W kwietniu 1883 roku „Korespondent Płocki” ogłosił wiadomość, na którą gubernialne miasto czekało dłużej, niż na wodociąg i nową wieżę ciśnień. Do Płocka przybył na stałe człowiek, który umiał leczyć zęby inaczej niż kowal.

Dotąd cierpiący na ból zębów uciekali się do pomocy samouków. Miasto miało trzech. W mniejszych ośrodkach guberni bywało gorzej: ząb wyrywano wielkimi obcęgami, a po zabiegu zostawał strach, rana i przekonanie, że tak już musi być.

Maurycy Oppenheim był synem sławnego warszawskiego dentysty. Sam kształcił się w kraju i za granicą, teoretycznie i praktycznie. 19 kwietnia 1883 roku zamieścił ogłoszenie o otwarciu gabinetu. Obiecywał nie tylko wyrwanie zęba. Obiecywał plombę, leczenie dziąseł i szczęk, sztuczne zęby nieodróżniające się od naturalnych przy mowie i przy jedzeniu, sztuczne podniebienie i przegrody nosowe. I to „bez bólu w znieczuleniu”.

Miasto, które leczyło się od pięciu wieków — ale nie zębów

Lecznictwo w Płocku nie zaczęło się w XIX wieku. Jego początek wiąże się z pierwszymi latami wieku XV i z fundacją szpitala Świętej Trójcy, którą książę mazowiecki Ziemowit i jego małżonka Aleksandra Olgierdówna, siostra Władysława Jagiełły, wpisali w krajobraz miasta nad Wisłą. Szpital, przeniesiony później przy ulicy Warszawskiej, przez stulecia przyjmował chorych, ubogich i wędrowców. Miasto znało medyków, felczerów, akuszerki i apteki. Miało od 1872 roku Towarzystwo Lekarskie, jedno z najstarszych na prowincji Królestwa. Miało od 1876 roku własne pismo, „Korespondenta Płockiego”, które dwa razy w tygodniu rozchodziło się w kilkuset egzemplarzach i w którym miejscowi lekarze — Marcin Ehrlich, Juliusz Gensz i inni — pisali o higienie, epidemiach i ciele człowieka.

Zębów w tym pejzażu niemal nie było.

Dentystyka jako osobny zawód dopiero wychodziła z cienia cyrulików i rzemieślników. Przez wieki usuwanie zębów należało do chirurgów cechowych i do ludzi, którzy po prostu „umieli szarpnąć”. W drugiej połowie XIX stulecia w Krakowie i Warszawie pojawiali się już docenci dentystyki, pierwsze pisma fachowe, pierwsze próby znieczulenia miejscowego. Na prowincji Królestwa Polskiego ten przełom dochodził z opóźnieniem. Płock był stolicą guberni od 1837 roku, miastem urzędów, gimnazjum, koszar, więzienia i trzech szpitali. W 1879 roku dostał wodociąg i pięciokondygnacyjną wieżę ciśnień przy ulicy Warszawskiej. W 1874 roku powstała Ochotnicza Straż Ogniowa. Działały trzy hotele, trzy apteki, kilka księgarń, drukarnia gubernialna. Brakowało jednego: człowieka, który nie wyrywałby zęba jak kowal podkowy.

Dlatego notatka w „Korespondencie” brzmiała jak oddech. „Dla mnóstwa wszakże osób brak ukształconego dentysty może w pewnych przynajmniej chwilach najbardziej uczuwać się dawał. Dla ostatnich też szczególnie przyjemną będzie wiadomość, że do Płocka przybył na stałe p. Maurycy Oppenheim”.

Słowo „ukształcony” robiło całą robotę. Oddzielało fach od samouctwa. Oddzielało gabinet od warsztatu.

Ogłoszenie, które czyta się jak katalog cudów

Tekst, który Oppenheim dał do druku 19 kwietnia, odbiega od dzisiejszej, suchej informacji o adresie i godzinach. Jest listą umiejętności i obietnic.

„Leczy zęby, plombuje, leczy również dziąsła i szczęki. Wstawia sztuczne zęby, najnowszym patentowym systemem nieodróżniające się od naturalnych, ani przy wymowie, ani też przy używaniu pokarmów, bez wyrywania pozostałych korzeni i bez bólu w znieczuleniu. Wstawia podniebienie sztuczne i przegrody nosowe”.

Każde zdanie odpowiadało na inny lęk.

Plomba znaczyła, że zęba nie trzeba od razu tracić. Leczenie dziąseł i szczęk wychodziło poza rzemiosło ekstrakcji: dentysta oglądał jamę ustną jako całość, nie jako zbiór bolących kołków. Sztuczne zęby „patentowym systemem” obiecywały coś, czego prowincja bała się najbardziej — protezę, która nie wypadnie przy zupie i nie zmieni głosu. Zastrzeżenie „bez wyrywania pozostałych korzeni” było argumentem przeciwko starym praktykom, w których żeby wstawić nowe zęby, usuwano wszystko, co jeszcze tkwiło w kości. „Bez bólu w znieczuleniu” brzmiało jak zdanie z innego świata. W Warszawie pierwsze głośne doniesienia o znieczuleniu kokainą przy usuwaniu zęba pojawią się dopiero pod koniec 1884 roku. Oppenheim obiecywał ulgę już wiosną 1883. Nie wiemy, jakiego środka używał. Wiemy, że wiedział, czego pacjent się boi najbardziej.

Najmocniej jednak działa ostatnia fraza: sztuczne podniebienie i przegrody nosowe. To już nie była kosmetyka uśmiechu. To była protetyka rekonstrukcyjna — pomoc ludziom po wrzodach, kiłach, urazach i wadach wrodzonych, których twarz i mowa zdradzały chorobę, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć. W gubernialnym Płocku taki zakres usług oznaczał, że gabinet przy Placu Floriańskim nie miał być tylko miejscem na ból zęba. Miał być warsztatem, w którym składa się z powrotem twarz.

Plac Floriański, od ósmej do dziewiętnastej

Gabinet stanął przy Placu Floriańskim. To było jedno z najbardziej wyeksponowanych miejsc w mieście, od strony ulicy Warszawskiej. Od drugiej połowy lat sześćdziesiątych górowała nad nim cerkiew Przemienienia Pańskiego, wzniesiona staraniem władz gubernialnych i w 1885 roku podniesiona do rangi soboru. Dookoła krążyło życie stolicy guberni: urzędnicy, wojsko, kupcy, Żydzi z sąsiednich ulic handlowych, uczniowie gimnazjum, pacjenci idący ku szpitalowi Świętej Trójcy.

Oppenheim przyjmował od godziny ósmej do dziewiętnastej. Jedenaście godzin. W mieście, w którym lekarz ogólny i tak bywał na wagę złota, taki rozkład znaczył, że dentysta nie zamierzał traktować praktyki jako dodatku do lepszego życia w Warszawie. Wydzielił też godzinę dla ludzi biednych i nie pobierał od nich opłat.

Ten szczegół zmienia portret gabinetu. Płock lat osiemdziesiątych nie był miastem równych szans. Obok kamienic i magazynów modnych istniały traktiernie, więzienie wliczane do spisu ludności i bieda, która ból zęba leczyła wódką albo obcęgami. Godzina bezpłatna nie rozwiązywała problemu. Stawiała jednak granicę: nawet pierwszy dentysta miasta uznał, że są pacjenci, których nie wolno odesłać.

Miesiąc po przybyciu Oppenheima odbył się spis ludności. Miasto, „licząc więźniów i wojsko”, miało 21 956 mieszkańców. Jeden lekarz dentysta na taką liczbę był — jak pisano później — kroplą w morzu. Gdy odjąć wojsko i ludność czasową, obraz nie stawał się łagodniejszy. W całym Płocku praktykowało wówczas zaledwie kilku wolno praktykujących medyków. Dentysta był jeden.

Dlaczego wykształceni nie chcieli tu zostawać

Znikoma liczba lekarzy w małych miastach nie była tajemnicą. Wynikała z przekonania, że tylko wielkie skupiska dają życiową stabilizację. „Korespondent Płocki” nazywał absolwentów szkół wyższych marzycielami i dopowiadał gorzko: o wyjeździe ze stolicy ani myślą, bo są przekonani, że tylko w wielkim mieście ich marzenia mogą oblec na się sukienki rzeczywistości.

Płock płacił za to podwójnie. Był dość duży, by czuć brak specjalisty, i dość mały, by specjalista bał się tu utknąć. Warszawa kusiła klientelą, szkołami dentystycznymi, które dopiero się rodziły, i poczuciem, że kariera dzieje się tam, gdzie są salony, niegubernialne kancelarie. Dlatego przyjazd Oppenheima miał wagę większą niż jedno ogłoszenie. Ktoś z warszawskiego, „sławnego” zaplecza zdecydował się zostać.

Nie został zresztą na zawsze sam. W 1886 roku przybył z Warszawy drugi lekarz dentysta, Kasprowicz. Potem, już u schyłku stulecia, pojawili się kolejni. Ale to pierwsze trzy lata — od wiosny 1883 do przyjazdu drugiego kolegi — były latami, w których jeden gabinet musiał unieść miasto.

Praca pierwszych dentystów była wyczerpująca z dwóch powodów. Pacjentów z zaniedbanym uzębieniem było ogromnie wielu. Czas przyjęć bywał nieomal nieograniczony. Ludzie przychodzili nie na przegląd, tylko wtedy, gdy ból nie dawał spać. Gabinet zapełniał się ropniami, korzeniami, zębami mlecznymi, których nikt nie usuwał w porę, i szczękami zniszczonymi latami próchnicy. Oppenheim obiecywał plombę i protezę. Rzeczywistość często wymagała najpierw tego, co umieli samoucy: wyjęcia tego, czego nie dało się już uratować.

Kwas karbolowy, kiła i dwa pomieszczenia

Państwo dogoniło gabinety dopiero w 1896 roku. Przepisy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych normowały wtedy otwieranie i urządzanie pracowni dentystycznych. Każdy gabinet przed otwarciem miał być skontrolowany przez inspektora lekarza albo jego pomocnika. Winien składać się co najmniej z dwóch pomieszczeń, z których jedno przeznaczano na poczekalnię. Szczególną uwagę zwracano na przechowywanie i wyjaławianie narzędzi — „chroniąc tym samym pacjenta przed zarazkami kiły, gruźlicy a nawet tężca”.

Środkiem odkażającym używanym w większości był pięcio- albo dziesięcioprocentowy kwas karbolowy. Wymieniał go krakowski lekarz dentysta Kazimierz Szymkiewicz w pracy „O wyjmowaniu zębów”. Fenol o ostrym zapachu, znany z listerowskiej antyseptyki, parzył skórę i śluzówki, ale dawał złudzenie, a czasem i rzeczywistą ochronę przed zakażeniem, które po ekstrakcji mogło skończyć się gorączką, ropniem albo czymś gorszym.

Te przepisy przyszły trzynaście lat po ogłoszeniu Oppenheima. Nie wiemy, jak dokładnie urządził swój pierwszy płocki gabinet. Wiemy, jaki standard władza uznała później za minimum: osobna poczekalnia, kontrola, sterylizacja. I wiemy, czego się bano. Kiła toczyła kości twarzy i podniebienia — stąd w ofercie sztuczne podniebienie i przegrody nosowe nie były kaprysem estety. Gruźlica siedziała w płucach i w ślinie. Tężec czaił się w brudnym narzędziu. Dentysta końca XIX wieku pracował na granicy chirurgii i higieny publicznej, nawet jeśli pacjenci widzieli w nim przede wszystkim kogoś, kto zabierze ból.

Samoucy, kowale i chleb, którego nie chciano jeść na prowincji

Obraz, który zostawiła prasa, jest bezlitosny. Zanim Oppenheim otworzył drzwi przy Floriańskim, Płock miał trzech samouków. W miasteczkach guberni bywało, że zęby wyrywali kowale wielkimi obcęgami. „Echa Płockie” bolejąc nad brakiem lekarzy dentystów na prowincji dopowiadały, że w takich miasteczkach „można by mieć chleb dostatni”. Chleba jednak nie chciano. Wykształcony dentysta wolał Warszawę, Łódź albo zagranicę.

Ten szczegół mówi więcej o epoce niż o samych obcęgach. Ząb bolał wszędzie. Pieniądze za leczenie też leżały wszędzie. Brakowało prestiżu i poczucia, że praca na guberni nie jest klęską. Oppenheim złamał ten wzorzec przynajmniej na piętnaście lat. Tyle bowiem przyjmował w Płocku przy Placu Floriańskim.

Piętnaście lat to w dziejach miasta cała epoka. W tym czasie Płock zdążył zmienić trochę twarz: przybywali nowi lekarze, rosła prasa, umacniało się Towarzystwo Naukowe, a na Wiśle od dawna już chodziły parostatki. Gabinet dentystyczny przestał być sensacją. Stał się instytucją. Kiedy w 1899 roku pojawił się Adolf Żadzewicz, a w grudniu tego samego roku Szymon Tadeusz Chrostowski, miasto nie witało już pierwszego dentysty. Witało kolejnych. Ten pierwszy próg przekroczono wiosną 1883.

Reklama, której później zakazano

Ogłoszenie Oppenheima było reklamą w pełnym tego słowa znaczeniu. Wymieniało zabiegi, chwaliło „najnowszy patentowy system”, obiecywało brak bólu i naturalność protezy. Przez dekady podobnie ogłaszali się inni płoccy dentyści. Ludwik Laudy w 1902 roku informował, że stosuje plomby „najnowszym sposobem Jonkinsa”. Pierwsza kobieta lekarz dentysta w mieście, R. Merson, anonsowała leczenie, plombowanie złotem i porcelaną oraz zęby sztuczne „bez podniebienia i w złocie”.

Dopiero rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z 1927 roku ucięło ten język. Ogłoszenia lekarzy dentystów w prasie dopuszczalne były jedynie w celach informacji. Reklama została zabroniona. W 1939 roku Naczelna Izba Lekarsko-Dentystyczna uznała za prawidłowe ogłoszenie zawierające imię, nazwisko, adres i godziny przyjęcia.

Na tle tych późniejszych zakazów tekst z kwietnia 1883 roku jest dokumentem epoki, która dopiero uczyła się, czym jest zawód dentysty. Nie istniał jeszcze etos milczącej tabliczki. Istniał rynek i ból. Kto umiał więcej niż kowal, musiał to powiedzieć na głos. Inaczej pacjenci nadal szliby tam, gdzie zawsze: do samouka.

Ciekawostki i kontekst

W 1883 roku Płock był miastem około pięciuset domów, w większości murowanych, bez pałaców trzypiętrowych, z brukowanymi ulicami o długości kilkunastu wiorst. Główne ciągi — Grodzka, Warszawska, Kolegialna, Stary Rynek, Tumska — nosiły życie guberni. Przy Warszawskiej stała wieża ciśnień. Na Wzgórzu Tumskim katedra pamiętała Piastów. Na Placu Floriańskim — cerkiew władzy zaborczej. W tym napięciu między piastowskim grodem a rosyjską stolicą guberni otwierał się gabinet, który nie służył ani liturgii, ani administracji. Służył ciału.

Nazwisko Oppenheim było w Warszawie związane z dentystyką i medycyną. W stolicy ukazywały się popularne broszury o higienie zębów, plombowaniu i protezach; jedną z nich, „O zębach”, wydał w połowie lat osiemdziesiątych Ignacy Oppenheim. Płocki Maurycy wchodził więc do zawodu nie jako samouk z prowincji, lecz jako człowiek z domu, w którym gabinet był już tradycją. To tłumaczy pewność ogłoszenia. Syn „sławnego warszawskiego dentysty” nie musiał udowadniać, że zawód istnieje. Musiał udowodnić, że istnieje także nad Wisłą, poza Nowym Światem i Miodową.

Znieczulenie, którym chwalił się w anonsie, było w europejskiej dentystyce nowością tej samej dekady. Po eterze i chloroformie przyszła kokaina, po kokainie — coraz bezpieczniejsze pochodne. Pacjent płocki roku 1883 nie znał tych nazw. Znał ból. Obietnica „bez bólu” była więc nie tylko medyczna. Była cywilizacyjna.

Godzina dla biednych wpisywała się w szerszy obyczaj epoki. Lekarze gubernialni prowadzili praktykę prywatną i jednocześnie — niektórzy — dyżurowali w szpitalach i kasach dobroczynności. Dentysta nie miał jeszcze kasy chorych. Miał własną decyzję: przez jedną godzinę dnia nie brać pieniędzy. W mieście, które w spisie liczyło też więźniów, taka godzina nie była gestem salonowym.

Wreszcie zakres usług. Sztuczne podniebienie i przegroda nosowa stawiają Oppenheima bliżej chirurgii twarzy niż dzisiejszego gabinetu zachowawczego. W epoce, gdy kiła niszczyła podniebienia, a urazy i wypadki zostawiały dziury w twarzy, dentysta bywał ostatnim rzemieślnikiem, który umiał przywrócić mowę i wygląd. Płock dostał tę umiejętność razem z pierwszą plombą.

Znaczenie historyczne

Przybycie Maurycego Oppenheima nie zmieniło ustroju guberni i nie zapisało się w podręcznikach powstania. Zmieniło coś cichszego i trwalszego: próg, po którym ból zęba przestawał być sprawą kowala.

Od wiosny 1883 roku Płock miał specjalistę, który leczył, plombował, protezował i rekonstruował. Miał adres, godziny i ogłoszenie, które można było pokazać sąsiadowi. Miał — po raz pierwszy — publiczny język dentystyki. To właśnie ten język, dziś wydający się nadęty i reklamowy, zbudował w mieście świadomość, że ząb należy do medycyny, nie do rzemiosła siły.

Skutki przyszły falami. W 1886 roku pojawił się drugi dentysta. Na przełomie wieków — kolejni, w tym społecznicy, którzy poszli do szkół i na odczyty o higienie jamy ustnej. W niepodległej Polsce powstały gabinety Kasy Chorych, ambulatoria szkolne i wojskowe. W 1929 roku ministerstwo nakazało obowiązkowe badania próchnicy we wszystkich szkołach. Ta linia — od obcęgów do profilaktyki szkolnej — zaczyna się od jednego ogłoszenia przy Placu Floriańskim.

Jest w tej historii także lekcja o prowincji. Płock umiał fundować szpitale w XV wieku i towarzystwa lekarskie w XIX, ale specjalizacje przychodziły do niego dopiero wtedy, gdy ktoś z Warszawy zgodził się tu zostać. Oppenheim zgodził się. Został piętnaście lat. Przyjmował od rana do wieczora. Oddzielił godzinę dla tych, których nie było stać. W mieście liczącym wraz z wojskiem i więźniami niespełna dwadzieścia dwa tysiące dusz zrobił rzecz, której nie zrobiły wcześniej ani władze guberni, ani cechy, ani samoucy: postawił dentystykę na mapie codziennego Płocka.

W 2026 roku minęło sto czterdzieści trzy lata od tamtego kwietniowego anonsu. Gabinety zmieniły się nie do poznania. Zostało pytanie, które „Korespondent Płocki” zadał już w 1883 roku, choć innymi słowami: czy wykształcony człowiek zechce pracować tam, gdzie ból jest największy, a splendor najmniejszy. Płock dostał wtedy odpowiedź twierdzącą. I od niej zaczyna się historia tutejszych stomatologów.