Chleb był w płockiej „Zgodzie” problemem dłuższym niż kolej, dłuższy niż pierwszy statut i dłuższy niż niejedna kadencja zarządu. Zaczęło się od marży pięciu procent i zwrotów czerstwych bochenków. Skończyło się — jeśli w ogóle można tu mówić o końcu — budynkiem z 1928 roku, w którym po raz pierwszy w mieście ciasto mieszała maszyna, nie tylko ręce majstra.
Minęło od tamtej inwestycji dziewięćdziesiąt osiem lat. Płock zmienił walutę, granice powiatu i smak porannej bułki. Została pamięć, że spółdzielnia uczyła się pieczywa dłużej, niż budowała sklepy. I że najnowocześniejszy piec w mieście wyrósł z piwnicy, o której nikt nie mówił z dumą.
Zanim przy Sienkiewicza 32 stanęły automatyczne mieszarki, „Zgoda” zdążyła pożyczyć piekarzowi na własny warsztat, stracić te pieniądze, wydzierżawić cudzy piec, zatrudnić byłego właściciela i zamknąć tamtą próbę ze stratą sięgającą ponad jednej czwartej wartości produkcji. Potem, już w niepodległej Polsce, wzięła lokal po piekarni nazywanej „turecką”, zeszła pod ziemię i dopiero stamtąd, zachęcona liczbami, wystawiła głowę ponad bruk.
Pięć procent marży i piec, który nie został spółdzielczy
Gdy 2 maja 1870 roku otwierano dwa pierwsze sklepy, chleb leżał na ladzie obok soli i cukru jak rzecz oczywista. Oczywista nie była dostawa. Przez dwanaście lat, od 1870 do 1882, pieczywo sprzedawało „Zgodzie” dwóch piekarzy. Marża: pięć procent. Zwroty i spór o to, kto płaci za to, czego członkowie nie odkupili, wracały na zebrania jak pory roku.
W 1882 roku zarząd spróbował uciąć kłopot u źródła. Jednemu z piekarzy dano zapomogę i pożyczkę, by wybudował piekarnię. Skorzystał. Ścianę postawił. Piec rozpalił. Po kilku latach umowę o dostawę zerwał. Kilkaset rubli, które miały związać rzemieślnika ze spółdzielnią, poszło w straty.
Komisja, którą powołano, by rozważyć własny wypiek, powiedziała to, czego w sprawozdaniach nie lubi się czytać. Sprawa nieaktualna. Brak znajomości rzeczy. Brak znacznych funduszy. Ani jednego, ani drugiego „Zgoda” wtedy nie miała. Od 1883 roku zaopatrzenie w pieczywo było stale kłopotliwe. Wpływały skargi. Składano wnioski. Borykano się — jak zapisano — z mniejszym lub większym powodzeniem.
W 1892 roku, gdy po latach zapaści spółdzielnia zaczynała oddychać, zarząd postanowił wreszcie uruchomić własną piekarnię. Od decyzji do konkretu minęło szesnaście lat. Piec spółdzielczy zapłonął dopiero w 1908 roku. I to nie własny w pełnym znaczeniu tego słowa.
Dzierżawa, która miała odwieść od pieczywa
W latach 1906–1908 zarząd, realizując postulaty członków, spróbował po raz wtóry. Wydzierżawiono piekarnię. Zatrudniono w niej byłego właściciela. Skutki finansowe nazwano później fatalnymi, nawet kompromitującymi. Wartość produkcji w 1906 roku: 9897 rubli i 85 kopiejek. Strata: 1643 ruble i 46 kopiejek — 11,6 procent. Rok 1907: produkcja 21 415 rubli 62, strata 1725 rubli 95, czyli 8,4 procent. Rok 1908, ten sam, w którym „własna” piekarnia miała wreszcie ruszyć: produkcja ledwie 7056 rubli 12, strata 2040 rubli 56. Dwadzieścia osiem i cztery dziesiąte procent.
Tak wysoki wskaźnik strat mówił albo o wybitnej nieumiejętności prowadzenia wypieku, albo — co gorsza — o świadomym działaniu, by „Zgoda” nie myślała już więcej o produkcji pieczywa. W obu odczytaniach efekt był ten sam. Spółdzielnia na kilka lat odłożyła ambicję, by piec należał do członków, nie do człowieka z zewnątrz.
Tymczasem zmienił się adres. W styczniu 1911 roku towarzystwo kupiło nieruchomość przy ulicy Sienkiewicza 32 za 56 205 rubli i 93 kopiejki. Biura zeszły z poddasza przy Kolegialnej. Przez kilka lat adaptowano dom, dobudowywano budynki pomocnicze. W sierpniu 1912 stanął sklep bławatny. Przy składzie opału wynajęto jatki na paszę i konie. Piekarni w nowym domu jeszcze nie było. Był ogród, wóz, koń i kasa przezorności pracowników, do której od 1907 roku potrącano osiem procent z pensji, a spółdzielnia dokładała trzy. Na starość miało z tego wyjść coś w rodzaju dwumiesięcznej wypłaty, odkładanej przez lata. Pieczywo wciąż przychodziło z zewnątrz.
Wojna i okupacja niemiecka z 1915 roku nauczyły „Zgodę” czego innego: utrzymywać placówki, przystosowywać asortyment, pożyczać ostrożnie, bo pożyczony pieniądz wracał chudszy. Piec spółdzielczy nie był wtedy pierwszym zmartwieniem. Pierwszym było, by w ogóle było co położyć na półkę.
Piwnica po „tureckiej” i złoty, który wrócił na ladę
Niepodległość zastąpiła ruble markami, a marki — w grudniu 1924 roku — złotym, w relacji jeden złoty za milion osiemset tysięcy marek. Inflacja z lat 1919–1923 pożarła wkłady, papiery wartościowe i resztki przedwojennej kasy pożyczkowej. Majątek trwały ocalał. Obrót — w niewielkim stopniu. Prezes Aleksander Rudziński utrzymał zapasy sklepowe i zaufanie członków, którzy po stracie oszczędności i tak wracali ze składką.
W tym właśnie roku, 1924, „Zgoda” wróciła do pieca. Przejęła lokal piekarni nazywanej „turecką”, mieszczący się we własnym domu przy Sienkiewicza. Wypiek zszedł do piwnicy. Warunki pracy były złe: wilgoć, ciasnota, powietrze, którego nie da się sprzedać w sprawozdaniu. Mimo to wartość produkcji wyniosła 45 031 złotych i 80 groszy. W 1925 roku — już 91 181 złotych i 10 groszy. Prawie podwojenie w dwanaście miesięcy.
Piwnica nie przestała być piwnicą. Przestała być argumentem przeciwko piekarni. Zachęcony tym przykładem zarząd, przy wydatnej pomocy Urzędu Miejskiego w uzyskaniu funduszy i lokalizacji, zdecydował się na rzecz, której w 1882 roku komisja nawet nie chciała liczyć: osobny budynek, postawiony po to, by piec nie musiał się ukrywać pod sklepem.
Równolegle, w latach 1925–1927, prowadzono rozlewnię denaturatu. To nie była produkcja, tylko przerób handlowy. Obrót 12 773 złote 67 w 1926 roku dał zysk netto 10 795 złotych 90. Rok później obrót spadł do 7164 złotych 30, zysk do 927 złotych 46. Denaturat przyszedł i odszedł. Chleb został.
Budynek za czterdzieści dwa tysiące i pierwsza mieszarka
Rok 1928. Koszt budowy: 42 244 złote i 18 groszy. Piekarnię urządzono — jak na ówczesne czasy — nowocześnie i higienicznie, z zachowaniem bezpieczeństwa pracy. W znacznej części zmechanizowano automatyczne mieszarki. Była to pierwsza zmechanizowana piekarnia w Płocku.
Nie chodziło o cud techniki. Chodziło o to, że ciasto, które przez pół wieku zależało od humoru prywatnego piekarza i od zwrotów z lady, weszło pod ten sam dach co sklep, kasa wkładów i świetlica. Maszyna nie zastąpiła majstra. Zabrała mu część najcięższej roboty i pozwoliła porównywać bochenek z bochenkiem konkurencji każdego dnia.
Wartość produkcji wahała się mocno. Od 55 468 złotych 34 do 209 060 złotych 59 w 1929 roku. Szczyt przyszedł więc niemal natychmiast, zanim wielki kryzys zdążył dobić się do płockich sklepów. W ostatnich pięciu latach przed wojną piekarnia zatrudniała czterech ludzi: trzech piekarzy i majstra-kierownika oraz sprzątaczkę. Najniższy zysk, 385 złotych 36, spadł na 1931 rok — ten sam, w którym cała „Zgoda” liczyła straty kryzysu. Najwyższy, 22 360 złotych 18, zapisano w 1938.
Asortyment nie ograniczał się do zwykłego pieczywa. Wypiekano także półcukiernicze. Każdego dnia porównywano wynik z innymi zakładami miasta. Pieczywo „Zgody” było chętnie nabywane przez ludność Płocka — zdanie suche jak protokół, a przecież ważniejsze niż mieszarka. Maszyna mogła być pierwsza. Bochenek musiał być lepszy albo przynajmniej nie gorszy. Inaczej członek szedł do prywatnego piekarza, tak jak w latach osiemdziesiątych XIX wieku.
Kierownikiem od chwili uruchomienia, przez dziesiątki lat, był Piotr Maciuliński. Nie był prezesem, nie zasiadał w radzie nadzorczej obok księdza Poszwy i Zygmunta Maciejewskiego. Stał przy piecu. Gdy w sierpniu 1939 roku spisywano stan organizacyjny spółdzielni, jego nazwisko znalazło się przy pozycji „Piekarnia Mechaniczna, Sienkiewicza 32” tak samo pewnie jak nazwiska kierowników trzynastu sklepów, składu opału i kasy wkładów. W 1980 roku, kiedy spisywano tę historię z akt, Maciuliński był już na emeryturze. Piec, przy którym stał, nadal pracował.
Dom przy Sienkiewicza, który uniósł więcej niż dach
Piekarnia nie wisiała w próżni. Stała w nieruchomości, która od 1911 roku była czymś więcej niż adresem. Przy Sienkiewicza 32 mieściły się sklep spożywczy, sklep z pieczywem, bławatny, żelazny i gospodarstwa domowego, kasa wkładów oszczędnościowych, tabor konny i świetlica. W świetlicy prowadzono działalność kulturalno-oświatową i społeczno-samorządową. Korzystali z niej przede wszystkim pracownicy, w mniejszym stopniu członkowie. Co rok, jeśli poprzedni zamknięto zyskiem, „Zgoda” przeznaczała fundusze na odczyty, pogadanki i Dni Spółdzielczości — z pochodem i udekorowanymi witrynami.
W sierpniu 1939 roku, na ostatnim spisie przed wojną, sklep z pieczywem przy Sienkiewicza 32 prowadziła Zofia Kazimierkiewicz. Piekarnią — Maciuliński. Kasą wkładów — Leon Dzierżanowski. Prezesem zarządu był Wojciech Litewski. Spółdzielnia miała wtedy trzynaście placówek handlowych, składy opału, nawozów i materiałów budowlanych, hurtownie soli w Płocku i Wyszogrodzie, a w piecu — zapasy mąki pięciokrotnie wyższe od zwykłych. Od lipca gromadzono żywność, węgiel i sól. Nikt nie budował nowej piekarni. Pilnowano, by ta jedna nie zgasła.
Gdy 8 września Niemcy zajęli półpuste miasto, piekarnia została przy spółdzielni dłużej niż składy opału, nawozów, budulec i hurt soli. Okupant zabrał to, co łatwiej było zabrać. Piec, który wymagał ludzi znających ciasto, zostawiono. Później, gdy „Zgodę” przemianowano na Konsumgenossenschaft „Eintracht” i majątek rozdzielono między niemieckich zarządców, mechaniczną piekarnię przejęła H. Maka od Hansa Vonaua. Było to już czwarte niemieckie przedsiębiorstwo wyrosłe z jednego spółdzielczego pnia. Wypiek nie ustał. Zmienił właściciela na papierze. Ręce przy mieszarce zostały w dużej mierze polskie.
Ciekawostki i kontekst
Droga od dwóch piekarzy z 1870 roku do mieszarki z 1928 jest dłuższa niż historia niejednej płockiej fabryki. Widać w niej upór, który graniczy z naiwnością, i naiwność, która po latach okazuje się uporem. Pożyczyć prywatnemu piekarzowi na budowę pieca, żeby ten sam piekarz zerwał umowę — to błąd, który w 1882 roku kosztował kilkaset rubli. Zatrudnić byłego właściciela w dzierżawionej piekarni i zamknąć rok 1908 stratą 28 procent — to błąd, który niemal na zawsze wyperswadował spółdzielni produkcję. Zejść do piwnicy w 1924 i w rok podwoić wartość wypieku — to już nie błąd. To nauka, za którą zapłacono wcześniej dwa pokolenia skarg na czerstwy chleb.
W międzywojennym Płocku „Zgoda” nie prowadziła innej produkcji. Nie było mleczarni, nie było masarni spółdzielczej, nie było warzelni, o jakich marzyły niektóre okręgowe związki. Był denaturat przez trzy lata i był chleb przez resztę życia instytucji. To zawężenie okazało się siłą. Kryzys 1930–1932 obciął obroty całej spółdzielni; piekarnia w 1931 roku uszła z zyskiem trzystu osiemdziesięciu pięciu złotych. Mało. Ale na plusie. W 1938 roku te same cztery osoby i sprzątaczka dały ponad dwadzieścia dwa tysiące złotych zysku. Mieszarka nie kłóciła się o marżę. Nie zerwała umowy. Nie wyjechała z miasta.
Urząd Miejski, który pomógł w funduszu i lokalizacji, wpisał się w tę historię ciszej niż prezes. W gubernialnym Płocku spółdzielnia musiała prosić Petersburg o zmianę paragrafu. W niepodległym — mogła pójść do magistratu po działkę pod piec. Różnica ustrojowa mierzy się czasem nie sejmem, tylko tym, czy miasto chce mieć własny chleb.
Kalendarium samej spółdzielni zapamiętało jeszcze jedną datę: wypiek przy Sienkiewicza, rozpoczęty maszyną w 1928 roku, trwał w tym adresie tradycyjnymi metodami aż do 2011. Późniejsza piekarnia przy Banacha przejęła codzienność. Budynek z 1928 roku zdążył jednak przeżyć inflację, kryzys, okupację, PRL i zmianę smaków. Mało która inwestycja płockiego rzemiosła może powiedzieć to samo.
Znaczenie historyczne
Pierwsza zmechanizowana piekarnia w Płocku nie była pomnikiem postępu. Była odpowiedzią na pół wieku zależności od ludzi, którzy piekli dobrze, dopóki im się opłacało. W mieście bez wielkiego przemysłu chleb był infrastrukturą równie ważną jak bruk. Kto kontrolował piec, kontrolował poranek.
Dla „Zgody” budynek z 1928 roku znaczył coś więcej niż nową pozycję w bilansie. Zamykał spór, który zaczął się przy ladzie Kolegialnej, gdy dwóch piekarzy liczyło pięć procent, a członkowie liczyli dziury w bochenku. Otwierał czas, w którym spółdzielnia nie tylko sprzedawała cudzy towar, ale sama go robiła — higienicznie, porównywalnie, z imieniem majstra, które da się wpisać do spisu placówek.
W skali Polski nie była to rewolucja piekarnictwa. W skali Płocka była. Dopóki ciasto mieszało się tylko ręcznie, każda nowa piekarnia wyglądała jak poprzednia. Mieszarka zmieniła miarę. Pozwoliła mówić o standardzie, nie o tajemnicy czeladnika. Pozwoliła też — w 1939 roku — zgromadzić mąkę na pięć zwykłych zapasów i nie zgasnąć w pierwszym tygodniu wojny.
Dziewięćdziesiąt osiem lat później historia ta czyta się jak przypis do większej opowieści o spółdzielczości. Warto jednak czytać ją osobno. Bo w Płocku „Zgoda” mogła przegrać z prywatnym kupcem na cukrze, na żelazie i na bławacie. Na chlebie — po 1928 roku — przegrać było już trudniej. Maszyna nie obiecywała zgody. Mieszała ciasto. Resztę, jak zawsze, robiła lada i ludzie, którzy o piątej rano schodzili do roboty, najpierw do piwnicy, potem do budynku, który miasto pomogło postawić po to, by pieczywo przestało być prośbą do obcego piekarza.