Wiosenny wieczór 1910 roku. Promienie zachodzącego słońca kładą się długimi smugami na dachach płockich kamienic. Po Tumskiej i Warszawskiej suną grupy młodzieży – gimnazjaliści w mundurkach, młodzi urzędnicy, oficerowie z pobliskiego garnizonu. Śmieją się, wymieniają żarty, planują jutrzejsze zajęcia w szkole lub niedzielny spacer po ogrodzie Jordana. Miasto tętni życiem, dumne ze swej roli ośrodka oświaty gubernialnej i ważnego punktu na mapie Królestwa Polskiego. A jednak tuż obok, przy Zduńskiej, niemal pod oknami magistratu, kryje się świat, o którym „średni obywatel” woli nie wiedzieć. Świat, w którym codziennie rozgrywa się cicha, upokarzająca drama kobiecych losów.

To nie jest opowieść o wielkiej historii bitew czy sejmików. To reportaż z ukrytego zakątka życia codziennego Płocka u progu XX wieku. Reportaż, który pozwala zajrzeć za kurtynę „koniecznego zła” – regulowanej prostytucji. I pokazuje, jak blisko szacownego magistratu, szkół i kościołów toczyło się drugie, ciche życie miasta.

Płock 1910 – miasto młodzieży i garnizonu

Płock na początku XX stulecia był ważnym ośrodkiem gubernialnym. Nad Wisłą wznosiły się mury katedry, ratusz i budynki szkolne. Gimnazjum gubernialne przyciągało setki chłopców z całej guberni – synów ziemian, urzędników, mieszczan. Wojsko stacjonujące w mieście tworzyło dodatkową rzeszę młodych, samotnych mężczyzn. Do tego dochodzili urzędnicy, kupcy, podróżni zatrzymujący się w hotelach. Wszyscy oni, często daleko od rodzin, szukali rozrywki. A gdzie jest popyt, tam szybko pojawia się podaż.

Autor jednego z ówczesnych opracowań pisał: „Średni obywatel, zajęty swoimi sprawami, przyzwyczajony nie wychodzić poza widzialne ramy otaczającego go świata, może nawet nie wie, jaka drama lub prolog do dramatu rozgrywa się codziennie pod jego nosem w kobiecych duszach”. Te słowa trafnie oddają atmosferę Płocka – miasta, które na zewnątrz prezentowało się jako miejsce porządku, nauki i religijności, a wewnątrz skrywało ciemniejsze zakamarki.

Ulicami maszerowały kolumny uczniów w mundurkach, oficerowie w paradnych mundurach, damy w kapeluszach. Wieczorami w kinematografach wyświetlano pierwsze filmy, w ogrodzie Jordana spacerowano alejkami. Ale zaledwie kilka przecznic dalej, na Zduńskiej, działał mechanizm, który wciągał młode dziewczyny w pułapkę bez wyjścia.

Zduńska – tuż obok magistratu

Zduńska ulica w 1910 roku nie była jeszcze jedną z głównych arterii, ale jej położenie budziło zdumienie. Dom publiczny mieścił się w dwupiętrowym budynku – właściwie w oficynie posesji należącej do przedsiębiorcy o inicjałach G. Wejście znajdowało się niemal naprzeciwko magistratu. To nie był przypadek. Lokalizacja gwarantowała „wygodę” – blisko centrum, a jednocześnie na tyle dyskretnie, by nie razić przechodniów.

Wnętrze urządzono funkcjonalnie, z myślą o „klientach”. Na parterze: wejście, dwie „opłakane” izby, przedpokój z kontuarem, za którym zasiadał sam gospodarz. Dalej – ciemna bawialnia, sala z dziewczętami i kilka komórek służących zarówno za sypialnie, jak i miejsca spotkań. Na ścianach wisiały obrazy, w kątach stały kanapy. W sali mogło przebywać jednocześnie sześć, osiem, a nawet dziesięć dziewcząt – gotowych „do wyboru”.

Największe wrażenie – a zarazem grozę – budziły jednak nie meble, lecz dwaj mieszkańcy tego przybytku: dwa ogromne, rudobrązowe buldogi. Potężne, dobrze odżywione, zawsze czujne. Jeden leżał przy panu, drugi krążył po pokojach. Ich obecność nie była przypadkowa. Właściciel, człowiek bywały w świecie, przywiózł je z Ameryki – tam, gdzie wcześniej prowadził podobny interes. Buldogi pełniły rolę „ochrony”. Czy pilnowały pijanego klienta? Czy straszyły same dziewczyny? Czy chroniły gospodarza przed buntem? Nikt nie wiedział na pewno. Fakt pozostawał faktem: w domu uciech, nadzorowanym przecież przez policję i sanitariat, psy rasowe zastępowały „wybijaków” i policyjne pałki.

Gospodarz i jego „amerykański” interes

Właściciel G. nie był typowym płockim mieszczaninem. Niewysoki, średniego wzrostu, o „przyzwoitym” wyglądzie. Razem z żoną – korpulentną litewską Żydówką – prowadzili interes z doświadczeniem zdobytym za oceanem. W Ameryce również utrzymywali dom tolerancji. W Płocku przenieśli sprawdzone metody: twarde rządy, system długów i drobne „nagrody” dla posłusznych.

W żydowskie święta zastępował go młody krewny. Żona G. dbała o „atmosferę” – czasem nawet zabierała dwie dziewczyny na spacer lub do kinematografu. Latem wynajmowano konia i wożono je na wycieczki do pobliskiego lasu. „Bo inaczej dziewczęta naprawdę oszaleją” – tłumaczył autor relacji. Te drobne gesty miały maskować rzeczywistość: dziewczyny były więzione długami, paszportami i strachem.

Historie „towaru” – ofiary werbunku

Najcięższy rozdział to losy samych dziewcząt. Autor nie podaje nazwisk, ale przytacza biografie dwóch „nowych” – tych, które jeszcze nie straciły nadziei na powrót do normalnego życia.

Pierwsza – młoda Niemka z Włocławka, zwana Bertą. Przyjechała do Płocka za obietnicą pracy w „dobrej rosyjskiej rodzinie”. Przyjaciółka, która ją namówiła, otrzymała prowizję. Po przyjeździe paszport odebrano, a dziewczyna trafiła prosto do domu G. Przez rok znosiła bicie „po mordzie” w jednej z komórek. Marzyła tylko o spłaceniu 35 rubli długu i powrocie do matki. Dwa tygodnie przed końcem kontraktu wciąż czekała.

Druga – Antosia, zdrowa, rumiana Polka z guberni piotrkowskiej. Pracowała trzy lata jako służąca w Łodzi u samotnej pani. Potem we Włocławku lub Ciechocinku spotkała „narzeczonego”. Związek skończył się ciążą i poronieniem. Po szpitalu trafiła do majątku pod Płockiem, gdzie poznała strażnika – obiecał małżeństwo. Brak posagu sprawił, że postanowiła zarobić w mieście. Po drodze „życzliwi” Żydzi podpowiedzieli jej, że najszybciej zarobi właśnie u G. Po trzech miesiącach miała już ponad 60 rubli „długu” i wielką ochotę uciec.

Takich historii było więcej. Dziewczyny werbowano przez factorów – pośredników w najmie służby. Przyjeżdżały ze wsi, z małych miasteczek, czasem prosto z pociągu. Obietnica pracy, lepszego życia, czasem zwykły podstęp. Potem paszport, dług za „wyposażenie” i „szkolenie”, i pułapka zamykała się na dobre.

Klienci – „uprzywilejowani” i „zwykli”

Kto odwiedzał dom na Zduńskiej? Najbogatsi – przyjezdni ziemianie i hotelowi goście – zamawiali dziewczyny do pokojów. Reszta przychodziła osobiście. Urzędnicy, subiekci, gimnazjaliści. Krążyła anegdota, że uczniowie czekali pod bramą, aż wyjdzie ich inspektor, by potem wbiec do środka i „ugasić młodzieńczy głód”.

Ceny: od 2 do 3 rubli za „seans”, 5 i więcej za noc. Najlepsi goście płacili nawet 25 rubli. Każda dziewczyna miała u gospodyni „książeczkę” – zapisywano w niej zarobki i potrącono wydatki. Im więcej klientów, tym szybciej spłacała dług. System motywował same ofiary do „aktywności”.

Kontrast – spacer G. z buldogami

Autor relacji celowo maluje obraz kontrastu. Tą samą aleją ogrodu Jordana, po której spacerują „wykrochmalone” grupy młodzieży, maszeruje też G. z jednym z buldogów na smyczy. W głowie „porządnego obywatela” – myśli o rodzinie, karierze, przyszłości. W głowie właściciela domu uciech – rachunek dzisiejszych gości i plany na jutro. Dwa światy dzieliły dosłownie kilkaset metrów.

Znaczenie dla Płocka i Królestwa

Sprawa domu na Zduńskiej nie była lokalną sensacją. W 1910 roku w całym Królestwie Polskim prostytucja była „złem tolerowanym” – regulowanym przez policję i lekarzy. Oficjalne domy miały chronić przed rozprzestrzenianiem chorób i „tajnym” nierządem. W praktyce jednak system rodził nadużycia: długi, przemoc, werbowanie nieletnich.

Płock, jako miasto z dużą liczbą młodzieży i wojska, stał się jednym z ośrodków tego procederu. Relacja z 1910 roku pokazuje, jak blisko centrum władzy miejskiej działał interes oparty na ludzkiej krzywdzie. Pokazuje też bezsilność pojedynczych dziewczyn wobec systemu długów, paszportów i policyjnego nadzoru.

Autor nie kończy na opisie dramatu. Proponuje konkretne rozwiązania: powołanie towarzystw ochrony zdrowia publicznego, biur najmu służby, patronatów dla „upadłych” kobiet. Domaga się likwidacji „wybijaków” i psów w domach publicznych, jawnych ksiąg rozliczeniowych i prawa dziewczyny do odejścia w każdej chwili.

Jego apel – choć napisany w 1910 roku – brzmi zaskakująco współcześnie. Pokazuje, że walka z wyzyskiem kobiet nie jest tylko sprawą policji, lecz całego społeczeństwa.

Ciekawostki z epoki

W Płocku tamtych lat nie było jeszcze wielkiego przemysłu, ale miasto dynamicznie się rozwijało. Budowano nowe kamienice, modernizowano ulice. Jednocześnie żydowska społeczność – znacząca w mieście – uczestniczyła zarówno w legalnym handlu, jak i w szarej strefie. Dom G. był jednym z wielu podobnych w guberni, ale jego lokalizacja przy magistracie czyniła go symbolem hipokryzji ówczesnego porządku.

Buldogi – rasowe, amerykańskie – stały się wręcz legendą wśród płockiej młodzieży. Ich obecność dowodziła, że właściciel nie ufał ani policji, ani własnym „pracownicom”. Były symbolem przemocy wpisanej w system.

Dziedzictwo zapomniane

Sto szesnaście lat później ulica Zduńska wygląda inaczej. Dawny dom dawno zmienił właścicieli. Ale historia sprzed 1910 roku pozostaje ważną lekcją. Pokazuje, jak łatwo „konieczne zło” może stać się złem systemowym. Jak blisko szacownego magistratu może kryć się ludzka tragedia.

Płock – miasto katedry, gimnazjum i Wisły – miał też swoją ciemną stronę. Warto o niej pamiętać, spacerując dziś po odnowionych ulicach. Bo historia nie kończy się na kartach podręczników. Czasem kryje się w oficynie przy Zduńskiej – strzeżonej przez buldogi.