Pięć do dwóch w Nowy Rok. Hokejowy rewanż Polaków z Hitlerjugend w okupowanym Płocku
Nowy Rok 1945 przyszedł do Płocka w mundurze, który miał spaść za dwadzieścia dni. Miasto od maja 1941 roku nosiło niemiecką nazwę Schröttersburg i leżało już nie w Polsce, lecz w rejencji ciechanowskiej, wcielonej do Prus Wschodnich. Na kawiarniach wisiał napis „Nur für Deutsche”. Tumskie Wzgórze też było tylko dla Niemców. Polskie szkoły dawno zamknięto, polskie kluby rozwiązano, polskie łodzie zarekwirowano, a na miejscu kościoła salezjanów pracowała fabryka amunicji.
I właśnie wtedy, pierwszego stycznia, na lodzie stanęły dwie drużyny. Jedna nosiła barwy stoczni rzecznej, którą okupant nazwał Weichselwerft. Druga — Hitlerjugend. Kilka dni wcześniej, w drugi dzień świąt, Niemcy wygrali 4:3. Rewanż skończył się wynikiem 5:2 dla Polaków. Widzowie, których relacja z epoki nazywa „olbrzymią radością”, nie oglądali meczu ligowego. Oglądali rzadki moment, w którym w okupowanym mieście wolno było głośno cieszyć się z porażki niemieckiej młodzieży.
Minęło od tamtego poranka osiemdziesiąt jeden lat. W 2026 roku Płock znów stawia zimowe lodowisko na Starym Rynku i znów ogląda hokej jako sport, nie jako akt przetrwania. Tamten Nowy Rok przypomina, że bywało inaczej.
Miasto, które miało zniknąć z mapy
Płock zajęli Niemcy 9 września 1939 roku, po tym jak w nocy z ósmego na dziewiątego wysadzono oba mosty na Wiśle. Dekret Hitlera z 8 października wcielił Mazowsze Płockie do Rzeszy. Rejencja ciechanowska, Südostpreussen, plan regulacyjny „czysto niemieckiego miasta” — to nie były hasła z afisza. To była codzienność: zmiana nazw ulic, konfiskaty, wysiedlenia, getto, łapanki, publiczne egzekucje.
18 września 1942 roku na zaniedbanym placu w dzielnicy dawnego getta powieszono trzynastu Polaków z konspiracji. W 1943 roku Sicherheitspolizei zaczęła wywozić z miasta Polaków, także nastoletnich chłopców, do obozu Stutthof. W lesie łąckim Niemcy pochowali dzieci, które zamarzły w transporcie na stacji Płock-Radziwie. Sport, jaki Płock znał przed wojną — regaty PTW, Bieg Dookoła Płocka, hokej na Kamiuszkach, mecze Sokoła, Masovii, Hapoelu i Makabi — został obcięty jednym ruchem administracyjnym.
Wydawało się, że wybuch wojny przerwie ruch sportowy całkowicie. Przez pierwsze lata okupacji tak właśnie było. Kluby nie istniały. Stadion z drewnianą trybuną nie gościł polskich zawodów. Przystań wioślarska stała zamknięta. Łyżwy, jeśli ktoś je jeszcze miał, służyły do dojazdu, nie do meczu.
Dopiero 1943 rok pokazał, że ciało nie przestaje potrzebować ruchu nawet wtedy, gdy państwo zabroniło mu barw klubowych.
Sobieraj i boisko przy stoczni
Stanisław Sobieraj był przed wojną jednym z tych płockich sportowców, których nazwisko wracało na kilku boiskach naraz. W Towarzystwie Gimnastycznym „Sokół” grał w hokeja, boksował i uprawiał lekkoatletykę. Obok niego w sokołowych sekcjach pojawiali się Mieczysław Sztyma, Stanisław Sobociński, Bronisław Skrzeczkowski, Józef Lewandowski, Stanisław Nowakowski. To było pokolenie, które znało i bieżnię, i taflę, i ring.
W 1943 roku Sobieraj zrobił rzecz, która w warunkach okupacji wymagała zarówno odwagi, jak i chłodnej kalkulacji. Przy Stoczni Rzecznej — przejętej przez Niemców i działającej jako Weichselwerft GmbH — powstało boisko piłkarskie. Dziś to miejsce kojcy stadion Żeglarza. Wtedy było skrawkiem ziemi przy zakładzie, który produkował na potrzeby niemieckiej marynarki kadłuby do łodzi podwodnych i łodzie desantowe. Dyrektorem firmy został Niemiec o nazwisku Curls. Polscy robotnicy schodzili z pochylni i — jeśli starczyło sił i zgody nadzoru — kopali piłkę.
Drużyna stoczni występowała pod niemiecką nazwą zakładu: Weichselwerft. Obok piłkarzy pojawiła się także drużyna hokeja na lodzie. Sport w fabryce zbrojeniowej nie był darem okupanta. Był luką. Niemcy potrzebowali rąk do pracy i niekiedy tolerowali „zakładową” rekreację, zwłaszcza gdy mogła wyglądać na element niemieckiego porządku fabrycznego. Polacy wstawiali w tę lukę własną pamięć przedwojennych klubów.
Elektrownia, Francuzi i kościół zamieniony w fabrykę
W tym samym czasie przy Zakładzie Energetycznym, z inicjatywy Mieczysława Dorobka, powstała drużyna piłki nożnej Elektrizitätswerke. Elektrownia miejska w Radziwiu, oddana do użytku w 1929 roku, była ceglanym gmaszyskiem z wysokim kominem, które do dziś stoi przy Kolejowej. Pod okupacją zmieniła szyld, nie zmieniła znaczenia. Dawała miastu prąd — i dawała ludziom pretekst, by po zmianie stanąć na boisku.
Wśród energetyków od początku wojny tliła się konspiracja. Późniejsza pamięć zakładu zapisała nazwiska Jerzego Graczyka i Eugeniusza Topajewa, którzy zapłacili za to życiem. Piłka przy elektrowni nie unieważniała tego ryzyka. Pokazywała tylko, że życie w Radziwiu toczyło się warstwami: praca przymusowa, sabotaż, codzienność i — kiedy się dało — mecz.
Trzecią siłą okazali się jeńcy francuscy. Niemcy zatrudnili ich w Espera-Werke, fabryce min i granatów urządzonej w kościele św. Stanisława Kostki, w Stanisławówce. Świątynię i zakład wychowawczy salezjanów zamknięto po aresztowaniach z lutego 1941 roku. Proboszcz Stefan Pływaczyk i księża Tadeusz Kaliszek, Jan Kurdziel, Emil Łuczeczko, Wojciech Pływaczyk i Stanisław Stępowski zginęli w obozie w Działdowie. Klerycy trafili do Dachau. W ogołoconym kościele ruszyła produkcja amunicji.
Francuzi, oderwani od własnego kraju, zorganizowali drużyny piłkarskie. W okupowanym Płocku powstał więc osobliwy krajobraz: Polacy z Weichselwerft, Polacy z elektrowni i jeńcy z fabryki w kościele. Wszyscy grali w mieście, które oficjalnie nie miało już prawa nazywać się Płockiem.
Trójmecz w Radziwiu
W 1944 roku na boisku w Radziwiu doszło do trójmeczu. Stocznia, Zakład Energetyczny i Francuzi. Zdecydowanie wygrała drużyna stoczni. Nie znamy składów, strzelców ani minuty, w której padł ostatni gol. Znamy układ sił i miejsce. Lewobrzeżne Radziwie, przez Niemców nazywane Bruckendorf, było wtedy nie tylko portem i stocznią. Było dzielnicą pracy przymusowej, obozu dla kobiet przy Kolejowej i wysiedleń, które wywoziły radziwian w głąb Generalnego Gubernatorstwa.
Piłka na takim terenie nie wyglądała jak przedwojenny mecz PAKS-u z Makabi. Nie było drewnianej trybuny miejskiego stadionu, sędziów związku ani recenzji w gazecie. Było to spotkanie ludzi, których okupant zestawił w jednym krajobrazie pracy: pochylnia, elektrownia, amunicja. Że potrafili ustawić bramki i zagrać do końca, mówi więcej o potrzebie normalności niż o tabeli.
Hokej wrócił inną drogą. Przed wojną płoccy hokeiści grali na lodowisku na Kamiuszkach — dziś mówi się o tym miejscu Górki — a trenowali na ślizgawkach u Hejkego przy Misjonarskiej i w ogrodzie Filipowicza. Sokół miał sekcję hokeja na lodzie, miał ją też Harcerski Klub Sportowy i PAKS. Zima 1944 roku nie oddała im tamtych tafli w dawnym kształcie. Oddała jednak mróz i ludzi, którzy pamiętali, jak trzyma się kij.
Drugi dzień świąt, cztery do trzech
W drugi dzień Bożego Narodzenia 1944 roku hokeiści stoczni wyszli przeciwko drużynie Hitlerjugend. Przegrali 3:4.
Hitlerjugend nie była w Płocku przypadkową ekipą osiedlową. Była młodzieżową organizacją partii, która wychowywała chłopców do służby w Rzeszy. Na ziemi płockiej Hitlerjugend pojawiała się nie tylko na uroczystościach. Miejscowa pamięć zapisała ją także przy pracach fortyfikacyjnych — choćby przy wożeniu młodzieży do budowy bunkra w Grabinie. Mecz z taką drużyną nie był towarzyskim spotkaniem dwóch klubów. Był starciem dwóch porządków, nawet jeśli sędzia gwizdał tylko spalony i wybitą na bandę.
Wynik 3:4 zostawiał otwartą furtkę. W sporcie otwarta furtka nazywa się rewanżem. W okupowanym mieście rewanż był czymś więcej. Dawał polskim widzom powód, by wrócić na lód po świętach i sprawdzić, czy da się odwrócić porażkę, której nikt nie miał prawa świętować głośno.
Pierwszy stycznia, pięć do dwóch
Nowy Rok 1945. Front był już blisko, choć jeszcze nie widać go było z płockiej skarpy. Od połowy stycznia wśród Niemców miała zagościć panika. Piętnastego stycznia zdenerwowanie okupantów stało się widoczne. Osiemnastego wywieziono z zakładu karnego dużą grupę więźniów. Dziewiętnastego Gestapo dokonało masakry Polaków — rozstrzelanych lub żywcem spalonych. Dwudziestego pierwszego stycznia wojska 1. Frontu Białoruskiego weszły do miasta. Okupacja, która trwała od 9 września 1939 roku, skończyła się.
Ale tego wszystkiego pierwszego stycznia jeszcze nie wiedziano z pewnością kalendarza. Wiedziano coś innego: że można zagrać rewanż. Hokeiści stoczni wygrali 5:2.
Relacja, która przetrwała w płockiej pamięci sportowej, nie opisuje bramek ani nazwisk strzelców. Opisuje widzów. Polacy cieszyli się „olbrzymią radością”. W mieście, gdzie publiczna radość z niemieckiej porażki mogła skończyć się denuncjacją, ta fraza waży więcej niż protokół sędziowski. Ktoś musiał przyjść. Ktoś musiał wytrzymać do końcowej syreny. Ktoś musiał pozwolić sobie na okrzyk, którego od 1939 roku uczono go tłumić.
Nie był to mecz o mistrzostwo Polski. Nie był to nawet mecz o utrzymanie sekcji. Był to mecz o to, czy w Schröttersburgu da się jeszcze przez godzinę być Płockiem.
Lód, który pamiętał Sokół
Żeby zrozumieć, skąd w ogóle wzięła się tafla i skąd wzięli się ludzie umiejący na niej grać, trzeba wrócić do lat trzydziestych. Hokej płocki nie urodził się w stoczni. Urodził się w Sokołe, w PAKS-ie, w harcerskim klubie i w szkolnych barwach Jagiellonki oraz Małachowianki. Najlepsi łączyli dyscypliny, bo miasto było zbyt małe, by pozwolić sobie na specjalistów od jednej tylko tafli.
Sobieraj, Sztyma, Skrzeczkowski, Żółtowski — to nazwiska z tamtej mapy. Gdy w 1943 roku przy stoczni powstało boisko, a potem drużyna hokejowa, nie powstały z niczego. Powstały z resztek przedwojennego odruchu: zebrać ludzi, znaleźć miejsce, zagrać.
Różnica polegała na szyldzie. Przed wojną klub miał polską nazwę, walne zebranie i barwy. Pod okupacją musiał schować się za niemiecką firmą. Weichselwerft. Elektrizitätswerke. Espera-Werke. Sport zakładowy był formą kamuflażu. Dopóki piłka albo krążek toczyły się „przy fabryce”, można było udawać, że to tylko rekreacja robotników Rzeszy.
Ciekawostki i kontekst
Radziwie w tej historii nie jest przypadkowym przedmieściem. To lewy brzeg, port, stocznia, elektrownia i kolej. To także miejsce, gdzie zimą 1942 roku stanął transport z porwanymi polskimi dziećmi. Hokej i piłka rozgrywały się więc nie obok wojny, tylko wewnątrz jej geografii.
Weichselwerft nie była cywilną stocznią spacerowych barek. Montowano tu sprzęt dla Kriegsmarine. W październiku 1942 roku konspiracja spaliła halę, w której Niemcy trzymali silniki do łodzi pościgowych. Okupant przyjął wersję o wadliwej instalacji elektrycznej i — wyjątkowo — nie odpowiedział masową represją. Ten szczegół pokazuje, jak cienka była granica między pracą, sabotażem i codziennością, w której później zmieścił się jeszcze mecz.
Francuscy jeńcy w Stanisławówce dopisują do tej opowieści wątek, którego Płock nie powinien zgubić. Kościół zamieniony w fabrykę min, księża zamordowani w Działdowie, a na boisku — drużyna ludzi, którzy trafili tu z innego kraju i innej klęski. Trójmecz 1944 roku był więc nie tylko lokalnym derbem Radziwia. Był spotkaniem trzech doświadczeń wojny.
Hitlerjugend na płockim lodzie to także przypomnienie, że germanizacja nie ograniczała się do tablic ulicznych. Miała wychowywać następne pokolenie gospodarzy miasta. Przegrana 5:2 nie zatrzymała tej machiny. Zatrzymała ją ofensywa styczniowa. Ale przez jedną godzinę machina dostała cios w miejsce, którego nie przewidywał żaden rozkaz: w wynik meczu.
Stadion Żeglarza, który wyrósł później na miejscu stoczniowego boiska, nosi w sobie tę ciągłość, nawet jeśli dziś mało kto łączy jego murawę z Nowym Rokiem 1945. Sportowe Płockie powojnie — Stoczniowiec, Żeglarz, odbudowa klubów — zaczynało się nie w 1947 roku, gdy powstała Wisła, lecz wcześniej. Zaczynało się tam, gdzie Sobieraj wytyczył boisko, a hokeiści stoczni wrócili na lód po świątecznej porażce.
Znaczenie historyczne
Mecz 1 stycznia 1945 roku nie zmienił biegu wojny. Nie ocalił więźniów wywiezionych osiemnaście dni później. Nie cofnął nazwy Schröttersburg. Nie otworzył szkół ani nie zwrócił zarekwirowanych łodzi PTW. Zrobił coś innego, co w historii miasta bywa równie ważne: zostawił ślad, że Polacy w Płocku do ostatniego miesiąca okupacji potrafili zebrać się jako publiczność i jako drużyna.
Dla historii sportu płockiego ten Nowy Rok jest mostem. Po jednej stronie leży przedwojenny Sokół, Kamiuszki i drewniana trybuna stadionu. Po drugiej — powojenna odbudowa klubów, stoczniowe barwy i długi cień Wisły Płock. Bez 1943 i 1945 roku ta linia byłaby przerwana czystym milczeniem.
Dla historii okupacji mecz jest dokumentem nastroju. W styczniu 1945 roku Płock stał między masakrą a wyzwoleniem. Hokejowy wynik 5:2 nie był politycznym manifestem w ścisłym sensie. Był jednak chwilą, w której polska radość mogła wybrzmieć publicznie, zanim miasto na powrót stało się Płockiem.
Dlatego warto opowiadać tę historię nie jako ciekawostkę z almanachu wyników. Warto opowiadać ją jako opowieść o ludziach, którzy w fabryce min, w elektrowni i na pochylni stoczni nie oddali zimy. Wzięli kij, wzięli piłkę, wzięli godzinę na lodzie. I pierwszego stycznia, przy olbrzymiej radości swoich, wygrali 5:2.