Szesnastego stycznia 1945 roku dyrektor Gruber wydał rozkaz, który miał zakończyć płocką fabrykę. Formierki w odlewni oderwać od fundamentów. Maszyny wystawić na podwórze. Przygotować transport. Rzesza, która pięć lat wcześniej złożyła z trzech warsztatów Maschinen-Industrie, chciała teraz zabrać ze sobą to, co jeszcze dało się odkręcić.

Gruber był już wtedy człowiekiem Landschutzu. Front szedł od Narwi i Wisły szybciej, niż niemiecka administracja umiała to objąć planem. Żony i dzieci wyjechały wcześniej. Wozy ewakuacyjne stały gotowe. Brakowało tylko parków maszynowych, które przez całą wojnę karmiły tabor i amunicję.

Odpowiedzialnymi za demontaż zostali ludzie, których Niemcy uważali za wykonawców. Wiktor Kowalczyk, pisarz warsztatowy. Anioł Urbański, dawny właściciel, od 1940 roku majster we własnej, skonfiskowanej hali. I inni, których nazwiska nie zawsze weszły do akt. Pracowali tak, żeby praca nie posuwała się. Gdy Niemcy uciekali z Płocka, maszyny stały na placu fabrycznym.

Nie wysadzono hali. Nie załadowano tokarek na platformy. Nie wywieziono pieca. W mieście, w którym dwudziestego stycznia wyleciały w powietrze mosty, a dziewiętnastego przy Sienkiewicza płonął dom Gestapo, zakład przy Sienkiewicza, Bielskiej i Królewieckiej ocalał dlatego, że ktoś umiał być powolny.

Jesień, w której zaczęto pilnować murów

Myśl o ocaleniu fabryki nie urodziła się szesnastego stycznia. Przyszła jesienią 1944, gdy front, który od miesięcy stał za Wisłą, zaczął się zbliżać od nowa. W mieście rozpoczęto przygotowania do zabezpieczenia obiektów użyteczności publicznej i zakładów przemysłowych przed zniszczeniem. To nie był jeden rozkaz z jednego sztabu. To była sieć ludzi, którzy pracowali w tych samych halach i wiedzieli, co Niemiec zrobi z maszyną, której nie zdoła zabrać.

W Fabryce obowiązek ten wzięli na siebie Anioł Urbański i pracownicy, którzy znali każdy śrubunek. Urbański był członkiem Armii Krajowej. Ze Stefanem Krzyżanowskim ze Stoczni czuwali, aby zakłady nie poszły z dymem. Wespół z nimi stali Wiktor Kowalczyk, pisarz wydziałowy, Ryszard Pietrzak, księgowy, Władysław Tyburski, magazynier. Magazyn, kancelaria i warsztat – trzy miejsca, bez których demontaż nie idzie gładko. Kto ma klucze do narzędzi, kto spisuje pozycje, kto wie, która skrzynia jest „gotowa do transportu”, ten może przyspieszyć ewakuację albo ją udawać.

Obok tej linii działała inna. Członkowie partii, którzy w Maschinen-Industrie mieli własną komórkę, samorzutnie, w trosce o przyszłość zakładu, wzięli na siebie utrudnianie wywozu. Wacław Winnicki, Jan Grabowski, Marian Lewicki. Źródła pisane o Armii Krajowej w fabryce są skąpe. Lepiej udokumentowana jest praca komórek, które od 1942 roku kolportowały prasę, odlewały czcionki i psuły transport. W styczniu 1945 te dwa nurty, które przez okupację nie zawsze szły razem, zeszły się przy jednym celu. Maszyna miała zostać w Płocku.

To ważne, żeby nie malować tej historii jedną farbą. Fabryka nie była teatrem jednej organizacji. Była miejscem, w którym patriotyzm robotnika, konspiracja AK i konspiracja PPR spotykały się przy tym samym imadle. Jesienią 1944 nie dyskutowano o powojennym ustroju. Dyskutowano o tym, czy piec zostanie, czy pojedzie.

Najpierw okopy, potem wozy

Zanim padł rozkaz demontażu, zakład zdążył się rozluźnić. W sierpniu 1944 Niemcy wysłali prawie całą załogę kopać okopy we wsi Boryszewo pod Płockiem. W hali zostało siedmiu robotników, Urbański i Engelke. Engelke, Parteigenossin, węszyła sabotaż w każdym geście. Przez dziesięć dni ci, którzy zostali, robili trzonki do szpadli i doraźne zlecenia wojska. Potem ludzie wrócili z Boryszewa i dyscyplina pękła. Nie wszyscy przychodzili do pracy.

Po powołaniu Alfreda Grossa do wojska Niemcy zaczęli szykować sobie wozy ewakuacyjne. Jeszcze wcześniej odesłali rodziny w głąb Rzeszy. To był sygnał czytelniejszy niż rozkaz. Kto wywozi żonę, nie zamierza bronić odlewni do ostatniego naboju. Kto stawia wozy przy bramie, już policzył, co zmieści się na platformie.

Maschinen-Industrie było wtedy cieniem własnej wojennej ambicji. Dyrektorzy zmieniali się jak pory roku. Cuhls zdążył przyłączyć stocznię i marzyć o fundacji Erika Kocha, potem spowodować pożar w stoczni i wyjechać. Gruber, Bawarczyk znający zawód, dostał zakład w momencie, gdy zakład przestawał być łupem, a stawał się balastem. Produkcja granatów w odlewni trwała do tego samego szesnastego stycznia. Piec jeszcze pracował, gdy już planowano go oderwać od ziemi.

W tle toczyła się ofensywa, której Płock jeszcze nie widział, ale już słyszał. Dwunastego stycznia ruszyło uderzenie znad Wisły. Czternastego i szesnastego padły Pułtusk i Nasielsk. Siedemnastego – Ciechanów. Osiemnastego – Płońsk. Rejencja, do której wcielono Płock w październiku 1939, sypała się od wschodu i południa. Szesnastego stycznia, w dniu rozkazu Grubera, wojna była już nie „gdzieś na froncie”. Była w sąsiednich powiatach.

Dzień, w którym praca miała nie iść

Rozkaz brzmiał technicznie. Zerwać formierki z fundamentów. Wystawić na podwórze. Przygotować do transportu. W odlewni, która od 1943 roku dawała z jednego spustu półfabrykat na trzysta trzydzieści granatów, demontaż oznaczał śmierć gniazda. Formierka nie jest meblem. Jest wrośnięta w posadzkę, w kanały, w przyzwyczajenie rąk. Kto ją zrywa w pośpiechu, niszczy więcej, niż wywozi.

Kowalczyk i Urbański nie odmówili. Odmowa byłaby wyrokiem. Zaczęli wykonywać polecenie tak, jak wykonuje się polecenie, którego nie chce się dokończyć. Szukano narzędzi, których nie było pod ręką. Przesuwano kolejność. Czekano na zaprzęg, który miał nadejść. Liczono śruby dwa razy. W relacji, która została po tamtych dniach, jest słowo kluczowe: celowo opóźniali.

Opóźnienie jest bronią ludzi bez broni. Nie wymaga dynamitu. Wymaga znajomości zakładu. Pisarz warsztatowy wie, który dokument musi być spisany, zanim ruszy skrzynia. Majster wie, w jakiej kolejności odkręca się maszynę, żeby nie runęła i żeby nie dało się jej szybko załadować. Magazynier wie, czy lina jest na miejscu. Księgowy wie, czy pozycja „gotowe do wywozu” może poczekać do jutra.

Jutro w Płocku połowy stycznia 1945 było towarem cenniejszym niż benzyna. Każda doba pracowała na korzyść tych, którzy chcieli, żeby maszyny zostały. Front skracał Niemcom czas. Oddziały niszczycielskie dostały w mieście inne cele: dworce, koszary, mosty. Do realizacji wszystkich zamierzeń zabrakło godzin. W Fabryce zabrakło ich także dlatego, że ktoś umiał te godziny zużyć na nic.

Gdy Niemcy uciekali, park maszynowy stał na placu. Nie w wagonie. Nie na drodze do Torunia. Na własnym podwórzu, między Sienkiewiczem, Bielską i Królewiecką, tam gdzie od 1870 roku Sarnowie stawiali warsztat, a potem Margulies i Urbański dokładali swoje hale.

Ulica, która w tym samym tygodniu płonęła

Żeby zrozumieć, czym było ocalenie maszyn, trzeba wyjść za bramę. Fabryka stała w kwartale, który przez całą okupację był sercem niemieckiego Płocka i jednocześnie miejscem największych ran.

Dziewiętnastego stycznia, trzy dni po rozkazie Grubera, przy Sienkiewicza 8 – w domu zajmowanym przez funkcjonariuszy Gestapo – Niemcy zamordowali i spalili siedemdziesięciu czterech mężczyzn i pięć kobiet. Ludzi posądzono o ucieczkę z okopów, sabotaż i wrogie nastawienie. Jeden ocalał. Dwudziestego stycznia ewakuowano więzienie. Część zwolniono, około trzystu osób wywieziono do lasów w Brwilnie.

Tego samego dnia, dwudziestego stycznia o świcie, oddziały 47. Armii doszły do Radziwia. O trzynastej Niemcy wysadzili most drogowo-kolejowy, potem most drewniany, nie bacząc na własnych żołnierzy. Podpalili kościół. Gestapo i policja, po spaleniu akt, wyszły w kierunku Dobrzynia i Torunia. W prawobrzeżnym Płocku zostały resztki wojsk i komando niszczycielskie. Zdążyły wysadzić część koszar dawnego 4. pułku strzelców konnych i gmach centrali handlowej. Nie zdążyły z całym miastem.

Dwudziestego pierwszego stycznia od strony Wyszogrodu wjechały czołgi 542. Dywizji Piechoty 70. Armii. Na wieży ratusza pojawiły się flagi. Płock był wolny.

Między rozkazem demontażu a flagą na ratuszu minęło pięć dni. W tych pięciu dniach zakład mógł stać się pustym pudłem albo zacząć nowe życie. To, że zaczął nowe, nie wynikało z łaski ofensywy. Ofensywa dała czas. Ludzie w hali ten czas wykorzystali.

Sienkiewicza 8 i Sienkiewicza 48 leżą na tej samej ulicy. W jednym domu palono ludzi. W drugim nie zdążono wywieźć tokarek. Ta bliskość nie jest ozdobnikiem. Jest geografią okupacyjnego Płocka. Śródmieście było ciasne. Gestapo, otwarte getto sprzed czterech lat, hale Sarny, Tumska z Autohofem – wszystko w zasięgu krótkiego marszu. Kto rano opóźniał demontaż, wieczorem słyszał, czym kończy się pośpiech Niemców.

Ludzie od kluczy i ołówka

Wiktor Kowalczyk po wojnie został prokuratorem Sądu w Płocku. W styczniu 1945 był pisarzem warsztatowym. Ta zmiana profesji wiele mówi o epoce, ale więcej mówi o roli, jaką w ocaleniu zakładu odegrała kancelaria. Wojna w fabryce nie toczy się tylko przy imadle. Toczy się przy papierze. Lista maszyn, karta narzędzia, polecenie transportu – bez tego ewakuacja jest hałasem, nie logistyką.

Anioł Urbański przeszedł drogę rzadko spotykaną nawet w okupacyjnych życiorysach. Właściciel zakładu przy Królewieckiej. Pozbawiony firmy dwudziestego ósmego lutego 1940. Majster pod Draheimem. Członek Armii Krajowej. Człowiek, który w sierpniu 1944 zostaje w pustej hali z siedmioma robotnikami i z Engelke. Człowiek, który w styczniu 1945 ma zerwać z fundamentów to, co przez lata było jego warsztatem. I który tego nie dopuszcza.

Ryszard Pietrzak liczył. Władysław Tyburski wydawał z magazynu albo nie wydawał na czas. Winnicki, Grabowski, Lewicki ciągnęli załogę w stronę ochrony mienia, gdy ochrona mienia była już nie sabotażem drobnym, lecz decyzją o jutrze miasta. Stefan Krzyżanowski ze Stoczni pilnował drugiego brzegu tej samej sprawy: żeby i rzeczne warsztaty nie poszły z dymem, skoro Cuhls zdążył je raz przyłączyć i raz zostawić po pożarze.

Nie mamy stenogramu ich rozmów. Nie wolno ich dopowiadać. Mamy skutek. Skutek stał na placu, gdy w Radziwiu huknęły mosty.

Co zostało, gdy zniknął szyld

Szóstego lutego 1945 roku decyzją pełnomocnika Resortu Gospodarki Narodowej i Finansów utworzono Płockie Zakłady Maszynowe. W czerwcu ruszyła znów produkcja wialni, młockarni, kieratów, sieczkarni i śrutowników. Przyłączono Autohof, który przez miesiące po wojnie remontował samochody dla potrzeb frontu toczącego się na zachód. W 1948 zakład nazwano Fabryką Maszyn Żniwnych.

Żadna z tych dat nie byłaby możliwa w tym kształcie, gdyby szesnastego stycznia formierki pojechały do Rzeszy. Można odbudować mur. Trudniej w styczniu 1945, w mieście bez mostu, bez prądu z Radziwia i z ludnością mniejszą o jedną trzecią, sprowadzić z Niemiec park maszynowy, którego nikt nie odda.

Płock wyszedł z okupacji zraniony. W 1938 liczył około trzydziestu czterech tysięcy mieszkańców. W 1945 – znacznie mniej. Wysadzono mosty. Zaminowano i częściowo zniszczono dworce i koszary. Przy Sienkiewicza 8 został popiół. A jednak w kwartale fabrycznym stały maszyny. To nie był cały przemysł Polski. To był cały przemysł maszyn rolniczych, jaki Płock posiadał.

Załoga, która przez wojnę robiła wozy, sanie, generatory i granaty, wróciła do języka, który znała przed wrześniem. W czerwcu 1945 nie trzeba było uczyć odlewnika, czym jest forma. Trzeba było tylko zdjąć z niej rozkaz wojenny.

Ciekawostki i kontekst

Demontaż, którego nie dokończono, wpisuje się w szerszy rytm stycznia 1945 na ziemiach wcielonych do Rzeszy. Niemcy wywozili, minowali, palili. Tam, gdzie ofensywa była szybsza od komanda, zostawały hale. Tam, gdzie ktoś odkręcał śruby zbyt starannie, zostawały też obrabiarki.

W Płocku ten rytm miał miejscowy akcent. Okupant przez pięć lat zwoził do Maschinen-Industrie maszyny z tartaku Kamińskiego, z warsztatu Suskiego, ze składów między zakładami. Skoncentrował potencjał, żeby nim rządzić. W styczniu 1945 ta koncentracja obróciła się przeciwko niemu. Łatwiej wywieźć jedną rozproszoną tokarkę z małego warsztatu niż cały park z trzech połączonych oddziałów, gdy ludzie w tych oddziałach nie chcą pomagać.

Inny szczegół: Gruber wydał rozkaz już jako żołnierz Landschutzu. Fabryką w ostatnich godzinach nie rządził dyrektor od produkcji. Rządził człowiek od odwrotu. To zmienia hierarchię. Priorytetem nie jest norma granatów. Priorytetem jest to, co zmieści się na wozie. Wóz jednak potrzebuje rąk, które załadują. Rąk było mało, od sierpnia część załogi, pamiętając Boryszewo, przychodziła do pracy byle jak, a te ręce, które zostały, umiały być powolne.

Autohof przy Tumskiej 2, urządzony w dawnej giserni Marguliesa, też wszedł w tę końcówkę. Około dwustu ludzi, osiem do dziesięciu kapitalnych remontów samochodów miesięcznie – i te same warunki bicia i głodowych płac. Po wojnie to właśnie Autohof przez miesiące trzymał miasto i front w samochodach. Ocalenie Maschinen-Industrie nie było więc ocaleniem jednej odlewni. Było ocaleniem węzła: metal, drewno, naprawa pojazdu.

Warto też pamiętać, czego w dokumentach prawie nie ma. Działalność AK w zakładzie zostawiła ślad cienki. Nie oznacza to, że jej nie było. Oznacza, że w Płocku łatwiej było po wojnie spisać komórkę PPR niż siatkę, która nie miała własnej gazety i własnego opracowania. Urbański i Krzyżanowski w tej luce stoją jak dwa nazwiska, które nie pozwalają sprowadzić ocalenia fabryki do jednej legendy organizacyjnej.

Znaczenie historyczne

Szesnasty stycznia 1945 roku jest w dziejach płockiego przemysłu datą równie ważną jak szósty luty, kiedy zakład dostał nowy szyld, i jak czerwiec, kiedy znów poszły wialnie. Bez tego dnia szyld wisiałby nad pustym placem.

Dla miasta oznaczało to coś więcej niż ciągłość jednej firmy. Płock po aneksji do Prus Wschodnich miał być germanizowany i użytkowany. Warsztaty Sarnów, Marguliesów i Urbańskiego wcielono w Maschinen-Industrie, żeby służyły Rzeszy. W ostatnim tygodniu okupacji ta sama logika kazała je zabrać albo zniszczyć. To, że park został, było pierwszą decyzją gospodarczą wolnego Płocka – podjętą jeszcze zanim na ratuszu pojawiła się flaga, jeszcze zanim Miejska Rada Narodowa zebrała się w poniedziałek dwudziestego drugiego stycznia.

Z tej decyzji wyrosła powojenna Fabryka Maszyn Żniwnych, potem żniwiarki i kombajny, które przez dekady wychodziły z Płocka na polskie pola. Linia od kieratu Sarny do Bizona nie jest prostą linią postępu. Ma w środku pięć lat granatów i jeden tydzień, w którym o losie tokarki decydowało tempo odkręcania śruby.

W styczniu 2027 roku minie osiemdziesiąt dwa lata od owego wtorku, gdy Gruber kazał zrywać formierki. Rocznica nie wymaga patosu. Wymaga wyobraźni. Wyobraźni pisarza warsztatowego, który nie dopisuje pozycji. Wyobraźni majstra, który zna swoją halę lepiej niż dyrektor z Bawarii. Wyobraźni miasta, które w tym samym tygodniu straciło mosty i siedemdziesięciu dziewięciu ludzi przy Sienkiewicza 8, a jednak nie straciło pieca.

Maszyny zostały na placu. Reszta historii płockiej fabryki mogła się dopiero zacząć.