Niedziela 21 stycznia 1945 roku skończyła się flagą na wieży ratusza i wrzawą na ulicy Kwiatka. Poniedziałek zaczął się od tego, czego flaga nie załatwia. W piecu nie było czym palić. Z kranu w wielu kamienicach nic nie płynęło. Po prawej stronie Wisły nie było światła. Jedyna piekarnia w mieście nie mogła nakarmić wszystkich, którzy wyszli z piwnic i wracali z okolicznych wsi.
Płock liczył wtedy około dwudziestu sześciu tysięcy ludzi. W maju spis urzędowy zapisze dwadzieścia pięć tysięcy stu sześciu, z czego niemal trzy tysiące na Radziwiu. Przed wojną było ich blisko trzydzieści cztery tysiące. Jedna trzecia zniknęła w obozach, łapankach, getcie i lasach. Ci, którzy zostali, potrzebowali tej samej rzeczy, której potrzebuje każde miasto po pięciu latach okupacji: chleba, wody, ciepła, dachu i pewności, że nocą nikt już nie zapuka mundurem gestapo.
Nikt nie liczył godzin. Nikt nie miał jeszcze pewnego pieniądza. Po zamarzniętej Wiśle i zaśnieżonych ulicach szli ludzie wracający do dawnych mieszkań. Handel zamarł. Place były zryte rowami. W rowach leżały zmarznięte ciała niemieckich żołnierzy. Straszyły kikuty koszar, dworca kolejowego i autobusowego. Wolność pachniała dymem i mrozem.
W tym krajobrazie miasto miało nauczyć się żyć od nowa. Nie od pieśni, tylko od kranu, kabla i worka mąki.
Miasto bez mostu i bez nocy elektrycznej
Dwudziestego stycznia Niemcy wysadzili most drogowo-kolejowy, potem drewniany. Płock, który od wieków trzymał się obu brzegów Wisły, obudził się rozcięty. Radziwie dostało żołnierzy wcześniej. Stare Miasto – rankiem niedzieli, od Wyszogrodu. Między nimi została tafla lodu i kikuty filarów.
Z zakładów użyteczności publicznej w pierwszych godzinach działały wodociągi i szpital. Reszta stała. Elektrownia na Radziwiu milczała. W mieszkaniach i na ulicach prawej skarpy było ciemno. Zimą 1945 roku ciemność nie była metaforą. Była godziną, w której nie da się ugotować kaszy, opatrzyć rany ani dopilnować, kto wchodzi do opuszczonego sklepu.
Już nazajutrz po wyzwoleniu ruszyła Elektrownia Miejska na Radziwiu i wodociągi. Ujęcie wody na Rybakach z Wisły wróciło do pracy pod koniec stycznia. Po kilku dniach przeprowadzono kabel przez rzekę. Prąd dopłynął także na prawy brzeg. Radziwie miało światło 23 stycznia. Płock właściwy dostał je, gdy lód i prowizorka pozwoliły połączyć to, co Niemcy rozcięli dynamitem.
To nie był komfort. To było minimum, bez którego dwadzieścia sześć tysięcy ludzi stałoby się obozem na własnym bruku. Węgiel skończył się szybko. Piętnastego marca elektrownia na Radziwiu znów stanęła. Zimą wolność umiała gasnąć razem z kotłem.
Mostu nie było przez pięć lat. Odbudują go dopiero w 1950. Do tego czasu miasto żyło jak dwa organizmy zszyte lodem, łodzią i pamięcią, że po drugiej stronie też są swoi.
Chleb, kartki i mąka ze starostwa
Aprowizacja okazała się trudniejsza niż flaga. Brakowało wszystkiego, co nazywa się jedzeniem. Piekarnie i młyny stały. Sklepy były puste albo zrabowane. Jadwiga Stypułkowska, która opisała tamte dni, zapamiętała dziewczynki przynoszące kaszę, groch i „biblijną soczewicę”, płatki owsiane, proszek do prania i drzewo. Opał był równie pilny jak strawy. Mróz nie czekał na uchwały.
Stefan Gumiński dostał wydział zaopatrzenia i nadzór nad młynami. Starosta Aleksander Bartoszuk rzucił hasło, które w Płocku brzmiało wtedy jak program całego powiatu: chleb dla wszystkich pracujących i ich rodzin. Dzięki dostawom z terenu miasto dostało mąkę. W kwietniu 1945 roku komisja aprowizacyjna wywalczyła podwyższenie racji. Chleb z czterystu gramów dziennie skoczył do siedmiuset pięćdziesięciu. Mięso z dwustu gramów tygodniowo do pięciuset. Brak tłuszczów zwierzęcych próbowano łatać olejem.
Nawet po tej poprawie brakowało kasz, mąki pszennej i roślin strączkowych. W drugiej i trzeciej dekadzie marca wydział aprowizacyjny wydał mieszkańcom prawie sto tysięcy kilogramów chleba, niespełna dziewiętnaście tysięcy kilogramów mięsa, trzydzieści pięć tysięcy kilogramów kartofli, cztery tysiące kilogramów mąki pszennej i mleko dla blisko dwóch tysięcy dzieci. Cukru było dziewięćdziesiąt pięć kilogramów. Na dwadzieścia pięć tysięcy ludzi to nie był dobrobyt. To było doliczanie się gramów.
Pieniędzy obiegowych prawie nie było. Miasto wypuściło własne bony: pięćdziesiąt groszy, złotówkę, dwa i pół oraz dziesięć złotych. Lokalny pieniądz był protezą. Bez niej nie dało się kupić nawet tego, czego jeszcze nie zjedzono.
W listopadzie ruszyło dożywianie dzieci w szkołach. Skorzystało z niego sześciuset uczniów. Rzemieślnicy, kupcy i załogi zakładów dokładali swoje. Głód pierwszych miesięcy nie był już niemieckim głodem okupacyjnym. Był głodem miasta, które odzyskało siebie i nie miało czym tej siebie nakarmić.
Szaber, sąd i noc, która nie chciała być świętem
Pierwsze dni wolności przyniosły grabieże. Każdy chciał się urządzić. Chęć zdobycia jedzenia i lepszego mieszkania pchała ludzi do czynów, których w niedzielę rano, przy kwiatach dla żołnierzy, nikt nie zapowiadał. Opustoszałe mieszkania po Niemcach, magazyny, sklepy, tartak – wszystko, co nie miało jeszcze straży, stawało się łupem.
Rada i Franciszek Kozłowski bali się samosądów. Volksdeutsche, donosiciele, kobiety posądzane o usługi okupantowi trafiali do stajenek i piwnic. Major Cyganow, wojenny komendant miasta z kwaterą w Hotelu Poznańskim przy rynku, nie chciał sądu. Miał powiedzieć, żeby ustawić winnych pod ścianą. Kozłowski nie ustąpił. Po dniach sporów na murach pojawiły się ogłoszenia o terminie rozprawy.
Milicję składali Władysław Frączak, Stanisław Koperkiewicz, Jan Słoniewicz i Franciszek Woźnicki. Ochotnicze straże pożarne, oprócz gaszenia tego, co jeszcze się tliło, pełniły funkcje bezpieczeństwa po miastach i wsiach powiatu. Porządek rodził się z prowizorki. Nie z kodeksu.
W rowach przeciwlotniczych leżały ciała. Wypalone koszary i dworzec straszyły pustką. Przy Sienkiewicza 28 dogasała oficyna z siedemdziesięcioma dziewięcioma ofiarami piątkowego mordu. Wolność nie przyszła do wymiecionego miasta. Przyszła do miasta, które najpierw musiało sprzątnąć wojnę sprzed progów.
Ławki na plecach i szkoła w magazynie SS
Nauczycieli okupant wytępił szczególnie. Budynki szkolne, z wyjątkiem nielicznych, służyły Niemcom. Trzeba było je oczyścić, oszklić, znaleźć sprzęt. ZNP i nowa władza wezwały pedagogów do przejmowania placówek. Rejestracja nauczycieli i uczniów była jednym z pierwszych obwieszczeń.
Pierwsza ruszyła Szkoła Powszechna nr 1 przy Alejach Jachowicza, jeszcze pod koniec stycznia. Zorganizował ją Stefan Pernej. Pod koniec roku szkolnego liczyła tysiąc sto osiemdziesiąt jeden dzieci w dwudziestu pięciu klasach. Dziesięć równoległych pierwszych klas – to nie statystyka, to tłum dzieci, które przez lata uczyły się po niemiecku albo wcale.
Piętnastego lutego oddano szkołę nr 5 na Radziwiu. Budynek odzyskano po magazynie żywności dla oddziałów SS. Przygotowaniem zajął się Sylwester Śliwiński z garstką nauczycieli, którzy sami znosili stoły, krzesła i szafy, bo personelu technicznego nie było. Najwięcej mebli wzięto ze stoczni rzecznej. Nietypowe, ale można było na nich usiąść.
Dziewiętnastego lutego ruszyła szkoła nr 6 przy 1 Maja, razem ze szkołą nr 2 pod kierownictwem Czesławy Zybert. Osiemnastego lutego otwarto Małachowiankę, pierwszą szkołę średnią po okupacji. Dawny gmach zajmował Wehrmacht, potem SS, potem szpital. Był zdewastowany. Józef Świecik, nominowany dyrektor, zaczynał od gruzu.
Brakowało podręczników, zeszytów i czystego papieru. W Tygodniu Szkoły Powszechnej zebrano sto siedemnaście tysięcy złotych. Zjednoczone Firmy Budowlane zobowiązały się zrobić dwieście jedenaście dwuosobowych ławek z drewna, które dał Zarząd Miejski. Nauczyciele nosili sprzęt na własnych ramionach do nieopalanych sal, w których często nie było szyb.
W 1945 roku zorganizowano osiem szkół podstawowych. Ogółem usiadło w nich około czterech i pół tysiąca dzieci. Stanisława Nowak-Churska trzymała wydział szkolny od pierwszego posiedzenia rady. Tadeusz Rakowski wziął oświatę dla dorosłych. Miasto, które nie miało chleba, uznało, że musi mieć też klasę. To był wybór cywilizacyjny, nie administracyjny.
Warsztat za porcję wojska
Dwudziestego piątego stycznia do Płocka przyjechał pełnomocnik rządu do spraw gospodarki. Na murach pojawiły się ogłoszenia o rejestracji przedsiębiorstw. Szóstego lutego utworzono Płockie Zakłady Maszynowe z resztek przedwojennych fabryk maszyn rolniczych, odlewni i warsztatów. Załoga liczyła na początku około siedemdziesięciu osób.
Pierwszą robotą były naprawy sprzętu wojskowego. Zapłatą bywała porcja żywnościowa. W czerwcu ruszyła produkcja wozów, wialni, młocarni, kieratów i sieczkarni. Komendant Cyganow wydał zezwolenie na normalną produkcję. Wacław Winnicki, jeden z tych, którzy weszli do hal w styczniu, zapamiętał montowanie maszyn na starych fundamentach.
Stocznię rzeczną, zdekompletowaną przez okupanta, uruchomiono w tym samym roku. W dwóch zakładach znalazło pracę osiemdziesiąt osiem osób. Port przygotowano do zboża i cukru. Cukrownia w Borowiczkach ożyła. Powstały spółdzielnie malarzy „Tęcza” i szewców „Przyszłość”. Drukarze, gdy nie było prądu, kręcili maszyny siłą mięśni, żeby dać druki wojsku, urzędowi i szkołom.
To nie był jeszcze przemysł, który później nakarmi całe Mazowsze kombajnami. To był odruch: wejść do pustej hali i zrobić coś, za co wieś odda mąkę. Płock przed wojną był miastem gubernialnym i warsztatowym. W styczniu 1945 wracał do warsztatu, bo warsztat dawał chleb szybciej niż manifest.
Dwa brzegi, jeden rachunek
Radziwie ucierpiało mocniej niż Tum. Trzysta czterdzieści siedem obiektów uległo zniszczeniu. Pojawiła się dzika zabudowa: ludzie stawiali, co mogli, byle wrócić pod dach. Inspekcje wołały o plan i komasację działek. Na prawym brzegu instalacje sanitarne popękały od mrozu. Woda w kranie nie znaczyła jeszcze ciepłego mieszkania.
W ciągu trzech miesięcy wyremontowano dziesięć bloków poniemieckich, budynki szkolne i ratusz. Właściciele koni i wozów mieli oddawać je miastu dwa dni w tygodniu. Porządkowanie ulic było pracą fizyczną, nie hasłem.
Komendantura siedziała w Hotelu Poznańskim. Polski zarząd miejski chwilowo w narożnym domu przy Bielskiej i Starym Rynku. Delegatura rządu w innym gmachu przy rynku. Starostwo wziął najpierw Feliks Majdak, potem aparat z referatami od aprowizacji po odszkodowania wojenne. Miasto uczyło się instytucji w kamienicach, które jeszcze w grudniu były niemieckie.
Szpital św. Trójcy wymagał remontu. Służba zdrowia dostała wydział i doktora Seweryna Zielińskiego. Leki, opał na sale, woda do opatrunków – to były te same troski co chleb, tylko z gorączką w tle.
Ciekawostki i kontekst
Liczba „dwadzieścia sześć tysięcy” z pierwszych tygodni i majowy spis dwudziestu pięciu tysięcy stu sześciu nie kłócą się. Przez miasto przetaczali się wracający, przejezdni, wojsko, ludzie z powiatu. Płock stycznia nie był zamkniętą listą meldunkową. Był kotłem, w którym liczyło się, kto dotrwa do rana.
Jedyna piekarnia pierwszych dni i później sto tysięcy kilogramów chleba w trzech marcowych tygodniach pokazują tempo, w jakim prowizorka stawała się systemem kartek. System był ubogi. Był jednak już polski i miejski, nie okupacyjny.
Szkoła w magazynie SS na Radziwiu jest obrazem całej epoki. Dzieci usiadły tam, gdzie jeszcze niedawno leżała żywność dla formacji, która paliła Płock odchodząc. Ławka ze stoczni w klasie po magazynie – to nie anegdota szkolna. To skrót stycznia 1945.
Brak własnego pieniądza zmusił miasto do bonów. W historii Płocka takie druki pojawiały się w chwilach, gdy państwo nie nadążało za brukiem. Zima 1945 była jedną z tych chwil.
Most, którego nie było do 1950 roku, tłumaczy, czemu Radziwie i Stare Miasto tak długo żyły osobnymi rytmami prądu, szkoły i pracy. Kabel przez Wisłę był ważniejszy niż uroczysta przeprawa. Najpierw światło, potem inżynieria.
Znaczenie historyczne
Pierwsze noce wolnego Płocka rozstrzygnęły coś, czego nie widać na zdjęciach z flagą. Rozstrzygnęły, czy miasto po niemieckiej rejencji potrafi zostać miastem, czy rozpadnie się na szaber, głód i dwa brzegi bez łączności. Uruchomienie wody, prądu, pieca, szkoły i warsztatu było polityką w najdosłowniejszym sensie: decyzją, kto przeżyje do wiosny.
Dla historii Mazowsza ten epizod jest ważny dlatego, że Płock nie wyszedł z wojny jako rumowisko na miarę Warszawy. Wyszedł jako organizm okaleczony ludźmi i mostem, ale z katedrą na skarpie i z halami, do których można było wrócić. Właśnie dlatego pierwsze tygodnie tak mocno obnażyły biedę. Tam, gdzie mury stoją, widać, że nie ma mąki.
Późniejszy awans miasta – kombajny, stocznia, wreszcie petrochemia – ma swój początek nie w uroczystym orderze z 1966 roku, lecz w styczniowym kotle, który zgasł w marcu z braku węgla, i w nauczycielach dźwigających ławki do sal bez szyb. Bez tych nocy nie byłoby komu obsadzić fabryk lat pięćdziesiątych.
Osiemdziesiąt jeden lat później łatwo opowiedzieć wyzwolenie jako jeden dzień. Flaga, czołgi, kwiaty. Prawdziwsza jest opowieść o tygodniach, w których dwadzieścia sześć tysięcy ludzi uczyło się znowu być miastem: stać w kolejce po chleb, donieść wiadro, posłać dziecko do klasy urządzonej w magazynie SS i nie pozwolić, by wolność skończyła się na szabrowniczej nocy.
Płock stycznia 1945 roku nie dostał życia w prezencie. Musiał je złożyć z wody, kabla, porcji wojska, szkolnej ławki i worka kartofli. To była najcięższa lekcja tamtej zimy. I jedyna, bez której niedzielna flaga na ratuszu zostałaby tylko kawałkiem płótna nad ciemnymi oknami.