Płock miał wtedy trzydzieści pięć tysięcy osiemset dziewięćdziesiąt trzy dusze. Wisła niosła jeszcze letnie ciepło, a w gmachu przy ulicy 3 Maja, w salach, które od pół wieku słychać było po polsku, pojawiły się dziewczęta w wieku, w którym inne szły do pracy, do domu albo — rzadziej — do liceum. Nie dziedziczyły żadnej miejscowej tradycji kształcenia pielęgniarek. Tę tradycję miały dopiero stworzyć.
Minęło od tamtego września siedemdziesiąt dwa lata. Szkoła zmieniła nazwy, struktury i adres. Został jednak fakt, którego nie da się przesunąć w kalendarzu: 1 września 1954 roku Płock przestał być miastem, które pielęgniarki musiało sprowadzać albo przyuczać w biegu. Stał się miastem, które zaczęło je kształcić samo.
Miasto, w którym brakowało rąk przy łóżku
Żeby zrozumieć, czemu sto dziewcząt w Jagiellonce było wydarzeniem, a nie tylko nowym naborem, trzeba wrócić kilka lat wstecz. Wojna zostawiła Płock wyludniony. W 1945 roku mieszkało tu około dwudziestu jeden tysięcy ludzi. Przed wojną lekarzy było dwudziestu sześciu. Po oswobodzeniu do pracy stanęło zaledwie kilku ocalałych medyków i kilka pielęgniarek.
Szpital Świętej Trójcy ruszył od razu. Przy dwustu dziewięciu łóżkach pracowało sześciu lekarzy, dwadzieścia osób personelu średniego — w tym siostry szarytki — i pięćdziesiąt dwie osoby tak zwanego personelu młodszego. Dyrektorem został dr Witold Gloksin. Oddziałami kierowali ludzie, których nazwiska jeszcze długo krążyły po mieście: Adam Beczkowicz na chirurgii, Stanisław Szmytkiewicz na ginekologii i położnictwie, Wacław Piasecki na internie i chorobach płucnych.
Brakowało jednak tego, bez czego nawet najlepszy ordynator zostaje sam na sali. Pielęgniarek. Już w 1946 roku zorganizowano krótki kurs dla osób przyuczonych. Organizacją zajmował się Polski Czerwony Krzyż. Było to rozwiązanie doraźne, typowe dla kraju, który po wojnie musiał najpierw obsadzić dyżury, a dopiero potem budować zawód.
Dopiero w 1948 roku liczba lekarzy w Płocku wróciła do siedemnastu. W 1950 państwo przejęło całą służbę zdrowia. Szpitale, przychodnie, stacje opieki — wszystko miało stać się publiczne. W tym samym geście zawód pielęgniarki wyrywano z dawnego, często zakonnego, obiegu. Nie był to tylko gest ideologiczny. Był to także rachunek sił. W skali kraju w 1950 roku wśród osiemnastu tysięcy pielęgniarek pełny dyplom miało niewiele ponad połowę. Reszta to były pielęgniarki młodsze i przyuczone. Przez kilka następnych lat odsetek tych bez pełnych uprawnień nawet rósł.
W Płocku widać było to samo napięcie w miniaturze. W szpitalu wciąż pracowały szarytki — Maria Roszkowska, Feliksa Karpowicz, Klara Jędrosz, Waleria Stasiak, Apolonia Sałacińska i inne. Część z nich pełniła funkcje oddziałowych albo kierowała apteką. Helena Grabowska, która od 1946 roku była pielęgniarką, a od 1954 przełożoną pielęgniarek całego szpitala, zapamiętała je jako kobiety fachowe i dobrze ustawione wobec chorych. Państwo jednak chciało już innego modelu: szkoły świeckiej, programu jednolitego, dyplomu, który można było wpisać w etat.
Płock roku 1954 nie był jeszcze miastem kombinatu. Był starym gubernialnym grodem nad skarpą, z katedrą, z Jagiellonką i Małachowianką, z wąskimi ulicami i z poczuciem, że wielki przemysł jest gdzie indziej — pod Krakowem, gdzie rosła Nowa Huta. Właśnie w roku dziesięciolecia Polski Ludowej, gdy tamte pola zapełniały się blokami i kominami, w Płocku otwarto szkołę, która miała obsłużyć nie tyle tamtą hutę, ile tutejsze sale chorych i przyszły skok miasta, o którym jeszcze mało kto mówił głośno.
Gościnne mury, które nie były ich murami
Państwowa Trzyletnia Szkoła Pielęgniarstwa nie dostała własnego gmachu. Dostała gościnę. Zajęcia rozpoczęły się w Liceum im. Władysława Jagiełły.
To nie był adres przypadkowy. Jagiellonka sama była dzieckiem innego września — września 1906 roku, gdy w zaborze rosyjskim powstało Gimnazjum Polskie Polskiej Macierzy Szkolnej. W jej klasach uczono po polsku, gdy wokół obowiązywał język zaborcy. Pół wieku później te same korytarze przyjęły dziewczęta, które miały uczyć się mierzyć tętno, zmieniać opatrunki, rozumieć zakażenie i stać przy człowieku, który nie zawsze jest wdzięczny.
Pierwszym dyrektorem został Władysław Adamski. Rok później, w 1955, kierownictwo objął Jan Przyszlak. To on przez kolejne dwie dekady będzie twarzą szkoły, a w październiku 1974 roku — już jako dyrektor Zespołu Szkół Medycznych — powie w Teatrze Płockim, że dzień 1 września 1954 roku zapisał się w dziejach płockiej oświaty i szkolnictwa medycznego województwa warszawskiego. Powiedział też coś, co brzmiało jak autodiagnoza: początki były skromne.
Skromne znaczyło: sto uczennic, pożyczone sale, kadra zbierana w biegu, program, który dopiero się układał. Szkoła nie mogła się oprzeć na miejscowym wzorze, bo wzoru nie było. Bardzo nieliczne szkoły średniego personelu medycznego w kraju leżały poza zasięgiem doświadczeń pracowników służby zdrowia województwa warszawskiego i samego Płocka. Płocka placówka nie nawiązywała do żadnej wcześniejszej instytucji kształcenia pielęgniarek. Tradycję zapoczątkowała sama.
W praktyce oznaczało to, że nauczycielki i organizatorki musiały jednocześnie uczyć i wymyślać szkołę. Wśród nich była Helena Kwiatkowska — współorganizatorka i pierwsza nauczycielka. Obok niej od pierwszego dnia pracowała Janina Śniegocka, sekretarka, osoba, bez której papiery, listy, dzienniki i terminy rozjechałyby się w chaos. Dwadzieścia lat później obie usłyszą swoje nazwiska przy odznaczeniach. Wtedy, we wrześniu 1954, nikt jeszcze nie myślał o sztandarze ani o złotej odznace województwa. Myślano o tym, czy starczy sal, czy dziewczęta wytrzymają praktyki, czy szpital przyjmie kolejne pary rąk.
Jagiellonka nie była tylko dachem. Była też znakiem. Szkoła medyczna wchodziła w mury jednej z dwóch wielkich płockich szkół średnich i od razu stawała się częścią miejskiego krajobrazu oświaty, nie aneksem szpitalnej izby. Po latach wiceprezydent Aleksander Chełstowski, który w połowie lat pięćdziesiątych sam był uczniem Jagiellonki, wspominał trudne początki nowej placówki, zaangażowanie dyrekcji i kadry oraz chęć młodych dziewcząt, które zdecydowały się zdobywać zawód pielęgniarki. Widział to z sąsiedniej ławki, dosłownie: jedni uczyli się tu matury, drugie — zawodu, od którego zależało, czy w płockim szpitalu ktoś będzie przy chorym także w nocy.
Sto uczennic i zawód, który przestawał być zakonny
Kto były te sto dziewcząt? Źródła jubileuszowe nie zostawiły listy nazwisk pierwszego rocznika. Zostawiły za to ramę społeczną. Szkoły pielęgniarskie początku lat pięćdziesiątych brały uczennice po dziewięciu, a bywało że po siedmiu klasach. Zarzucano im młody wiek i niski poziom wykształcenia ogólnego. Krytyka szła z dwóch stron: z jednej — że zawód wymaga więcej niż kursu, z drugiej — że kraju nie stać na czekanie, aż każda kandydatka przyniesie pełną maturę.
Płocka trzyletnia szkoła była odpowiedzią na ten rozziew. Miała dać dyplom, nie tylko przyuczenie. Miała wyrównywać „tragiczną dysproporcję” — jak mówiono później — między pielęgniarkami o pełnych i niepełnych kwalifikacjach. I miała zrobić to w duchu instytucji państwowej. Laicyzacja zawodu nie była w tym opisie ozdobnikiem. Była programem. Opieka nad chorym przestawała być domeną zgromadzeń i stawała się publiczną służbą, wpisaną w budżet, etat i program nauczania.
Nie znaczyło to, że z dnia na dzień zniknęły siostry z oddziałów. W płockim szpitalu szarytki pracowały jeszcze w latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych. Apolonia Sałacińska do 1962 roku była oddziałową na dziecięcym. Zmiana szła warstwami. Najpierw szkoła, potem dyplomy, potem stanowiska kierownicze zajmowane przez świeckie absolwentki, na końcu — powolne przesunięcie całego zawodu.
Dziewczęta uczyły się nie tylko procedur. Uczyły się nowego języka instytucji: dyżur, karta, zakażenie, profilaktyka, odpowiedzialność za własną decyzję przy łóżku. W połowie lat pięćdziesiątych polska służba zdrowia dopiero budowała sieć stacji sanitarno-epidemiologicznych i przemysłowej opieki lekarskiej. W lutym 1953 roku rozporządzenie ministra zdrowia powołało przemysłową służbę zdrowia. W sierpniu 1954 — w tym samym sezonie, w którym płocka szkoła zaczynała rok — dekret dopełnił ramy nadzoru nad zakładami pracy. Pielęgniarka miała być nie tylko „przy chorym”, ale też w systemie, który obiecywał, że „nad twoim zdrowiem czuwa Państwo”.
W praktyce system ten w Płocku wciąż był cienki. Pogotowie, stacja sanitarna, izby porodowe, walka z tak zwanym partactwem położniczym — wszystko to dopiero się składało. Szkoła miała dostarczyć ludzi do tej układanki. Nie na pokaz, na dyżur.
Zanim na Białej stanął kombinat
Najciekawszy zwrot tej historii polega na tym, że szkoła wyprzedziła wielki przemysł, a nie poszła za nim. 5 stycznia 1959 roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów podjął decyzję o lokalizacji pod Płockiem, na polach Białej, kombinatu petrochemicznego. Tego dnia pierwsze sto dwie absolwentki trzyletniej Państwowej Szkoły Pielęgniarstwa pracowały już — przeważnie — w płockich placówkach służby zdrowia.
Innymi słowy: gdy Płock miał dopiero dostać swoją Nową Hutę, szkoła miała już pierwszy rocznik w etatach. W lipcu tego samego 1959 roku wydano pierwsze dyplomy absolwentkom Państwowej Szkoły Pielęgniarstwa dla maturzystek. Obok ścieżki trzyletniej pojawiła się ścieżka pomaturalna. Miasto, które w 1954 roku liczyło niespełna trzydzieści sześć tysięcy mieszkańców, w 1959 miało ich już ponad czterdzieści jeden tysięcy i stało na progu skoku, który w ciągu półtorej dekady podwoi ludność.
W 1957 roku zorganizowano dwuletnią pomaturalną szkołę pielęgniarstwa. Na terenie Szpitala Miejskiego powstał internat dla słuchaczek, jeszcze w tym samym roku przeniesiony do wyremontowanego budynku przy ulicy Warszawskiej. Dziewczęta z powiatu i z dalszego Mazowsza dostały nie tylko ławkę, ale i łóżko. To był warunek, bez którego szkoła pozostałaby instytucją dla tych, które i tak mieszkały w Płocku.
W 1959 roku trzyletnią szkołę przekształcono w czteroletnie Liceum Medyczne Pielęgniarstwa. Absolwentki wychodziły stamtąd z dyplomem pielęgniarki i ze świadectwem dojrzałości. Łączna liczba wychowanek dotychczasowej trzyletniej ścieżki sięgnęła dwustu czterech. Zajęcia wciąż odbywały się w salach Jagiellonki. Szkoła rosła w głąb programu, nie w szerz własnych korytarzy.
Wielka budowa kombinatu, która — jak mówiono później — zmieniała bieg tysiącletnich dziejów Płocka, zastała więc placówkę „w pełni rozwoju”. To zdanie ma w sobie retrorykę epoki, ale pod spodem leży suchy fakt: industrializacja potrzebowała nie tylko inżynierów i operatorów instalacji. Potrzebowała przychodni przyzakładowych, toksykologii, dyżurów, ludzi, którzy rozumieją, że nowe miasto choruje inaczej niż stare. Szkoła z 1954 roku okazała się przygotowana wcześniej, niż miasto zdążyło się tego po sobie spodziewać.
Szkoła, która została sublokatorem
Gościna w Jagiellonce przeciągnęła się na dziesięciolecia. W 1965 roku wojewódzki wydział zdrowia powołał dwuletnią Państwową Szkołę Medyczną Techników Analityki dla absolwentów szkół średnich. Później weszła ona w skład Medycznego Studium Zawodowego jako wydział analityki. W 1967 roku ruszyła szkoła dla asystentek pielęgniarstwa. W 1972 liceum medyczne i wydziały studium utworzyły Zespół Szkół Medycznych.
Adres jednak długo pozostawał ten sam. Jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych, przy obchodach dwudziestolecia, mówiono wprost, że szkoła do dziś pracuje w trudnych warunkach. Dekadę później, przy trzydziestoleciu, powtórzono gorzką uwagę: placówka nie dostała zaplanowanego locum przy nowym szpitalu wojewódzkim i nadal jest sublokatorem Liceum im. Władysława Jagiełły.
To jeden z najbardziej płockich rysów tej historii. Miasto potrafiło otworzyć szkołę z niczego. Trudniej było dać jej własny dach. Sublokatorstwo nie unieważniało jednak skutku. W ciągu pierwszych dwudziestu lat wydano tysiąc dwieście dyplomów pielęgniarskich i techników analityki. Absolwentki wchodziły nie tylko na salę, ale i na stanowiska kierownicze w Płocku i w województwie.
W 1974 roku szkoła dostała sztandar ufundowany przez Płockie Przedsiębiorstwo Robót Mostowych, Złotą Odznakę „Za Zasługi dla Województwa Warszawskiego” i imię profesora Marcina Kacprzaka — higienisty urodzonego w Podolszycach, maturzysty Gimnazjum Polskiego z 1908 roku, później rektora Akademii Medycznej w Warszawie. Patron wracał więc do murów, w których sam zdawał maturę, a które przez dwadzieścia lat gościły już inną szkołę. Ten łuk — od 1908 do 1954 i dalej do 1974 — spina płocką oświatę mocniej niż jakakolwiek uroczysta fraza.
Ciekawostki i kontekst
W roku otwarcia szkoły Płock zajmował obszar powiększony dopiero co, z końcem 1953, o Podolszyce i Kostrogaj. Miasto rosło administracyjnie, zanim wyrosło przemysłowo. Szkoła pielęgniarska pojawiła się dokładnie na styku tych dwóch wzrostów: nowego obrębu i starego deficytu kadr.
Krajowe liczby z 1954 roku tłumaczą, czemu dyplom z Płocka miał wagę. W Polsce było wówczas czterdzieści cztery tysiące trzysta siedemdziesiąt dziewięć pielęgniarek, z tego dyplomowane stanowiły zaledwie czterdzieści jeden i siedem dziesiątych procenta. Reszta pracowała na uprawnieniach niepełnych. Każda szkoła, która wypuszczała rocznik z pełnym dyplomem, przesuwała tę proporcję. Płock robił to na północnym Mazowszu, tam gdzie wcześniej nie było komu takiej proporcji przesuwać.
Pierwszy internat przy Szpitalu Miejskim, potem przy Warszawskiej, mówi wiele o geografii rekrutacji. Szkoła nie była pomyślana wyłącznie dla córek płockich urzędników i rzemieślników. Miała ściągać dziewczęta z powiatu, z Kurpiów, z Podlasia — z tego obszaru, który w jubileuszowych wystąpieniach wymieniano jednym tchem z Mazowszem. Internat był narzędziem wyrównania. Bez łóżka nie byłoby nabórów spoza skarpy.
Warto też pamiętać, że 1954 rok w służbie zdrowia nie należał tylko do szkół. To był czas, gdy w prasie pojawiało się hasło opieki państwowej nad zdrowiem, a w zakładach pracy — nowe komórki higieny. Płocka szkoła wpisywała się w tę zmianę od dołu: nie od gabinetu ministra, lecz od ławki w pożyczonej klasie.
Nie bez znaczenia jest i to, kto prowadził papiery. Janina Śniegocka od dnia założenia siedziała w sekretariacie. W szkołach rodzących się „z niczego” sekretariat bywa równie konstytutywny jak dyrekcja. To tam składa się podania, stypendia, skierowania na praktyki, listy do wydziału zdrowia. Gdy dwadzieścia lat później Śniegocka dostanie Medal XXX-lecia obok Heleny Kwiatkowskiej, Anny Zgorzelskiej, Jadwigi Pastygier i Zofii Rutkowskiej, będzie to rzadki publiczny ukłon w stronę ciągłości, która zaczęła się nie od sztandaru, lecz od pierwszego dziennika.
Jagiellonka, która przyjęła pielęgniarki, sama miała w 1954 roku własną powojenną historię. Po 1945 wracała do roli szkoły średniej w mieście, które dopiero odbudowywało elitę nauczycielską. Gościna dla nowej placówki medycznej wpisywała się w ten sam odruch: dzielić mury, by miasto nie czekało na nowy gmach. Odruch praktyczny i — jak się okazało — bardzo trwały.
Znaczenie historyczne
Otwarcie Państwowej Szkoły Pielęgniarstwa 1 września 1954 roku należy do tych dat płockich, które nie huczą w podręcznikach ogólnopolskich, a mimo to zmieniają codzienność tysięcy ludzi. Bez tej szkoły mazowiecka, kurpiowska i podlaska służba zdrowia dłużej tkwiłaby w modelu kursów, przyuczenia i zakonnego etosu opieki. Z nią pojawił się lokalny mechanizm reprodukcji zawodu: nabór, program, dyplom, etat, awans.
Dla Płocka skutek był podwójny. Po pierwsze, miasto przestało być wyłącznie konsumentem kadr medycznych. Zaczęło je wytwarzać. Po drugie, gdy w 1959 roku zapadła decyzja o kombinacie, Płock nie wchodził w epokę petrochemii z pustymi dyżurkami. Miał już sto dwie dyplomowane pielęgniarki w placówkach i pierwsze maturzystki z nowej ścieżki. Szkoła okazała się infrastrukturą miękką, która wyprzedziła infrastrukturę twardą.
W dłuższej perspektywie widać też inną zmianę. Zawód, który przez dziesięciolecia nosił piętno powołania zakonnego albo dorywczej pomocy, dostawał w Płocku świecką, państwową, szkolną formę. Można o tym mówić językiem epoki — laicyzacja, socjalistyczna służba zdrowia — ale pod tym językiem leży rzecz prostsza: dziewczyna z powiatu mogła wejść do Jagiellonki, wyjść z dyplomem i stanąć przy łóżku jako osoba z kwalifikacjami, nie jako „przyuczona”.
Siedemdziesiąt dwa lata później spadkobierczyni tamtej placówki, Medyczna Szkoła Policealna, liczy historię od tego właśnie września i mówi o tysiącach absolwentów. Tamten pierwszy rok szkolny był jednak inny niż wszystkie następne. Nie było jeszcze sztandaru, imienia Kacprzaka ani złotej odznaki. Było sto dziewcząt, pożyczone klasy i decyzja, że Płock nie będzie czekał, aż pielęgniarki przyjadą skądinąd.
Szkoła powstała z niczego. Z niczego nie znaczy z przypadku. Znaczy z potrzeby, która w 1954 roku była już tak ostra, że miasto oddało jej najcenniejsze, co miało pod ręką: mury Jagiellonki i rok szkolny, który trzeba było po prostu zacząć.