, prawnicy i lekarze jako komisarze biskupi. Mieli sprawdzać motywy oskarżenia, podstawy, dowody. Dopiero gdy sprawa była uzasadniona, można było przekazać ją roztropnym sędziom świeckim. To nie była obrona jurysdykcji kościelnej dla samej obrony. To była próba zatrzymania maszyny, która zabijała ludzi na podstawie plotki.
Cztery razy w roku
Synod nie poprzestał na statutach. W dodatkach znalazł się tekst, który należało odczytywać w kościołach cztery razy w roku: w drugą niedzielę Wielkiego Postu, w niedzielę w oktawie Wniebowstąpienia, w święto św. Wawrzyńca i w trzecią niedzielę po Zielonych Świętach. Punkt czwarty mówił wprost o torturach i skazywaniu niewinnych. Powoływał się na dekret Augusta II. Mało światłym sędziom surowo zakazywano rozstrzygania takich spraw. Dziekani i proboszczowie mieli piętnować każdą próbę.
Biskup zwracał się też do kleru o coś szerszego. Mieli wykorzeniać z mentalności ludzi zabobonność, wiarę w czary, bezkrytyczne uleganie przesądom. Uczyć zdrowej nauki chrześcijańskiej. Szczególnie zwracać się do rodziców, żeby ci chronili dzieci przed wypaczoną religijnością. Praktyki zabobonne miały ustąpić właściwym praktykom religijnym. To nie był język teologa scholastycznego. To był język człowieka, który wierzył, że oświata i rozsądek mogą coś zmienić.
Ciemność saskiej Polski
Czasy były trudne. Rzeczpospolita pod Augustem II chyliła się ku upadkowi. Wojna północna zostawiła spustoszenia. Edukacja była słaba, zwłaszcza na wsi. Zabobon kwitł nie tylko wśród chłopów. Szlachta też wierzyła w znaki, w uroki, w możliwość paktu z siłami nieczystymi. Na Mazowszu, gdzie poziom umysłowy – jak pisał później Góralski – był stosunkowo niski, zjawisko było szczególnie widoczne.
Procesy o czary w Polsce osiągnęły szczyt później niż na Zachodzie. Gdy w Europie Zachodniej stosy gasły, u nas jeszcze płonęły. Mazowsze nie było pierwszym regionem, ale też nie było wolne. Sędziowie wiejscy i miejscy działali często bez kontroli. Tortury były standardem w sprawach karnych, a w sprawach o czary stawały się narzędziem, które samo tworzyło winę. Przyznanie się pod męką było dowodem. Nazwiska „wspólniczek” wyciągane z krzyku – podstawą do kolejnych aresztowań.
Załuski widział to z perspektywy człowieka, który czytał i podróżował. Nie negował istnienia zła. Negował sposób, w jaki je rozpoznawano i karano. W liście z 1725 roku i w statutach z 1733 roku próbował wprowadzić procedurę, dowód, kompetencję. W epoce, w której wystarczała przysięga prostego chłopa, to było coś nowego.
Powtórzenie w Chełmnie
Załuski nie ograniczył się do Płocka. W 1735 roku został kanclerzem wielkim koronnym i musiał opuścić biskupstwo płockie, bo urzędu nie wolno było łączyć. Dostał mniejsze biskupstwo łuckie, potem chełmińskie. Na synodzie w 1745 roku, już jako biskup chełmiński, powtórzył swój statut dotyczący czarów. Intencja była ta sama: nie tylko bronić jurysdykcji kościelnej, lecz przede wszystkim zapobiegać niesprawiedliwemu skazywaniu niewinnych przez niekompetentnych sędziów.
Współcześni to zauważyli. Elżbieta Drużbacka, poetka, gloryfikowała biskupa płockiego w specjalnym wierszu właśnie za zwalczanie zabobonów. To nie była pochwała za budowę kościołów czy fundacje. To była pochwała za walkę z ciemnotą.
Ciekawostki i kontekst
Synod w Pułtusku trwał dwa dni, 4 i 5 sierpnia 1733 roku. Statuty objęły czterdzieści siedem artykułów. Wydano je drukiem w Warszawie dwa lata później. Załuski zwołał go okólnikiem z 10 lipca 1733 roku. Był to trzydziesty dziewiąty synod diecezji płockiej i ostatni przed rozbiorami. Uczestniczyli w nim między innymi sufragan Marcin Załuski, archidiakoni, kanonicy katedralni i kolegiaccy, dziekani z trzydziestu jeden dekanatów.
Reskrypt Augusta II z 1727 roku nie był jedynym aktem królewskim w tej sprawie, ale był szczególny, bo wydany specjalnie dla diecezji płockiej. Pokazywał, że problem był na tyle poważny, że biskup zwrócił się do monarchy. Sankcja śmierci dla sądów wiejskich, które złamały zakaz, brzmi dziś drastycznie. W realiach XVIII wieku była jednak próbą powstrzymania czegoś jeszcze bardziej drastycznego.
Załuski był współtwórcą Biblioteki Załuskich, jednej z największych bibliotek ówczesnej Europy. Razem z bratem Józefem Andrzejem zbierał książki, rękopisy, otworzył ją dla publiczności. Człowiek, który walczył z zabobonem na Mazowszu, jednocześnie budował miejsce, w którym można było czytać i myśleć. To nie przypadek. Oba działania wynikały z tej samej postawy.
Znaczenie historyczne
Działania Załuskiego nie zakończyły procesów o czary na Mazowszu z dnia na dzień. Oficjalny zakaz skazywania za czary i stosowania tortur przyszedł dopiero w 1776 roku, uchwałą sejmu. Ale synod z 1733 roku był jednym z wczesnych, świadomych głosów, które mówiły: dosyć. Nie z pozycji oświeceniowego racjonalisty z Paryża, lecz z pozycji biskupa, który znał prawo, widział skutki i nie chciał, by jego diecezja była miejscem, gdzie prosty urząd i plotka decydują o życiu.
Dla Płocka i Mazowsza miało to znaczenie lokalne i szersze. Diecezja płocka obejmowała znaczny obszar. To, co ustalono w Pułtusku, miało obowiązywać od wsi pod Radzyminem po dalsze parafie. Próba wprowadzenia procedury, udziału lekarzy i prawników, ograniczenia kompetencji niepiśmiennych sędziów – to był krok w stronę nowocześniejszego myślenia o sprawiedliwości. W czasach, gdy Rzeczpospolita słabła, a zabobon był łatwym wyjaśnieniem nieszczęść, taki głos nie był oczywisty.
Załuski zmarł w 1758 roku jako biskup krakowski. Jego działalność w Płocku trwała niespełna dwanaście lat. Synod z 1733 roku i wcześniejszy list o lasach sitnowskich pozostały jednak świadectwem, że nawet w saskiej Polsce dało się myśleć inaczej. Nie dlatego, że epoka była łaskawa. Dlatego, że ktoś, kto czytał i podróżował, zdecydował, że ciemność nie musi rządzić sądem.