Przesiedleni i wypędzani z Płocka

13 grudnia 2011 18:07:08 Kategoria: Informacje Autor: krzysztof

Trzy historie. Wysiedlenia i wypędzenia z Płocka.

1

Ur. w 1931 roku w Płocku Jej ojciec był wyznania prawosławnego, matka była katoliczką. Ojciec, absolwent gimnazjum, pracował jako buchalter. W domu mówiło się po polsku i obchodzono święta katolickie. Przed wojną Anna Prussakowa skończyła jedną klasę szkoły powszechnej. W 1945 roku, po wyzwoleniu Płocka z rąk niemieckich, Sowieci rozpoczęli przesiedlenia rodzin prawosławnych do Związku Radzieckiego. Rodzina Anny Prussakowej została wywieziona w okolice Odessy. Po kilku miesiącach przeniosła się do Zdołbunowa koło Równego, gdzie zamieszkała u przyjaciółki rodziny, również przesiedlonej z Polski. Anna Prussakowa ukończyła zaocznie studia pedagogiczne i zaczęła pracować jako nauczycielka matematyki w szkole w Równem. Na emeryturę przeszła po 34 latach pracy, w 1986 roku. Obecnie mieszka w Równem.

Dzisiejsze Równe to 200-tysięczne miasto, stolica obwodu i ważny regionalny ośrodek oświatowy i kulturalny. Zamieszkuje je niewielka mniejszość polska skupiona wokół parafii katolickiej pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła.

W biografii jest zdanie …po wyzwoleniu Płocka z rąk niemieckich, Sowieci rozpoczęli przesiedlenia rodzin prawosławnych do Związku Radzieckiego … Ile płocczan zostało przesiedlonych do Związku Radzieckiego?

Kilka lat wcześniej trwa II wojna światowa

2
Z anonimowej relacji 54-letniego felczera z żydowskiego szpitala w Płocku:

20 lutego 1941 dowiedziano się w Płocku, że wszyscy Żydzi zostaną wygnani z miasta. Ludzie zaczęli się pakować i szykować do drogi. Wieczorem rozeszła się jednak wiadomość, którą przyjęto jako pewną, że będziemy mogli zostać na kolejne sześć miesięcy. Tego samego dnia zebrano pół kilograma złota dla przekupienia esesmanów i wszyscy byli pewni, że dzięki temu będzie można pozostać w mieście. [...]

Około czwartej rano usłyszeliśmy straszne walenie do bramy szpitala. [...] Wpadło dwunastu żołnierzy, krzycząc: „Za pięć minut gotowi do wyjścia, zrozumiano?!”. Zdenerwowałem się, nie wiedziałem, co robić, co będzie z chorymi, co ze sobą zabrać, co na siebie włożyć, co zdjąć… [...] Chorzy zaczęli schodzić z łóżek, położyli się przed drzwiami, abyśmy nie mogli wyjść i zostawić ich samych. Wszyscy krzyczeli, płakali, wyli. W środku tego całego hałasu weszli Niemcy. Wchodzili na chorych, deptali ciężkimi buciorami po głowach, kopali… Krzyk stał się jeszcze dzikszy, płacz jeszcze silniejszy, a Niemcy jeszcze bardziej szaleni. Dopadali chorych próbujących się ukryć — bijąc pałkami po głowach. Wykończyli prawie połowę szpitala. [...]

Z żoną i synem oraz lżej chorymi wybiegliśmy na zewnątrz. Przy bramie oficer zerwał ze mnie plecak, walnął mnie pięścią prosto w usta, wybijając mi dwa zęby. Upadłem w błoto. [...] Żołnierze popędzili nas dalej. [...] Szliśmy po leżących na drodze zabitych i rannych, aż doszliśmy do punktu zbiorczego, gdzie schodzili się ludzie z całego miasta.

O świcie, kiedy zebrało się około 4 tysięcy osób, rozkazano nam ustawić się w szeregi. Niemcy ustawili się po bokach ulicy, tworząc wąski szpaler. Zaczęła się gonitwa. Z kijami i żelastwem w rękach rozdzielano ciosy na prawo i lewo. Gnano nas w kierunku stojących w szeregu Niemców. Tam znowu — jak przez ogień. Bili pałkami, nahajkami, kolbami rewolwerów. Ściągnięto ze mnie palto i czapkę. [...] Innym ściągano kalosze razem z butami i kazano dalej biec boso, na wpół nago. [...] Na miejscu zostawały trupy lub ciężko ranni. Nie zwracano uwagi na to, czy ktoś leży na drodze w kałużach błota zmieszanego z krwią: martwy, ranny, ubrany czy nagi lub bosy. Łzy lały się razem z padającym deszczem i krwią, która ciekła z głów, oczu, nosów i ciał.

[...] Zaczęto nas gonić do samochodów. Kto nie wchodził wystarczająco szybko, był tak bity, że zostawał na miejscu. Bicie, potężne walenie, nie ustawało przez całą drogę do samochodu i na samochodzie. Wszyscy byli jak dzicy, oszaleli — gonitwa, dzika jazda, jeden samochód prawie najeżdżał na drugi. [...]

Tak oto zostaliśmy wypędzeni z Płocka, 21 lutego 1941, w ciągu jednego dnia. Tego samego dnia przyjechaliśmy do obozu karnego dla aresztowanych w Działdowie.

Płock–Działdowo, 21 lutego 1941.

3
Dawid Rubinowicz, lat 14, w dzienniku:

Okropny dzień! Około godziny 3-ciej obudziło mnie jakieś stukanie. To już policja robiła obławę. Nie przeląkłem się, tatuś i kuzyn są w Krajnie i wiedzą, a reszta kuzynów się schowała. Za jakieś parę minut usłyszałem pukanie do drzwi, wujek zaraz im otworzył. Weszedł polski policjant i żydowski. Zaczęli zaraz szukać, zobaczył mnie i kazał mi się ubierać a drugi zapytał mi się ile mam lat, powiedziałem, że 14 to dał mi spokój. Przeszukali trochę ale nikogo nie znaleźli zabrali tylko dwóch z Płocka. Chociaż się nie lękałem ale dygotałem jak w febrze. Gdy odeszli to zaraz usnąłem.

Bodzentyn, 6 maja 1942.