Minęło sto pięćdziesiąt sześć lat, a historia płockiej spółdzielczości wciąż zaczyna się od trzech rzeczy, które można położyć na ladzie. Chleba. Soli. Cukru. Drugiego maja 1870 roku, gdy gubernialny Płock liczył niewiele ponad osiemnaście tysięcy mieszkańców i nie miał kolei, Towarzystwo Spożywcze i Kasa Pożyczkowa „Zgoda” otworzyło dwa sklepy. Z uroczystości zachowano te trzy artykuły. Reszta była trudniejsza do zmierzenia: statut oprawiony w skórę, atrament ze złotymi płatkami i nazwa, którą jedni czytali jako wezwanie do pracy nad krajem, a drudzy — jako znak, że Polacy pogodzili się już z utratą niepodległości.

Miasto, w którym to się działo, było stolicą peryferyjnej, granicznej guberni. Kiedyś stolicą państwa. Teraz — miejscem, w którym po klęsce 1863 roku trzeba było szukać innych narzędzi niż te, które przepadły w polu.

Plotka o cerkwi nie była jedyną przyczyną. Była jednak tą, która najłatwiej zamieniała oburzenie w składkę.

Miasto bez kolei i z plotką na rynku

Płock po powstaniu styczniowym nie wyglądał na ośrodek, z którego miał wyjść wzór nowej gospodarki. Brakowało linii kolejowej — skutek doktryny strategicznej, która wolała zostawić gubernialną stolicę na uboczu, niż dać jej szynę. Przemysłu niemal nie było. Kilkadziesiąt warsztatów rzemieślniczych, około osiemdziesięciu sklepów, w większości prowadzonych przez kupców żydowskich, i kilka maleńkich wytwórni: kafli, mydła, gilz. Razem zatrudniały około dwustu osiemdziesięciu ludzi, którzy byli zwykle właścicielami tych samych warsztatów. Dwa lata później, w 1872 roku, miasto miało już 19 825 mieszkańców. Nadal było miastem urzędników, adwokatów, lekarzy, ziemian z okolicznych majątków i drobnego handlu.

Inteligencja płocka nie czekała jednak na fabryki. Po 1863 roku hasła pracy od podstaw, „pracy dla ludu” i „pracy nad ludem” krążyły po Królestwie jak druga, cichsza mobilizacja. Szkoły, biblioteki, kasy, stowarzyszenia — wszystko, czego zaborca nie mógł tak łatwo rozpędzić jak oddział w lesie. W Płocku do tej listy doszedł jeszcze jeden, bardzo lokalny powód.

W latach 1866–1867 na placu Floriańskim, w najbardziej eksponowanym punkcie gubernialnego miasta, stanęła pierwsza murowana cerkiew prawosławna w guberni. Projekt Bronisława Brodzic-Żochowskiego, nadzór gubernialnego architekta Józefa Górskiego, kamień węgielny w lecie 1865, poświęcenie we wrześniu 1867. Kopuły niebieskie, złote gwiazdy, koszt rzędu trzydziestu czterech tysięcy rubli. Pieniądze szły z kasy carskiej, z funduszy namiestnika, z oszczędności koszarowych, ze składek duchowieństwa prawosławnego z terenu cesarstwa i z kieszeni urzędników. Nie z „wdzięczności Polaków za stłumienie powstania”.

Rosyjska pogłoska mówiła inaczej. Twierdzono, że świątynię sfinansowano częściowo ze składek ludności polskiej, złożonych rzekomo w dowód wdzięczności za pacyfikację 1863 roku. Nie było to prawdą. Wystarczyło jednak, by plotka obiegła miasto. W warunkach rusyfikacji nawet fałszywy rachunek potrafił zadziałać jak wezwanie. Część mieszkańców odpowiedziała nie ulotką i nie demonstracją — na to nie było miejsca — lecz decyzją, by własne pieniądze skierować tam, gdzie nikt nie wpisze ich na poczet carskiej wdzięczności.

Do tego doszły motywy całkiem przyziemne. Świeży towar. Dobra waga i miara. Ceny nie wyższe od rynkowych, a w miarę możności stałe. Rabat i dywidenda. Kasa, w której można odłożyć kilka rubli i w potrzebie pożyczyć kilkanaście. I — jak zapamiętali późniejsi działacze — patriotyzm lokalny. Ten, który w gubernialnym Płocku bywał ważniejszy niż wszystkie paragrafy statutu.

Sto osiemdziesiąt pięć nazwisk i dwa lokale

W latach 1868–1869 Gustaw Fogel, Walerian Jędrzejewski, Mateusz Przybojewski i Ksawery Kamocki zrobili to, czego nie robi się jednym apelem: chodzili od człowieka do człowieka. Zwerbowali sto osiemdziesiąt pięciu członków „założycieli”. Zebrali fundusz udziałowy 1551 rubli, wnioski na kasę pożyczkową 337 rubli i zapas 165 rubli. Razem 2053 ruble obrotowego kapitału — suma, przy której każdy nowy worek cukru był decyzją.

Fogel i Jędrzejewski złożyli kaucję 1300 rubli i przygotowali dwa lokale sklepowe. Jeden z nich wciśnięto w przerobioną bramę wjazdową kamienicy przy Kolegialnej, od strony Tumskiej. Brama została. Sklep też — na tyle długo, że późniejsi spółdzielcy mieli prawo nazywać go pierwszym sklepem spółdzielczym w Płocku, a z dużą dozą pewności jednym z najstarszych w kraju.

Dokumenty poszły w październiku 1869 roku przez urząd gubernialny do Petersburga. Bez tej drogi nic nie było legalne. Statut musiał przejść przez ministra spraw wewnętrznych. Zatwierdził go 11 lutego starego stylu, 24 lutego 1870 roku nowego, Aleksander Timoszew.

Oryginał oprawiono w skórę. Kaligrafowano po rosyjsku. Podpisali się gubernator Michał baron Wrangel, przewodniczący Płockiego Trybunału Trojanowski i prokurent przy Grodzkim Trybunale Sobierajski. Składali podpisy cyrylicą, specjalnym atramentem z płatkami złota. Na osobnej karcie czternastu „członków pierwiastkowych” podzieliło się alfabetami. Mikołaj Czyżow, O. Słupecki, M. Lewiatkowski, Leopold Skorobogacki i jeszcze dwaj, których nazwiska zatarły się w odpisach, podpisali się po rosyjsku. Dziewięciu — po polsku: Stanisław Chyczewski, Stanisław Skonieczny, Szymon Barański, Ksawery Kamocki, Leopold Skoczyński, Gustaw Fogel, Walerian Jędrzejewski, Piotr Potworowski i Mateusz Przybojewski.

W jednym dokumencie zmieściło się więc wszystko, czym był ówczesny Płock: język władzy, język domu, złoto w atramencie i upór, by mimo to prowadzić sklep po swojemu.

Jeden głos, pięć rubli i obietnica czytelni

Statut mówił rzeczami, które w guberni brzmiały niemal wywrotowo, choć były zapisane zgodnie z prawem cesarstwa. Do stowarzyszenia mógł należeć każdy — bez względu na narodowość, wyznanie, pochodzenie, płeć i stan majątkowy. Każdy członek miał jeden głos, niezależnie od liczby udziałów. Odpowiedzialność ograniczono do zadeklarowanych udziałów. To ostatnie, demokratyczne na papierze, miało później przycinać dopływ kapitału. Na razie liczyło się co innego: że urzędnik, rzemieślnik i ziemianin stoją w tym samym szeregu przy urnie.

Wpisowe wynosiło jednego rubla. Udział — pięć. Wniosek na kasę pożyczkową — połowę jednorazowej pożyczki. Najwyższa pożyczka: dwadzieścia pięć rubli, więc wniosek dwanaście i pół. Przystępujący wnosił zatem minimum osiemnaście i pół rubla. Od wniosku i udziału przysługiwało pięć procent rocznie. Raty przyjmowano od pięćdziesięciu kopiejek. Kto wychodził, tracił wpisowe i dziesięć procent udziału na kapitał zapasowy. Kto nie uzupełnił udziału, nie brał dywidendy.

Zysk miał iść na podatki, pensje, oprocentowanie wkładów i zapas. A gdy zapas osiągnie wysokość ustaloną przez zarząd i władze nie postawią tamy — część pieniędzy miała stworzyć bibliotekę i czytelnię. Prezydia walnych zebrań, komisje rewizyjne i sąd polubowny pracowały honorowo. Stałe uposażenie z zarządu dostawał tylko sekretarz. Prezes i zastępca — o ile efekty pracy na to pozwalały.

Cel zapisano bez patosu. Członkowie mieli kupować artykuły spożywcze w dobrym gatunku, za gotówkę, według cennika, po cenach nie wyższych od rynkowych. W razie potrzeby — pożyczkę za niewielkim procentem. Reszta, ta od cerkwi i od „pracy nad ludem”, mieszkała między wierszami.

Nazwa „Zgoda” była dwojaka jak sam statut. Polacy tłumaczyli ją sobie koniecznością łączenia sił dla kraju. Rosjanie — jako znak, że Polacy pogodzili się już z utratą niepodległości i chcą zgodnie pracować z zaborcą dla dobra „swojego narodu”. Obie lektury mieściły się w jednym słowie. Dlatego słowo przeszło cenzurę.

Pierwsze prezydium i lada, której nie było w banku

Do prezydium ogólnych zebrań wybrano Józefa Orłowskiego jako prezesa, doktora medycyny Władysława Drużyłowskiego jako wiceprezesa i patrona Trybunału Pyrowicza jako sekretarza. Zarząd, obierany co rok i zwykle wybierany ponownie, stanął w składzie: Gustaw Fogel — wiceprezes, Walerian Jędrzejewski — skarbnik, Mateusz Przybojewski — sekretarz-buchalter, Ksawery Kamocki. Zastępcami zostali Józefat Bębenkowski, Feliks Grzebowski, inżynier Potworowski i Ignacy Aksamitowski. Komisję rewizyjną objęli profesor Konstanty Dylewski, prokurator Sobierajski i Józef Wojczański. Sąd polubowny: Czyżew, prezes izby skarbowej, Marian Zglenicki i Adam Zelewski.

W stu osiemdziesięciu pięciu członkach mieszali się urzędnicy, właściciele ziemscy, rzemieślnicy i przemysłowcy. Przeważali urzędnicy. To oni mieli pensję, której część można było odłożyć, i oni najszybciej rozumieli, że sklep spółdzielczy to nie jałmużna, tylko sposób, by cena cukru nie zależała wyłącznie od tego, kto stoi po drugiej stronie lady.

Działalność ruszyła 2 maja 1870 roku. Kapitał w kasie: 2994 ruble. Asortyment rozpisano na wyrost. Artykuły spożywcze, żelazo surowe i lane, wyroby ślusarskie, skóry, płótna, towary łokciowe, chemikalia, nawet preparaty apteczne. Liczono na wieś, nie tylko na miasto. Zakupy nie zawsze trafiały w miarę potrzeb. Zastoje pojawiły się szybko. Później ogłoszenia w „Korespondencie Płockim” — pismo wychodziło od 1876 roku — miały spieniężać wina, gatunkowe wódki, czekolady i importowane owoce suszone. Na otwarciu jednak na ladzie leżały rzeczy prostsze. Chleb. Sól. Cukier.

Nie było w Płocku instytucji kredytowej. Oddział Banku Polskiego powstał dopiero w 1872 roku. Fogel, korzystając z własnych stosunków handlowych, wyrobił stowarzyszeniu kredyty. Towar szedł Wisłą, na odcinku Warszawa–Włocławek, tylko w sezonie nawigacyjnym. Od września 1873 roku w Warszawie siedział komisant za dwanaście rubli miesięcznie. Telefonów nie było. Zamawiano listem albo przez człowieka z upoważnieniem. Końskie wozy z Warszawy albo z Łodzi szły dwa dni.

W 1870 roku obrót zamknięto na 19 752 ruble. W drugim półroczu zysk wyniósł 708 rubli. W 1871 — 1425. Liczby nie oszałamiały. W guberni bez kolei i bez fabryk oznaczały jednak coś innego niż słupek w sprawozdaniu: że po klęsce powstania da się złożyć kasę, otworzyć sklep i nie oddać go ani prywatnemu monopolowi, ani urzędniczej łasce.

Ciekawostki i kontekst

Statut, ledwie zatwierdzony, okazał się dziurawy. Już w drugim roku istnienia trzeba było ruszać paragrafy. Redakcję paragrafu drugiego zmieniono według wskazówki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 3 grudnia 1870 roku, przekazanej przez naczelnika guberni. Paragrafy szósty i siedemnasty poprawiono „najwyższym zatwierdzeniem” z 7 grudnia 1878 roku i ogłoszono w Dzienniku Komitetu dla spraw Królestwa Polskiego. Paragrafu siedemnastego nie ułożono tak, jak chciał zarząd. Dopiero w 1879 roku, po zezwoleniu cenzury, statut wydrukowano po polsku i po rosyjsku. Mieli go wszyscy członkowie. Obowiązywał — z tymi łatami — aż do 1922 roku.

Siedziba władz przez niemal cztery dekady mieściła się na poddaszu przy Kolegialnej 1, tam gdzie stanął pierwszy sklep. Posesja składała się z dwóch części: budynku z bramą od Tumskiej — w nim zlokalizowano sklep — i budynku przy zbiegu Kolegialnej i Tumskiej, którego bramę wjazdową w 1874 roku przebudowano na lokal sklepowy. Biuro najpierw cisnęło się w pakamerze obok lady, potem weszło na strych.

Pieczywo od początku było osobnym zmartwieniem. W latach 1870–1882 dwaj piekarze sprzedawali „Zgodzie” chleb z pięcioprocentową marżą. Zwroty i marża psuły stosunki. W 1882 roku zarząd dał jednemu z piekarzy zapomogę i pożyczkę na budowę piekarni. Piekarnię wybudował. Umowę zerwał. Pożyczkę, kilkaset rubli, trzeba było spisać na straty. Komisja, która miała ocenić własny wypiek, stwierdziła, że brakuje i znajomości rzeczy, i pieniędzy. Własną piekarnię uruchomiono dopiero w 1908 roku — i to nie od razu szczęśliwie.

Od 1876 roku „panie wiejskie” dostarczały w komis mleko, masło, sery, jaja, śmietanę, miód, jarzyny i owoce. Na zebraniu 10 lutego 1878 roku żądano mięsa, wędlin i hurtu węgla, a jednocześnie rozliczenia z win i wódek, które wielu uważało za towar mało zyskowny. Wprowadzono książeczki zakupów. To zebranie późniejsi działacze uznali za pierwsze poważne uzdrowienie gospodarki.

W 1876 roku stało się coś, co mówi więcej o nastrojach niż o kradzieży. Nieznani sprawcy włamali się do kantorku przy sklepie. Towarów nie ruszono. Starano się spalić akta. Spłonął niemal cały statut. Została okładka i kilkanaście nadpalonych kart. Ktoś już wtedy widział w „Zgodzie” nie zwykły handelek, tylko instytucję społeczną — i uznał, że warto ją zniechęcić ogniem pod papierami.

Znaczenie historyczne

Płocka „Zgoda” nie powstała jako filia warszawskiej mody. Powstała w mieście, które po 1863 roku nie miało kolei, nie miało wielkiego przemysłu i miało za to cerkiew na głównym placu oraz plotkę, że Polacy sami złożyli się na jej mury. Odpowiedzią nie był kolejny memoriał do Petersburga. Odpowiedzią był sklep, w którym waga miała być uczciwa, a głos — jeden na członka.

W skali Królestwa była to jedna z najwcześniejszych spółdzielni spożywców. W skali Mazowsza — początek drogi, która przez kasę pożyczkową, własną piekarnię, hurt i sieć sklepów doprowadziła „Zgodę” do roli instytucji okręgowej. W skali samego Płocka znaczyła coś jeszcze prostszego. Pokazywała, że po klęsce zbrojnej zostaje narzędzie, którego zaborca nie potrafi tak łatwo skonfiskować jak drukarnię: wspólny kapitał i wspólna lada.

Rosyjska lektura nazwy miała w sobie niechcianą ironię. „Zgoda” nie oznaczała zgody na utratę państwa. Oznaczała zgodę żywych na to, by pracować razem, skoro nie można było bić się razem. Sto pięćdziesiąt sześć lat później widać to wyraźniej niż w lutym 1870 roku, gdy Timoszew składał podpis pod statutem. Złoty pył w atramencie gubernatora zniknął. Został gest, który da się powtórzyć przy każdej ladzie: odłożyć na bok chleb, sól i cukier, i powiedzieć, że stąd się zaczęło.